zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 2 marca 2024

wywiad: Tygers Of Pan Tang

1.11.2009  autor: Verghityax

Wykonawca:  Robb Weir - Tygers Of Pan Tang (gitara)

We wrześniu 2009 r. do Polski po raz pierwszy zawitali Tygers of Pan Tang, grupa będąca przedstawicielem New Wave of British Heavy Metal. Podczas ich występu na "Hard Rocker Festival" 26 września 2009 roku w katowickim "Mega Clubie" gitarzysta kapeli - Robb Weir - opowiedział nam o początkach swojej kariery muzycznej, o długoletniej przerwie w graniu i o frajdzie, jaką był powrót na scenę.

strona: 1 z 1

Robb Weir - Tygers of Pan Tang, Katowice 2009, fot Lazarroni
Robb Weir - Tygers of Pan Tang, Katowice 2009, fot Lazarroni

rockmetal.pl: To Wasz pierwszy koncert w Polsce. Czy masz w związku z tym jakieś szczególne odczucia?

Robb Weir, Tygers of Pan Tang: Nigdy jeszcze nie byłem w Polsce. Sądzę, że zdobyliśmy tu sporo fanów w ciągu naszej kariery. To fantastyczne móc być tutaj. Klub wygląda świetnie. Ludzie są bardzo ciepło i przyjaźnie nastawieni. To zaszczyt móc dla nich zagrać. W tym roku wypadają trzydzieści dwa lata od rozpoczęcia mojej przygody w Tygers of Pan Tang i obecnie koncertujemy w miejscach, w których wcześniej nie mieliśmy okazji grać.

Sięgnijmy wpierw do Waszej historii. Kiedy w 1983 roku wydaliście czwarty studyjny album, pt. "The Cage", MCA ? Wasza wytwórnia płytowa zażądała, byście grali więcej coverów w stylu "Love Potion No. 9". Wskutek ich polityki marketingowej i uniemożliwienia innym wytwórniom odkupienia praw do Tygrysów, Wasza kapela rozpadła się. Co robiłeś po tym, jak MCA wbiło Wam nóż w plecy?

Kiedy nastąpił koniec Tygers, zająłem się kilkoma innymi projektami. Jednym z nich była kapela o nazwie Sergeant, którą założyłem wspólnie z perkusistą Brianem Dickiem. Daliśmy kilka koncertów i nawet nagraliśmy album, który niestety nigdy się nie ukazał. Potem z Jessem Coxem utworzyliśmy zespół Tyger-Tyger. Również w tym przypadku zarejestrowaliśmy materiał na płytę, lecz ostatecznie tylko jeden kawałek z niego ujrzał światło dzienne. Był to utwór "Small Town Flirt", który później trafił na "First Kill" ? krążek zawierający wszystko co jako Tygers of Pan Tang stworzyliśmy przed debiutanckim "Wild Cat". W ramach Tyger-Tyger planowaliśmy już kolejny album, ale z pewnych względów nic z tego nie wyszło. Po tym wszystkim oddałem się życiu rodzinnemu, dzieciom i innym sprawom, które wymagały całkowitej uwagi i poświęcenia. Sprawom innym niż muzyka, choć na swój sposób ona zawsze gdzieś tam była. W domu grywałem na gitarze, tak po prostu, dla siebie. Nie zapisywałem wówczas nigdzie stworzonych przeze mnie kompozycji, a ponieważ miałem szesnastoletnią przerwę w występowaniu przed jakąkolwiek publicznością te wszystkie pomysły, którym nie mogłem dać ujścia, pozostawały w mojej głowie i w moim sercu. Bo wiesz, muzyka to zabawna rzecz. To najgorsza, a jednocześnie najbardziej fantastyczna choroba, jaką możesz złapać. Kiedy raz zagnieździ się w twojej głowie, nigdy już się jej nie pozbędziesz.

Robb Weir - Tygers of Pan Tang, Katowice 2009, fot Lazarroni
Robb Weir - Tygers of Pan Tang, Katowice 2009, fot Lazarroni

Choć współpraca z MCA zakończyła się dla Was katastrofą, w 1999 roku Tygrysom udało się powrócić na scenę muzyczną. Jak do tego doszło?

