zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 22 lipca 2019

wywiad: Porcupine Tree

5.11.2009  autor: tjarb

Wykonawca:  Richard Barbieri - Porcupine Tree (instrumenty klawiszowe)

Richard Barbieri - pięćdziesięcioletni, przemiły facet o niesamowitej muzycznej wyobraźni. Obok Stevena Wilsona, to właśnie on stanowi o obliczu muzyki tworzonej przez Porcupine Tree. Jego gra na klawiszach to jeden ze znaków firmowych tej grupy. Do zespołu dołączył już jako uznany artysta - w latach osiemdziesiątych grał w formacji Japan, u boku samego Davida Sylviana. W Porcupine Tree jest już od szesnastu lat, począwszy od uznawanej przez wielu starszych fanów za najlepszą w dyskografii płyty - "The Sky Moves Sideways", po ostatni album - "The Incident". Co ma do powiedzenia na jego temat? Jak postrzega obecnie swoje miejsce w zespole? Jakie są jego plany na najbliższą przyszłość? O tym miałem przyjemność rozmawiać z nim tuż przed wrocławskim koncertem Porcupine Tree, 28 października 2009 roku.

strona: 1 z 1

Richard Barbieri - Porcupine Tree, fot. K. Zatycki
Richard Barbieri - Porcupine Tree, fot. K. Zatycki

rockmetal.pl: W pierwszej kolejności chciałbym powitać cię ponownie w naszym kraju i podziękować za wizytę. To dość nietypowe dla Porcupine Tree, że podczas swojej trasy gracie tylko jeden koncert w Polsce. Planujecie kolejne występy w Europie na wiosnę? Może odwiedzicie wtedy inne polskie miasta?

Richard Barbieri, Porcupine Tree: Tak, to możliwe, że na wiosnę przyjedziemy na kolejne koncerty. Wiesz, to tak naprawdę nie jest nasz wybór. Robimy w pewnym sensie to, co nam powiedzą. Mamy swoich agentów, promotorów i to od nich zależą takie sprawy - organizują to w taki sposób, jaki uznają za najlepszy. Faktycznie przyzwyczailiśmy fanów do częstych koncertów w Polsce, zwykle przyjeżdżaliśmy na trzy lub cztery za jednym razem, ale teraz jedziemy tam, gdzie nam każą. Co do Wrocławia, to jeszcze nigdy tutaj nie byliśmy i przyjemnie będzie zagrać w nowym miejscu.

Znam wielu fanów zespołu z Wrocławia, którzy są teraz wniebowzięci, że przyjechaliście tylko i wyłącznie tutaj, bo wcześniej omijaliście to miasto.

Cieszę się, że mogliśmy to dla nich zrobić (śmiech).

Strasznie ciężko znaleźć w sieci jakiekolwiek informacje na ten temat, więc pozwól, że zapytam ciebie. Co słychać u twojej prześlicznej żony, Suzanne? Jak tam jej muzyczna kariera? Jak idzie praca nad książką?

Dziękuję, u Suzanne wszystko w porządku. Właśnie skończyła pracować nad nowym albumem, sygnowanym jako Beloved Aunt (pod tytułem "From Indian Head To Ashland" - red.), to będzie typowo elektroniczna muzyka. Wykorzystuje na nim autentyczne nagrania głosów osób, które były porwane przez kosmitów i które podczas hipnozy opowiadają swoją historię. To jest zatem jakby dźwiękowa powieść z elektroniczną muzyką jako podkładem.

Będzie tam jej głos, czy tylko ci uprowadzeni ludzie?

Nie, tym razem tylko głosy innych ludzi. Ale wciąż planuje nagrywać inne rzeczy, więc jeszcze ją usłyszymy. Ma taki miły głos... Teraz album jest gotowy i Suzanne szuka dla niego wydawcy. No i ma czas, żeby wrócić do pracy nad książką.

No właśnie, ja znam tylko tytuł - "Tall Poppies". Ty wiesz coś więcej? Czytałeś już jakieś fragmenty?

Nie, tego akurat nie dała mi do wglądu. To tajemnica.

Richard Barbieri - Porcupine Tree, fot. K. Zatycki
Richard Barbieri - Porcupine Tree, fot. K. Zatycki

W takim razie przejdźmy do Porcupine Tree. Wydaliście niedawno nowy album - "The Incident". Czy jego specyficzna forma miała wpływ na przebieg prac w studio? Jak wyglądało nagrywanie tej płyty, różniło się czymś od poprzednich sesji?

