- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
wywiad: Unleashed
| Wykonawca: | Johnny Hedlund - Unleashed (wokal, gitara basowa) |
strona: 2 z 2

Unleashed (od lewej do prawej: Tomas Olsson, Anders Schultz, Fredrik Lindgren i Johnny Hedlund), materiały prasowe
Jeżeli to nie problem, chciałbym teraz poruszyć temat Fredrika Lindgrena, waszego byłego gitarzysty. Zmarł on w grudniu 2024 roku. Razem z nim, Andersem (Schultzem - przyp. red.) i Robertem (Sennebackiem - przyp. red.) powołałeś do życia Unleashed w 1989 roku. Pamiętasz, w jakich okolicznościach się poznaliście?
Poznaliśmy się na jakiejś imprezie, na długo przed powstaniem Unleashed. Fredrik był świetnym kumplem. Wspólnie balowaliśmy i wypiliśmy razem niejedno piwo (śmiech). Czasem, gdy przeholowaliśmy, Fredrik nocował u mnie w domu. Kiedy zakładaliśmy Unleashed, byłem świeżo po rozstaniu z Nihilist. W tamtych latach zespoły montowało się z ludźmi o podobnych zainteresowaniach i priorytetach. Nikt nie szukał najlepszego perkusisty w okolicy. Liczyło się to, jak się dogadujecie. Nie brzmi to zbyt wzniośle, ale tak było. Siedziałeś w pokoju z przyjaciółmi, słuchając Morbid Angel na magnetofonie, i nagle do was docierało, że też możecie grać metal.
W maju 1990 roku weszliście do "Kuben Studios" w Sztokholmie, gdzie zarejestrowaliście waszą debiutancką demówkę, pt. "The Utter Dark". Jak wspominasz tę sesję?
Jako kompletnie absurdalną. Właściciel studia nie miał bladego pojęcia o death metalu ani o tym, jak powinien on brzmieć. Gdy usłyszał generowane przez nas dźwięki, uznał, że stroimy sobie żarty, a po skończonej sesji oznajmił, że on się pod tym nie podpisze, bo musi dbać o reputację. Jasne, materiał, który przynieśliśmy, nie był szczególnie wyszukany, ale bez przesady. Gość nie robił tego charytatywnie. Zapłaciliśmy mu pełną stawkę. Koszty nagrywania były wtedy dość wysokie i uciułanie tych pieniędzy zajęło nam sporo czasu. Dzisiaj mógłbyś pójść do dowolnego studia i realizator prawdopodobnie poradziłby sobie z death metalem, nie wspominając już o tym, że dzięki postępowi technologicznemu ceny produkcji muzycznej znacząco spadły. Co zabawne, każdy, kto otrzymał tę demówkę, był zachwycony. Mimo to nigdy wcześniej ani później nie zetknąłem się z sytuacją, by producent odmówił uznania swego wkładu pracy. Ponoć ostatecznie facet pogodził się z tym dziwnym epizodem w swojej karierze.
Po paru miesiącach wypuściliście kolejną demówkę, pt. "....Revenge", zwracając tym na siebie uwagę Century Media Records.
Tak, przedstawiciel Century Media zadzwonił i poprosił, byśmy przygotowali jeszcze kilka utworów, nim zdecydują się podpisać z nami kontrakt. Zabukowali nam studio w Niemczech ("Nobel Studios" w Bielefeld - przyp. red.), czekała nas zatem wycieczka. W tym czasie Robert opuścił Unleashed, by skupić się na Dismember. Stanąłem przed koniecznością nagrania wokali, czego nigdy przedtem nie robiłem. Nie wiedziałem nawet, jak się za to zabrać ani czy podołam. Sprzyjało nam jednak szczęście, ponieważ wszystko poszło zgodnie z planem.
W kwietniu 1991 roku wróciliście do Niemiec, tym razem, by zarejestrować materiał na swój pierwszy longplay studyjny, zatytułowany "Where No Life Dwells". Jak to wspominasz?
Po raz pierwszy poczuliśmy się jak profesjonaliści. Przyjechaliśmy do Dortmundu, gdzie wytwórnia załatwiła nam przyzwoity nocleg. Nie byliśmy przyzwyczajeni do takiego traktowania. Dwa miesiące wcześniej odbyliśmy krótką trasę z Bolt Thrower i Nocturnus (na przełomie stycznia i lutego 1991 roku - przyp. red.) i noce spędzaliśmy w vanie, w którym było przeraźliwie zimno. Różnica była kolosalna. Sesja do "Where No Life Dwells" trwała około tygodnia, a jej rezultat przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Przy okazji poznaliśmy ekipę magazynu "Rock Hard" i grono lokalnych muzyków. Cóż, piwka i imprez mieliśmy pod dostatkiem.
"Where No Life Dwells" promowaliście na trasie "Crush Jesus Christ Tour" z Morbid Angel i Sadus. Wtedy po raz pierwszy odwiedziliście Polskę, występując 31 maja 1991 roku we Wrocławiu i 1 czerwca w Poznaniu. Od tamtego momentu upłynął szmat czasu. Pamiętasz cokolwiek z tej wizyty?
Jak najbardziej. Nie orientuję się, w jakim stopniu Polska była wówczas wolna od radzieckiego reżimu, ale teren wokół areny patrolowali uzbrojeni żołnierze. Sama ich obecność wywoływała nerwową atmosferę. Zachodziliśmy w głowę, na co tu wojsko? Czegoś takiego nie widzieliśmy w żadnym innym kraju. Powiedziano nam potem, że zostali tu oddelegowani do pilnowania porządku. Kto właściwie stwarzał zagrożenie? Czy bali się, że metalowcy wysadzą halę w powietrze? (śmiech) Za to publiczność okazała się fantastyczna. Ludzie pod sceną dawali z siebie wszystko.
W grudniu 1991 roku ponownie towarzyszyliście Morbid Angel, trasa nosiła nazwę "European Sickness Part II". Był to chyba jedyny raz, kiedy zasiadłeś za bębnami. Co się stało?
Anders został zatrzymany na francuskiej granicy, ponieważ nie posiadał zezwolenia na pracę w Wielkiej Brytanii (5 grudnia Unleashed zagrał w Paryżu, następnego dnia Szwedzi mieli zaplanowany występ w walijskim Wrexham - przyp. red.). Nie mieliśmy innego wyjścia, musieliśmy ruszyć dalej bez niego.
Umiałeś grać na perkusji?
W tamtym czasie to ja komponowałem cały materiał w Unleashed, wliczając w to partie bębnów, więc potrafiłem je odegrać. Sęk w tym, że na żywo nie wyrabiałem fizycznie. Źle znosiłem szybkie tempo i wysiadały mi kolana. A tu jeszcze trzeba było śpiewać (śmiech). Na szczęście nasz repertuar koncertowy składał się raptem z pięciu utworów i to nas ratowało (śmiech). Ciekaw jestem, czy ktoś nagrywał te występy. Fajnie by było obejrzeć je po latach.
Finał trasy mocno mnie zaskoczył. Pete Sandoval z Morbid Angel najwyraźniej zauważył moją niedolę, bo zaczął chodzić z kasetą "Where No Life Dwells" w swoim walkmanie. Błyskawicznie opanował nasze numery i na czas obu koncertów w "The Marquee Club" w Londynie (13 i 14 grudnia - przyp. red.) przejął obowiązki perkusisty. Spisał się rewelacyjnie.
Bardzo ci dziękuję za rozmowę.



Świetnie, że zespół jeszcze istnieje i nagrywa płyty. Zawsze miło posłuchać.