W 1999 roku zadzwonił do mnie Jess z propozycją przywrócenia Tygers do życia z okazji 20-lecia powstania grupy. Plan przewidywał uczestnictwo wszystkich członków z klasycznego składu, lecz ostatecznie okazało się, że tylko ja i Jess mogliśmy wziąć w tym udział. Początkowo Brian Dick miał zamiar zrobić to z nami, ale w pewnym momencie otrzymał ofertę pracy, której nie mógł odrzucić. Rocky był już wówczas prawnikiem zajmującym się branżą muzyczną oraz rozrywkową i nie miał możliwości pojawienia się na scenie. John Deverill został aktorem występującym na deskach teatru w West End w Londynie. Słyszałem, że ostatnio zagrał w "Blood Brothers", musicalu, który był dość popularny w West End. Ze względu na swoją pracę nie miał czasu, żeby znów zasilić szeregi Tygers of Pan Tang. W związku z tym razem z Jessem namówiliśmy do współpracy kilku muzyków z Blitzkrieg, zrobiliśmy może jakieś cztery próby, wskoczyliśmy na pokład samolotu i polecieliśmy do Londynu. Stamtąd pofrunęliśmy do Hamburga, aby dostać się na Wacken Open Air. Pamiętam, że w samolocie do Hamburga siedziałem obok Jessa, który wtedy oznajmił mi, iż jesteśmy jednym z headlinerów piątkowego wieczoru. To było naprawdę coś. Osobiście, wolałbym grać gdzieś niżej na liście, gdyż oprócz nas były tam takie kapele jak Hammerfall, Saxon, Dokken. Oni wszyscy grali przed nami! Pomyślałem, że musimy wypaść naprawdę dobrze i tak też się stało. Nasz występ został zarejestrowany jako live album i ukazał się w Stanach nakładem Spitfire. Koncert pokazywano również w telewizji. To był chyba najlepszy gig, jaki zagraliśmy. Stać na scenie przed liczącą sobie około 22 tysiące ludzi publicznością to naprawdę fantastyczne przeżycie. Do tamtego czasu zwykle grywaliśmy w małych klubach.

Pomimo udanego powrotu, nie od razu nagraliście nowy album. Nie udało się też zatrzymać Jessa Coxa na stanowisku gardłowego. W jaki sposób udało Ci się zreformować Tygers of Pan Tang i jak przebiegały dalsze losy zespołu od pamiętnego występu na Wacken?

Po Wacken czułem, że muzyka znowu mocniej zapulsowała w moich żyłach. Przez jakieś trzy, cztery miesiące od powrotu z Niemiec nic nie zrobiłem w tej sprawie. Któregoś dnia odwiedziłem kumpla, który prowadzi sklep muzyczny w Newcastle, gdzie mieszkam. Powiedział mi, że ma znajomego, posiadającego własną wytwórnię płytową. Chciał wiedzieć, czy planujemy wydać nowy album. Na co odparłem, że tak, mam takie plany. Pogadałem z gościem z wytwórni i skrzyknąłem chłopaków. W tym czasie napisałem też kilka numerów. Powiedziałem żonie, że będę musiał kupić małe studio nagraniowe, kilka gitar i wzmacniaczy i wierz mi, nie była z tego zadowolona. Wokalistą, który wystąpił na "Mystical" był Tony Lidell ? ten sam człowiek, który w 1983 roku stał za mikrofonem w Sergeant. Zagraliśmy z nim tylko dwa koncerty, okazało się bowiem, że chociaż brzmiał dobrze w studio, na żywo nie wypadał tak, jak tego chcieliśmy i oczekiwaliśmy. W składzie pojawili się wtedy ci sami basista, gitarzysta i perkusista, którzy grają ze mną do dziś. Kumpel od sklepu muzycznego zaproponował, że zostanie naszym menadżerem. Po odejściu Libella ogłosiliśmy, że szukamy nowego wokalisty i zgłosił się Richie Wicks. Wspólnie nagraliśmy "Noises from the Cathouse" i odbyliśmy trasę koncertową. Richie doszedł wówczas do wniosku, że jego głos pasowałby do jakiejś ostrzejszej metalowej kapeli, więc pożegnał się z nami, a nasz dotychczasowy menadżer przeprowadził się do Kanady.

Tygers of Pan Tang, Katowice 2009, fot Lazarroni
Tygers of Pan Tang, Katowice 2009, fot Lazarroni

Waszym kolejnym wokalistą został Jacopo Meille z włoskiej rockowej grupy Mantra. Jest nim do dziś. Jak go znaleźliście?

Ze względu na okoliczności i żeby wywiązać się z kontraktu z wytwórnią, musieliśmy znaleźć nowego menadżera. Powiodło nam się i zajmuje się on nami już od trzech lat. Rozpoczęliśmy też poszukiwania nowego wokalisty, tym razem jednak na całym świecie, nie tylko w Wielkiej Brytanii. Nasze ogłoszenie dotarło do Jacopo we Włoszech. Zaprosiliśmy go do nas na przesłuchanie i dosłownie po 25 sekundach wiedzieliśmy, że będzie absolutnie idealny. Przez dwa lata występowaliśmy z nim na żywo, zanim zdecydowaliśmy się na wydanie nowego albumu w tym składzie. W końcu zarejestrowaliśmy z Jacopo nasze najnowsze wydawnictwo, "Animal Instinct". W moim odczuciu to najmocniejszy materiał, jaki Tygrysy stworzyły do tej pory.

Czy to on użyczył swego głosu na płycie "Detonated"?

Nie, to był Richie Wicks. "Detonated" to tak naprawdę tańsza wersja "Mystical". Kawałki są te same, choć jest ich mniej. Chyba dodano tam kilka utworów na żywo, ale nie jestem już pewien. Wytwórnia wydała tę płytę, żeby zarobić więcej pieniędzy. W tym celu dodali też nową okładkę.

Które utwory z "Animal Instinct" najbardziej lubicie grać na żywo?

Z nowego albumu najczęściej gramy "Hot Blooded" i "Live for the Day". Mamy też nową piosenkę, której jeszcze nigdy wcześniej nie graliśmy ? "Don't Say Rock'n'Roll's Gonna Die" z albumu "Animal Instinct x2".

Czy to tytuł Waszego następnego krążka, czy też wariacja "Animal Instinct"?

"Animal Instinct x2" to materiał ze zwykłego "Animal Instinct", poszerzony o pięć bonusowych kawałków oraz koncert na DVD.

Czy pracujecie nad nowym albumem? Jeśli tak, to czy możesz uchylić rąbka tajemnicy?

Prawdopodobnie nazwiemy go "The Ambush", ponieważ w języku angielskim słowo "ambush" to, oprócz zasadzki, określenie na stado tygrysów, podobnie jak "pride of the lions" oznacza to samo w odniesieniu do lwów. Craig Ellis, nasz perkusista, zrobił już okładkę i jak na razie mamy nagranych 25 piosenek.

Robb Weir - Tygers of Pan Tang, Katowice 2009, fot Lazarroni
Robb Weir - Tygers of Pan Tang, Katowice 2009, fot Lazarroni

Muzycy rockowi i metalowi często przypominają jedną wielką rodzinę, lecz w każdej, nawet najlepiej zgranej familii, pojawiają się spięcia i zatargi. Czy żywisz urazę do któregoś z muzyków? Na przykład do Johna Sykesa, który nawet o tym nie uprzedzając odszedł od Was, aby dołączyć do Thin Lizzy?

Nie, nie żywię żadnej urazy. John odszedł i jego miejsce zajął Fred Purser, naprawdę świetny gitarzysta, pianista, wokalista i tekściarz. Kiedy John jest w kraju, spotykamy się czasem przy drinku i wspominamy stare czasy. Gdy Sykes grał jeszcze w Tygrysach, podczas tras koncertowych zwykle dzieliłem z nim pokój. John jest trochę młodszy ode mnie, więc zawsze byłem dla niego jak starszy brat. Z tamtego okresu mam same pozytywne wspomnienia. John i ja zawsze byliśmy niegrzecznymi chłopcami, psotnikami, którzy płatali figle innym.

Niegrzecznymi tak, jak w przypadku akcji z Johnem Deverillem i kaktusem (Robb Weir i John Sykes schowali wówczas Johnowi Deverillowi pod kołdrą kaktusa, na którym wokalista usiadł po ciemku ? red.)?

Dokładnie tak (śmiech).

