zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 7 lipca 2026

wywiad: Poison Ruin

6.07.2026  autor: Verghityax

Wykonawca:  Mac Kennedy - Poison Ruin (wokal, gitara, instrumenty klawiszowe)

strona: 2 z 2

Poison Ruin, fot. Cecil Shang Whaley
Poison Ruin, fot. Cecil Shang Whaley

A co z harmonijką ustną? To też twoja robota? Z tego, co się orientuję, zwykle sam nagrywasz wszystkie instrumenty.

Nie, to robota gościa o imieniu Ilya, niestety nie pamiętam teraz jego nazwiska (Portnov - przyp. red.). Jest muzykiem sesyjnym. Początkowo faktycznie chciałem zagrać tę partię sam. Wiedziałem mniej więcej, co chcę osiągnąć, lecz harmonijka działa trochę inaczej niż większość instrumentów. Jeśli zależy ci na tym charakterystycznym, bluesowym brzmieniu, musisz sięgnąć po harmonijkę opartą na skali pentatonicznej. Następnie, stosując technikę podciągania dźwięków, zyskujesz dostęp do półtonów, których nie wyciągniesz w standardowym stroju. Naiwnie pomyślałem: "dam radę to opanować". Poświęciłem sporo czasu na sprawdzenie, jaka harmonijka będzie odpowiednia. W końcu kupiłem ją i zacząłem ćwiczyć. Bardzo szybko zrozumiałem, że dojście do poziomu, którego potrzebuję, zajmie mi ze dwa lata. I nie chodzi o to, że nie byłbym w stanie się tego nauczyć, ale zdecydowanie przeceniłem swoje możliwości. Nie zdawałem sobie sprawy, jak wymagający jest ten instrument. Wrzuciłem więc post na Instagramie. Spytałem, czy ktoś zna harmonijkarza, który potrafi grać z nut - takiego, któremu mógłbym rozpisać partię, a on po prostu by ją wykonał. Dostałem kontakt do jednej osoby, lecz nic z tego nie wyszło. Ta osoba dała mi namiar na drugiego fachowca. Już byłem w ogródku, już witałem się z gąską, gdy nagle okazało się, że ten koleś musi jechać w trasę koncertową. Naszły mnie wątpliwości, czy to w ogóle się uda. Dopiero za trzecim razem trafiłem na Ilyę. Wysłałem mu prosty zapis nutowy - dosłownie dwa takty - oraz kilka fragmentów utworu z sugestią: "tutaj zagraj, co uznasz za stosowne". Jestem naprawdę zadowolony z jego improwizacji.

Siódmym numerem na płycie jest "Guts". Czy ten tytuł ma cokolwiek wspólnego z głównym bohaterem mangi "Berserk", czy to przypadkowa zbieżność?

W angielskim słowo "guts" oznacza nie tylko wnętrzności, ale też odwagę czy hart ducha. Początkowo piosenka nie miała nic wspólnego z "Berserkiem". To skojarzenie pojawiło się dopiero później i było raczej żartobliwym nawiązaniem, bo jestem wielkim fanem tej serii. Na ogół staram się nie odwoływać zbyt często do innych dzieł, ponieważ lubię, gdy moje utwory stanowią samodzielną całość. W tym przypadku nie potrafiłem się jednak powstrzymać. Uwielbiam animowaną wersję "Berserka" z lat 90. Jej czołówka - lekka, indierockowa kompozycja zestawiona z mroczną, średniowieczną estetyką - z jakiegoś powodu bardzo do mnie przemawia.

Czołówka może i była lekka, ale przedstawiona na ekranie historia już z pewnością nie. To chyba jedna z najmroczniejszych opowieści fantasy, z jakimi miałem styczność.