Kiedy nagrywamy nowy album, pracujemy nad nim z reguły na dwa różne sposoby. Pierwszy to taki, że Steven zabiera się do roboty i pisze muzykę, po czym przynosi ją do nas i razem myślimy nad aranżacjami. W drugim przypadku wchodzimy do studia całym zespołem i wspólnie pracujemy nad nowymi pomysłami przez dziesięć dni lub nawet dwa tygodnie. Obie metody dostarczają nam dobrego materiału i z reguły staramy się je łączyć, więc chodzi tylko o proporcje. Zdecydowaną większość piosenek z pierwszego dysku "The Incident" napisał Steven. Jedynie pojedyncze kawałki pochodzą ze wspólnych sesji. Drugi dysk to zupełnie inna sprawa - to rezultat naszej wspólnej pracy. Jak widać, oba te sposoby się sprawdzają.

Spotykam się czasem z opiniami, że tak naprawdę ten drugi krążek to jedynie odrzuty z sesji nagraniowej. Ale tam są przecież cztery świetne piosenki, zwłaszcza "Black Dahlia", która o ile mi wiadomo jest twoją własną kompozycją. Jak ty traktujesz ten krążek?

Osobiście wolę drugi dysk, w zasadzie wszyscy go wolimy, jedynie Steven woli pierwszy, co jest naturalne, bo to on jest jego autorem. Pracowaliśmy nad tym krążkiem jako grupa, wspólnie dochodziliśmy do nowych pomysłów i po prostu brzmi on tak, jak gra nam w sercach. Dzięki temu to jest efekt pracy zespołowej, nawet jeśli to ja skomponowałem pierwotnie którąś z tych piosenek - lub ktokolwiek inny. Jest nas w studio czterech facetów i każdy z nas ma wpływ na każdą sekundę danego utworu, może w dowolnej chwili coś zmienić. Dlatego my wolimy ten drugi krążek, bo bardziej odzwierciedla "muzyczne ja" każdego z nas.

A co ty osobiście dodałeś do pierwszej płyty?

Co dodałem... Wiesz, kiedy Steven coś pisze, to wygląda to zupełnie inaczej. My jesteśmy wtedy jakby tylko wykonawcami. Oczywiście dokładamy swoje cegiełki i dzięki temu te utwory brzmią lepiej, ale to są kompozycje Stevena. Kiedy przynosi nam do posłuchania swoje pomysły, z reguły ma już gotowe jakieś demówki klawiszy czy podkładu basu lub perkusji. To trochę za dużo. Tak naprawdę to wolelibyśmy, żeby robił tego mniej. Żeby napisał piosenkę, ale pozwolił nam przelać w nią więcej naszej osobowości.

Ale ostatecznie zgadzacie się na to, czyli muszą być też jakieś dobre strony...

Tak. Podstawowa różnica jest taka, że kiedy Steven pisze jakąś piosenkę, to zazwyczaj jest ona lepsza. On jest w tym po prostu świetny, ma do tego talent. Tacy songwriterzy siadają przy pianinie lub gitarze, a muzyczna wyobraźnia podpowiada im, co i jak. Dlatego piosenki są wtedy naprawdę dobre. Ale jeśli chodzi o aranżacje, według mnie są one ciekawsze, jeśli danym utworem zajmuje się cała grupa.

Obecnie muzyka Porcupine Tree znacznie różni się od tego, jak brzmiała w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy w centrum uwagi były często brzmienia klawiszy, teraz wszystko kręci się wokół gitar. Co zmieniło się w muzyce z twojego punktu widzenia? Czy postrzegasz swoją rolę w zespole inaczej, niż dawniej?

Tak, gitary wysunęły się bardziej do przodu, co pozwoliło uzyskać znacznie cięższe brzmienie, dlatego teraz muszę w każdym kawałku znajdować dla siebie odpowiednią przestrzeń, szukać okazji do tego, aby wcisnąć jeden czy dwa dźwięki, które odegrają istotną rolę w strukturze danego utworu. Ale w przypadku "The Incident" jest o tyle inaczej, że to wszystko zmienia się z chwili na chwilę. To bardzo dynamiczny album, prawdziwa gra świateł i cieni. W jednej chwili potrafi być naprawdę ciężki, a potem następuje dźwiękowa pustka - i to jest taka urocza przestrzeń, którą właśnie ja mogę zagospodarować. Dlatego czuję, że akurat na tym albumie jest dla mnie o wiele więcej miejsca, moja gra ponownie wysuwa się do przodu w porównaniu z poprzednimi płytami, takimi jak "Deadwing".

A co sądzisz o tekstach Stevena? Czy pomyślałeś kiedyś "co za bzdury, przecież to zrujnuje całą piosenkę"? Czy teksty mają dla ciebie jakiekolwiek znaczenie w muzyce zespołu?

Gdy pracujemy nad albumem, teksty są dla mnie bardzo istotne. To ma spory wpływ na piosenki i po prostu lubię mieć przed sobą spisany tekst, gdy pracuję nad partiami klawiszy. Ludzie mogą nie zdawać sobie z tego sprawy podczas słuchania, ale często poszczególne wersy piosenek decydują o tym, jak w danym momencie zagram. A co do samej treści tekstów, to autor piosenki musi mieć tutaj pełną swobodę. Oczywiście, że wszystko nigdy nie będzie mi się podobać. Są takie fragmenty, które wydają mi się dziwne, nawet bardzo. Z kolei inne są zachwycające i odkrywcze. Dla mnie tworzenie muzyki jest w pewnym sensie dzieleniem się. Lubię słuchać innych, dawać im możliwość wypowiedzenia się, twórczej ekspresji w obrębie kreowanych przeze mnie dźwięków. To wszystko nie kręci się tylko wokół jednej osoby i tego, co ona robi - według mnie, jeśli pracuje się w ramach zespołu, to trzeba być hojnym dla innych. Steven ma prawo pisać teksty jakie tylko zapragnie. Te teksty muszą coś dla niego jako autora znaczyć, dlatego nie ingerujemy w ich powstawanie i pewnie stąd tak mało fanów na nie narzeka (śmiech). Ale oczywiście oczekujemy, że ta wolność, jaką mu dajemy w tym zakresie, w jakiś sposób do nas wróci.

Generalnie, jak ludzie mówią o Porcupine Tree, to mamy do czynienia z reakcją w stylu "o Boże, Steven Wilson!". Jak ty to postrzegasz? Nie masz tego czasem dość?

W tej chwili to by było niemożliwe, żeby cokolwiek z tym zrobić. To się pogarsza od lat, z płyty na płytę. Niewiele osób przejmuje się teraz tym, kto gra w zespole. Interesuje ich tylko Steven. To jest widoczne nawet podczas rozmów z wytwórniami płytowymi czy agencjami koncertowymi. Byliśmy ostatnio w Stanach Zjednoczonych i ludzie tam w ogóle nie wiedzieli, kim my jesteśmy. Nawet nas nie powitali, jedynie Stevena, co nie było fajne. W tym momencie większość ludzi myśli, że za wszystko w zespole odpowiada Steven i wszystkie pochwały spływają na niego, krytyka również kierowana jest do niego. To trudne do przełknięcia, ale co my możemy zrobić? Jeśli w zespole jest frontman, w dodatku tak charyzmatyczny, ludzie skupiają się na nim, bo tego po prostu potrzebują - to czysta socjologia. Poza mediami, bo to naturalne, zauważają nas też oczywiście inni muzycy. Jeśli grasz na jakimś instrumencie, to wiadomo, że zwracasz uwagę na grę i zachowanie osoby, która w danym zespole za to odpowiada. Miałem taki sam problem w Japan. Tam wszystko kręciło się wokół Davida Sylviana. Ale inni muzycy czy producenci doskonale rozumieli to, że to również instrumentaliści czynili z Japan coś interesującego. Na tym tak ogólnie polega problem.

A jak Steven reaguje w takich sytuacjach?

Steven nam tego zbytnio nie ułatwia. Ludzie podchodzą do niego lub przychodzą na wywiad i mówią "zrobiłeś to, to i to", po czym zadają pytanie, a on nie zatrzyma się i nie powie "czekaj, to nie tak, to jest nasza wspólna praca jako zespołu". Dlatego raczej nam w tym nie pomaga. Kiedy ma do tego okazję, to nie mówi o nas zbyt wiele. Oczywiście nie robi tego celowo, taki ma po prostu styl. Bardzo podobało mi się, w jaki sposób takie sprawy załatwiał Freddy Mercury - absolutna gwiazda rocka. Dziennikarz chciał rozmawiać głównie o nim, a ten odpowiadał "Słuchaj, to jest zespół. Jest nas czterech facetów, tu nie chodzi tylko o mnie". Tak samo były z Jimmim Pagem i Robertem Plantem. Fani widzieli przede wszystkim ich, ale oni zawsze starali się wspominać również o Johnie Paulu Jonesie i Johnie Bonhamie. Nie chcieli zbierać całej śmietanki. Tak to widzę, taki dostrzegam problem.

Często wspominasz, że zima to dla ciebie najbardziej twórczy okres roku. Planujesz nagrywać albo komponować nowy materiał w ciągu najbliższych miesięcy?

Zdecydowanie, styczeń to na to zawsze najlepszy moment. Teoretycznie w muzyce niewiele się wtedy dzieje, nikt nic nie robi. Jest zimno i czujesz się, jakbyś miał zapaść w sen zimowy. Ale masz też czas na to, aby porozmawiać z samym sobą, dlatego dla mnie to najbardziej kreatywny okres. Poza tym zima jest dla mnie piękna. Uwielbiam patrzeć na śnieg, zwłaszcza nad ranem, przy włączonych latarniach, gdy padało całą noc. Lubię zaszywać się w zimie w głębokich lasach. Niektórzy woleliby, aby zimy w ogóle nie było albo spędzają ją na różne inne sposoby, ale ja w styczniu i lutym najchętniej poświęcam się muzyce, najłatwiej mi się wtedy pracuje.

Wiesz już, co chciałbyś nagrać podczas nadchodzącej zimy?

Piszę w tej chwili materiał na potrzeby pewnego projektu. To będzie wspólny album z moim przyjacielem Stevem Hoghartem z Marillion. Przyjaźnimy się już od wielu lat i chcieliśmy kiedyś nagrać coś razem. Dlatego piszę jak najwięcej się da, przekażę mu to i mam nadzieję, że coś z tego będzie.

No proszę, nie przyznał mi się do tego, a rozmawialiśmy całkiem niedawno.

Tak, ja pewnie też nie powinienem ci jeszcze o tym wspominać (śmiech). To jest taki mój plan. To znaczy jego oczywiście też. Ale nie chcemy wiele o tym mówić, żeby potem nie narosły zbyt wielkie oczekiwania w stosunku do tej muzyki.

Ok. W takim razie zmieńmy temat. Jesteś o wiele bardziej kojarzony z dźwiękowymi pejzażami, niż z technicznym graniem. Dla mnie to bardzo dobrze, bo uwielbiam twój styl, tę atmosferę i klimat, jaki wypełnia dzięki tobie kompozycje Porcupine Tree. Ale to raczej nietypowe dla progresywnych muzyków. Jeśli w ogóle czujesz się jednym z nich...

Tak, to zupełnie inna sprawa, niż w większości progresywnych zespołów. Praktycznie każdy progresywny klawiszowiec jest moim kompletnym przeciwieństwem. W tej muzyce bardzo istotna jest wirtuozeria, wyrażanie siebie poprzez instrumentalne popisy, a już najlepiej solówki. Cóż, ja po prostu jeszcze w bardzo młodym wieku zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy nie będę w stanie tak grać. Dlatego znalazłem własną drogę do wyrażania siebie, za pomocą pracy nad dźwiękami. Zamiast możliwie najszybszego grania dwustu nut tym samym dźwiękiem, wolę zagrać jedną nutę, ale która brzmi naprawdę interesująco. Gram dość prosto, ale staram się, aby to możliwie ciekawie brzmiało. Dość mocno zainspirował mnie Brian Eno. Pokazał mi w pewnym sensie, że grając na tym instrumencie można być naprawdę kimś bez szczególnych umiejętności technicznych, po prostu dzięki wyobraźni.

Ostatnio miałem przyjemność rozmawiać z Jordanem Rudessem z Dream Theater, który jest właśnie uznawany za takiego prawdziwego wymiatacza klawiszy, o jakim mówiłeś przed chwilą. I on powiedział mi, że tak naprawdę to progresywną muzykę grają tacy artyści, jak Aphex Twin. Wiem, że ty też go lubisz i inspiruje cię jego muzyka. Myślałeś kiedyś o takim kierunku muzycznej ekspresji?

Oprócz gry w zespołach mamy możliwość nagrywania własnych płyt i wyrażania siebie na różne sposoby, wielu muzyków stara się z tego korzystać. Tak, chciałbym kiedyś zrobić coś równie eksperymentalnego, jak Aphex Twin. Oczywiście, kiedy nagrywam swoje płyty, to dla większości ludzi ma znamiona muzyki eksperymentalnej, ale tak naprawdę nie jest to tak odkrywcze i istotne dla muzyki. Uwielbiam to, co on robi. To prawdziwy geniusz cyfrowej muzyki. Nie miałem akurat możliwości porozmawiania z Jordanem na ten temat, choć graliśmy kiedyś wspólnie koncerty, ale może kiedyś, kto wie.

A skoro już jesteśmy przy cyfrowej muzyce, jak ci się podoba praca z oprogramowaniem, zamiast prawdziwego instrumentu? Ułatwia ci to zadanie przy kreowaniu nowych dźwięków, czy jest wręcz odwrotnie?

To jest dla mnie trudniejsze, ale to również wyzwanie. Ja od zawsze czułem się bardzo dobrze z analogowymi instrumentami, ale czasem dobrze jest podjąć takie wyzwanie i zmierzyć się ze współczesną technologią, zwłaszcza, że oferuje ona również wiele nowych możliwości dla muzyków. Pracując z takim oprogramowaniem staram się przelać w taką muzykę jak najwięcej emocji, tak aby miała ona duszę. Obecnie sprawia mi przyjemność tworzenie muzyki na oba sposoby.

Wielu progresywnych artystów nagrywa liczne płyty w najrozmaitszych składach personalnych, jako wszelkiego rodzaju supergrupy. Ty nie uczestniczysz w tego rodzaju projektach już od ośmiu lat. Poza współpracą ze Stevem Hoghartem, miałeś ostatnio jakieś podobne propozycje?

Obecnie większą przyjemność sprawia mi nagrywanie solowych albumów. Tak naprawdę to wolę posłuchać, co robią inni. Nie mam w sobie czegoś takiego, co jest charakterystyczne dla niektórych muzyków, że chcą być koniecznie wszędzie obecni. Nie muszę oglądać swojego nazwiska na każdej możliwej płycie, wystarcza mi w tej chwili to, co robię z zespołem oraz moje solowe albumy.

A jeśli chodzi o koncerty? Grywałeś ostatnio koncerty z grupą The Bayes...

Tak. To taki typowo elektroniczny projekt. Całkiem interesująca rzecz, bo wszystko, co graliśmy, było czystą improwizacją. Wychodziliśmy na scenę i nikt tak naprawdę nie wiedział, co zagramy, łącznie z nami. Każdej nocy graliśmy po prostu inną muzykę. Poza tym czasem było to muzyczne tło do jakiegoś filmu, a niekiedy graliśmy z prawdziwą orkiestrą, która improwizowała razem z nami. Coś niesamowitego. To zupełnie odmienna rzecz, niż to, co nagrywam z Porcupine Tree i bardzo mi się to podobało.

Chciałbyś w przyszłości nagrać jakąś płytę z orkiestrą?

Oczywiście, z wielką przyjemnością. Chciałbym skomponować coś z możliwie szerokim udziałem orkiestry, ale jest to niestety bardzo kosztowne. Coś takiego musi być z wyprzedzeniem zaplanowane, napisane, musi się odbyć wiele prób, bo kiedy już wejdziesz z pełnym składem orkiestry do studia nagraniowego, wydajesz na to naprawdę grube tysiące dolarów za każdą chwilę. Ale to jest moje marzenie, mam nadzieję, że kiedyś uda się je zrealizować.

Niektóre piosenki Porcupine Tree, wystarczy wspomnieć "Russia On Ice", zabrzmiałyby świetnie wykonywane na scenie z orkiestrą...

Masz rację. W rzeczywistości nasz nowy album, "The Incident", oryginalnie zawierał obszerne partie orkiestry, napisane przez Dave'a Stewarta. Były piękne, robiły naprawdę dobre wrażenie, ale ostatecznie zdecydowaliśmy jako zespół, że ich nie wykorzystamy. Byłoby w tym wszystkim po prostu za dużo dźwięku. To była jedna z najtrudniejszych i najważniejszych decyzji, jakie podjęliśmy podczas nagrywania tej płyty, bo to odmieniłoby praktycznie wszystko. Ale nawet, kiedy słucham tej muzyki osobno, jest świetna, słucha się tego jak prawdziwej, klasycznej kompozycji. Kto wie, może Dave Stewart jeszcze coś z tym kiedyś zrobi, byłoby wspaniale.

Razem z The Bayes podkładaliście na koncertach muzykę do filmów. Rozmawiałeś kiedyś z jakimś producentem filmowym? Wiem, że na to po cichu liczyłeś.

Całe życie. Niestety nigdy nie zostałem o to poproszony. Naprawdę nie wiem, jak to działa. Muzyka Japan, Porcupine Tree, z moich solowych płyt - wiele razy wyobrażałem ją sobie w filmie, ale od strony twórców filmowych nikt nigdy o tym nie pomyślał.

Gdybyś mógł wymienić jeden tytuł filmu, w którym chciałbyś usłyszeć swoją muzykę, co by to było?

Hm... jestem wielkim fanem Stanley'a Kubricka, więc gdyby moja muzyka była kiedyś wykorzystana w którymś z jego filmów, to by było coś fantastycznego, ale oczywiście te filmy mają już swoją muzykę i brzmi ona świetnie. To tak, jakbyś zapytał producenta, z którym zespołem chciałby współpracować. Wybierasz wtedy kogoś, kogo naprawdę lubisz, ale oni cię przecież nie potrzebują, bo i tak brzmią znakomicie, inaczej byś na nich nie zwrócił takiej uwagi. To byłoby ciekawe przeżycie, współpracować z jakimiś młodymi, eksperymentalnymi twórcami filmowymi. Ale nikt nigdy nie chciał z nami na ten temat rozmawiać.

Jakich wykonawców, których albumów słuchasz ostatnio najczęściej?

Zazwyczaj cofam się daleko wstecz, częściej słucham starej muzyki niż wyszukuję nowych wykonawców. Lubię sięgać na swoją półkę płytową i słuchać rzeczy, z którymi już dawno nie miałem do czynienia, taki muzyczny powrót do przeszłości. To, co aktualnie sprawia mi dużo przyjemności, to "Marquee Moon" grupy Television. To taki amerykański punk w stylu Ramones. Od czasu do czasu lubię posłuchać trochę punka, choć już oczywiście nie bawię się przy tej muzyce. Słucham też obecnie Todda Rungrena. Miał taką grupę o nazwie Utopia, ale jest bardziej znany jako solowy artysta. A z drugiej strony lubię na przykład Sigur Rós.

Są teraz na topie. Myślałeś kiedyś, żeby zainteresować się postrockiem w swojej twórczości?

Tak, w zasadzie to z The Bayes grywaliśmy taką muzykę na żywo. To było niesamowite, choć dość dziwne. Ludzie oczekiwali od nas czegoś zupełnie innego, ale chyba byli zadowoleni.

Ja bym był, zdecydowanie. Na koniec jeszcze słówko o tenisie, bo wiem, że dużo grywasz. Miałeś okazję wygrać z jakimś bardziej znanym zawodnikiem albo postacią z show businessu?

Faktycznie grywam z uznanymi zawodnikami, choć oczywiście w swojej kategorii wiekowej. Czasem grywam z bardzo utytułowaną zawodniczką z tego samego klubu tenisowego, która kilka razy wygrała Wimbledon. Oczywiście to było w latach pięćdziesiątych, teraz nie miałaby na korcie żadnych szans z młodymi koleżankami. Poza tym grywałem w licznych turniejach i udało mi się wygrać w życiu parę rzeczy, ale aktualnie jestem kontuzjowany i nie wychodzę na kort. Muszę poczekać, aż moje kolano będzie się miało lepiej.

W takim razie wracaj do zdrowia. A ja dziękuję za rozmowę i z niecierpliwością czekam na koncert.

Dziękuję.

« Poprzednia
1
Następna »
Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu

Ile najwięcej zdarzyło Ci się zapłacić za bilet na koncert?