Czy możesz podzielić się z nami jeszcze jakąś historią z Waszych jajcarskich dokonań z tego okresu?

Robiliśmy kawały wszystkim w zespole, ale to wokalista zawsze miał najbardziej przechlapane. Spłataliśmy Johnowi Deverillowi kilka psikusów. Kiedy John Sykes był już w kapeli i promowaliśmy naszą debiutancką płytę "Wild Cat", wokalistą był Jess Cox. Jemu też się dostało. To były naprawdę paskudne żarty, ale chyba nie nadają się do druku (śmiech).

Czy myślałeś o reaktywacji Tygers of Pan Tang w pierwotnym składzie, czy raczej wolisz trzymać się obecnej ekipy?

Z obecną ekipą gramy już razem 4 lata, czyli dłużej, niż zespół w oryginalnym składzie wytrzymał ze sobą. To jedna z tych sytuacji, którą najlepiej ilustruje przykład Deep Purple. Ritchie Blackmore był w kapeli, potem odszedł i na jego miejsce przyszedł Steve Morse. I Steve Morse ma obecnie dłuższy staż w Deep Purple niż Blackmore. Wiesz, rzeczy się zmieniają i zawsze masz nadzieję, że zmiany nastąpią na lepsze. Tygers of Pan Tang łączą teraz silniejsze i bliższe więzi niż kiedykolwiek wcześniej. Fakt, że jesteśmy już starsi i dorośli sprawia, że traktujemy to bardziej dojrzale. Kiedy jesteś młody i grasz w kapeli, chcesz być w centrum uwagi, pragniesz, żeby wszyscy robili ci zdjęcia, marzysz o tym, by udzielać wywiadów. Po prostu chcesz być w świetle reflektorów. Ale teraz jest inaczej. Nikt z nas nie pcha się już przed obiektyw aparatu. Kiedy pojawia się kwestia wywiadu, zrzucamy to na siebie nawzajem: "- Ty udziel wywiadu. - Nie, ty idź to zrobić" (śmiech). Odpowiadając na twoje pytanie, jest wspaniale. Jesteśmy jedną wielką, szczęśliwą rodziną.

Podobno nazwa Waszej kapeli wywodzi się z powieści fantasy. Możesz powiedzieć na ten temat coś więcej?

Michael Moorcock, gość, który w latach 70-tych był bardzo poczytnym pisarzem z nurtu fantasy i science fiction, stworzył "Sagę o Elryku". W jej skład wchodzi powieść "Stormbringer" (w Polsce wydany jako "Zwiastun burzy" ? red.), od którego Deep Purple pewnie nazwało swój album. W tej książce pojawiają się klify, znane jako Klify Pan Tang. Były one niezwykle cenne dla cesarza, dlatego też strzegły ich cesarskie tygrysy. Rocky, nasz dawny basista, wziął te tygrysy, wziął nazwę klifów, połączył je i w ten sposób staliśmy się Tygers of Pan Tang.

Ostatnie pytanie. Krąży pewna historia o pierwszym koncercie, który w ogóle zagraliście. Miało to miejsce w klubie Mingles. Czy to prawda, że udało się Wam zorganizować występ w tym miejscu, ponieważ barmanka czuła miętę do jednego z Was?

Tak, to byłem ja (śmiech). Zaprosiłem ją w zamian na randkę. Ale szczegóły ponownie nie nadają się do druku (śmiech).

Bardzo dziękuję za rozmowę. To była prawdziwa przyjemność.

Ja również dziękuję.

« Poprzednia
1
Następna »
Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Tygers Of Pan Tang
bnrprw (gość, IP: 77.254.21.*), 2014-03-18 21:41:45 | odpowiedz | zgłoś
Fajny wywiad. Dzięki niemu można z pierwszej ręki dowiedzieć się różnych szczegółów o tym ciekawym, a Polsce ciągle mało znanym zespole.
Jest on tez trochę zapomniany nawet na Zachodzie, choć pamiętam, że gdy w 1980 r. ukazała się ich płyta "Wild Cat", to opisywano ją jako ważne wydarzenie muzyczne także w polskiej prasie, włącznie z reprodukcją okładki - stąd dobrze zapamiętałem tego tygrysa:)

Materiały dotyczące zespołu

Kiedy sztuczna inteligencja zastąpi muzyków?