- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
wywiad: Udo Dirkschneider
| Wykonawca: | Udo Dirkschneider - Udo Dirkschneider (wokal) |
strona: 2 z 2

Accept (od lewej to prawej: Herman Frank, Stefan Kaufmann, Peter Baltes, Udo Dirkschneider i Wolf Hoffmann), materiały prasowe
"Balls to the Wall" zrealizowaliście na przełomie lipca i sierpnia 1983 roku w "Dierks Studios" w Stommeln - w tym samym miejscu, w którym nagraliście "Restless and Wild". Jak przebiegła sesja?
W bardzo sprzyjającej atmosferze. Towarzyszyło nam poczucie, że to solidny materiał, pozbawiony wypełniaczy. Nad produkcją czuwał Lou Austin, z którego usług korzystali między innymi Judas Priest, Deep Purple i Thin Lizzy. Nie byliśmy jednak zadowoleni ze wstępnych miksów, dlatego wezwaliśmy na pomoc Michaela Wagenera.
Z dziesięciu kawałków, które trafiły na wydawnictwo, największym przebojem okazał się utwór tytułowy.
O tak, oczywiście. Główny riff i refren mieliśmy gotowe dość szybko, ale brakowało nam zwrotek. Któregoś wieczoru poszliśmy ze Stefanem Kaufmannem do studia, wypiwszy uprzednio kilka piw. Po dwóch czy trzech godzinach ślęczenia nad tekstem udało się go dokończyć. Następnego dnia zaprezentowaliśmy pozostałym "Balls to the Wall" w wersji demo. Wszyscy zgodzili się, że brzmi nieźle.

U.D.O., Ostrawa 12.11.2022, fot. Verghityax
Tytuł drugiego numeru - "London Leatherboys" - wywołał w Ameryce trochę kontrowersji.
To prawda. Niektórzy przedstawiciele mediów doszukiwali się w nim homoseksualnych treści, choć nie miał z tym nic wspólnego. Utwór inspirowany był naszą wycieczką do Londynu. Reszta chłopaków potrzebowała skórzanych ciuchów - ja akurat nie, gdyż zawsze preferowałem barwy moro.
Gdybym miał wskazać kompozycję, w której faktycznie jest motyw seksualny, byłaby to "Turn Me On".
Bez dwóch zdań. To zdecydowanie mało delikatny kawałek o dziewczynach wpisujących się w nurt groupie. Kolejny numer, "Losers and Winners", też traktuje o relacjach damsko-męskich, aczkolwiek w bardziej powściągliwy sposób.
"Winter Dreams", ostatni utwór na "Balls to the Wall", wyraźnie odstaje od reszty repertuaru. Jest znacznie spokojniejszy. Aż chciałoby się rzec, że wpada w refleksyjny nastrój.
Tak, ma w sobie coś z ballady. Dziwnie było nagrywać go latem, biorąc pod uwagę jego tytuł i zawartość (śmiech).
Równie wiele emocji, co teksty, budziła wówczas okładka "Balls to the Wall". Moim zdaniem to najmocniejsze dokonanie Accept pod względem wizualnym. Skąd wziął się ten pomysł i kim jest człowiek na zdjęciu?
To bokser, który podczas europejskiej trasy koncertowej był naszym ochroniarzem. Pomysłodawczynią była Gaby Hauke. Uważam, że wykonała fantastyczną robotę.
"Balls to the Wall" ujrzał światło dzienne w grudniu 1983 roku. Najpierw promowaliście ten album w Europie. Potem, gdzieś w 1984 roku, Herman Frank zniknął z zespołu. Co się stało?
Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale nie byliśmy z niego zbyt zadowoleni. Kiedy graliśmy w Wuppertalu (26 grudnia 1983 roku - przyp. red.), na widowni zjawił się Jorg Fischer i odświeżyliśmy naszą znajomość. Wiedzieliśmy już wtedy, że Herman jest na wylocie. Po zakończeniu trasy skontaktowaliśmy się z Jorgiem i zapytaliśmy, czy nie zechciałby wrócić do Accept. Zgodził się i wyruszył z nami w pierwsze tournee po Stanach Zjednoczonych.
No właśnie, Ameryka. Przed "Balls to the Wall" cieszyliście się w Europie sporą popularnością, lecz dopiero ten longplay sprawił, że dostrzeżono was za oceanem.
Po premierze "Balls to the Wall" amerykańskie radiostacje zaczęły bardzo często puszczać muzykę Accept. Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Jeszcze bardziej zaskoczyła nas propozycja Kiss, byśmy otwierali ich koncerty w Stanach Zjednoczonych (Kiss ogrywał wówczas album "Lick It Up" - przyp. red). Naturalnie skorzystaliśmy z tej oferty (Accept supportował Kiss od 24 lutego do 17 marca 1984 roku - przyp. red). Dzięki temu mogliśmy wystąpić w wielkich arenach, a nasi gospodarze okazali się nadzwyczaj uczynni. Objaśnili nam, jak działa amerykańska branża rozrywkowa i na co należy zwracać uwagę. Mnóstwo się od nich nauczyliśmy. Później pojeździliśmy trochę z Saxon, a w maju zagraliśmy parę razy przed Ozzym. To był przezabawny gość, niezwykle inteligentny, choć nieco szalony (śmiech). Jednego wieczoru nagle zniknął ze sceny i Tommy Aldridge musiał zabawiać publiczność solówką na perkusji. Sęk w tym, że to solo trwało w nieskończoność (śmiech). Tymczasem Ozzy wymknął się tylnymi drzwiami i biegł już przez parking w stronę najbliższego baru, nim zdołali go capnąć (śmiech). Do Niemiec wróciliśmy dopiero w czerwcu.
Już dwa miesiące później czekało was kolejne tournee, tym razem u boku Iron Maiden w ramach "World Slavery Tour". Jak wspominasz tę wyprawę?
Gwoli ścisłości na tej trasie towarzyszyliśmy Iron Maiden dwukrotnie: w 1984 roku w Europie i w 1985 w Stanach Zjednoczonych. Pamiętam próbę dźwięku przed pierwszym koncertem. Kiedy zaśpiewałem do mikrofonu, myślałem, że ogłuchnę. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak głośno ustawionym wokalem. Co do samych muzyków Iron Maiden, to zachowywali się przyjaźnie, ale nie nawiązaliśmy bliższej relacji. Ich fascynowała piłka nożna, która nas z kolei niezbyt pociągała.
Sporą część lat 1984 - 1985 spędziliście w drodze, najpierw promując "Balls to the Wall", potem również "Metal Heart". Poszło gładko czy musieliście stawić czoła jakimś przeciwnościom?
Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie żadnych. Najgorszy incydent miał miejsce w 1986 roku, niedługo przed premierą "Russian Roulette". Graliśmy akurat w "Hammersmith Odeon" w Londynie (5 kwietnia - przyp. red.), gdy całe nagłośnienie padło na dwie albo trzy minuty. Pełna sala, do tego dziennikarze z różnych stron świata oraz muzycy zespołu Dokken, który nas supportował, a ja mogłem tylko bezradnie zachęcać ludzi do śpiewania refrenu. To były najdłuższe minuty w moim życiu (śmiech).
Bardzo ci dziękuję za rozmowę.