To właśnie stanowi o jej sile. Sposób, w jaki pod koniec bezlitośnie wyrywa ci serce z piersi, jest wręcz traumatyczny. Chyba nigdy wcześniej żaden serial nie wyprowadził mnie tak mocno z równowagi. Twórcy anime poradzili sobie z adaptacją naprawdę świetnie. Manga jest znacznie dłuższa i inaczej prowadzi narrację. W anime na początku pokazują Gutsa z przyszłości - zgorzkniałego, doświadczonego przez życie wojownika - a potem cofają się w czasie. Po kilku odcinkach niemal zapomina się, że ogląda się retrospekcję, która ma wyjaśnić, co go tak zmieniło. Wiesz, że wydarzy się coś strasznego, lecz i tak nie jesteś gotów na skalę uderzenia. Gdy dotarłem do tej części historii, nie miałem pojęcia, że aż tak zżyłem się z bohaterami. Oglądałem ten serial bez większego zaangażowania, więc tym bardziej zaskoczyło mnie, jak ogromne emocje we mnie wzbudził. Myślę jednak, że każdy z nas doświadczył cierpienia spowodowanego czyimiś nierozważnymi decyzjami. Moja piosenka nie opowiada o tym wprost, ale towarzyszą jej podobne odczucia. Dlatego uznałem, że mogę sobie pozwolić na małe mrugnięcie okiem w stronę "Berserka".

Jednym z bardziej nieoczekiwanych momentów na "Hymns from the Hills" okazał się być "Sleeping Giant", instrumentalny kawałek przesiąknięty doom metalem. Znacząco odbiega on od waszej dotychczasowej twórczości. Skąd taki pomysł? Dużo słuchasz tego typu muzyki?

Przez lata słuchałem jej naprawdę sporo, choć obecnie już rzadziej. Miewałem okresy, kiedy nie mogłem się oderwać od klasycznego doom metalu. Kamienie milowe tego gatunku znam na wylot, ale szczególnie bliski jest mi funeral doom, zwłaszcza jego wczesna odmiana - z lat, gdy ten styl nie był jeszcze jasno zdefiniowany. Fascynuje mnie to podejście do ekstremy. Zamiast przyspieszać, wszystko zwalnia do granic możliwości, niemal wchodząc w obszar abstrakcji. Znakomitym tego przykładem jest debiutancki album Skepticism.

Umieszczenie "Sleeping Giant" na płycie miało wywołać dokładnie taki efekt, o jakim wspomniałeś. Cieszę się, że zwróciłeś na to uwagę, bo element zaskoczenia to istotna część naszej tożsamości. Dzięki takim zabiegom podtrzymujemy zainteresowanie odbiorcy. W pewnym sensie to także spełnienie moich muzycznych fantazji. Chciałbym mieć na tyle czasu, by prowadzić osobny zespół doommetalowy, ale szanse na to są dość marne. Dlatego pozwoliłem sobie napisać chociaż jeden utwór w tym stylu.

Oprócz muzyki bardzo spodobała mi się okładka "Hymns from the Hills". Widać na niej odzianą na biało postać przemierzającą las na równie białym rumaku, co budzi silne skojarzenie z elfami z "Władcy Pierścieni". Z kolei za drzewem skrywa się czarna, zakapturzona sylwetka przypominająca Nazgula. Taki był zamysł czy to jedynie moja interpretacja?

Oczywiście znam te motywy, ale nie były one punktem wyjścia podczas pracy nad okładką. Postrzegam je raczej jako archetypy, które funkcjonują w zbiorowej wyobraźni i dlatego wywołują podobne skojarzenia. Zakapturzona postać jest przede wszystkim symbolem. Przewija się przez mity i sztukę w różnych odsłonach - od Ponurego Żniwiarza, przez Nazgule, aż po wiele innych wcieleń. Zaadaptowałem ją jako nasz znak rozpoznawczy: wojownika z kapturem i pustą, pozbawioną rysów twarzą, przypominającą bardziej otchłań niż ludzkie oblicze. Taki wizerunek wyzwala niepokój. Jest w nim coś surowego, wręcz punkowego - sprawia wrażenie zmęczonego i poturbowanego przez życie. Chciałem pokazać kogoś, kogo łatwo uznać za złoczyńcę, bo tak często działają struktury władzy: to one decydują, kto zostanie przedstawiony jako "ten zły". Zwykle wystarczy odpowiednia perspektywa. Warto więc zadać sobie pytanie, dlaczego akurat ta osoba została odmalowana w taki sposób - i czy w innych okolicznościach podobny los nie mógłby spotkać również ciebie.

Dziękuję ci bardzo za rozmowę.

2
Następna »
Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu