|
|
| relacja: Machine Head, None, Warszawa "Stodoła" 4.11.2001
|
| wystąpili: |
Machine Head; None
|
miejsce, data: Warszawa, Stodoła, 4.11.2001
Nie zdarza się zbyt często, by zachodnie kapele właśnie u nas rozpoczynały
swoje trasy koncertowe. Tak jednak było w przypadku Machine Head,
który po siedmiu latach nieobecności znów zawitał w naszym kraju.
Tego chłodnego wieczoru frekwencja w klubie "Stodoła" nie była wysoka,
przyszło niecałe 1000 osób. Być może dlatego, że zespół grał jeszcze
jeden koncert i fani z południowej części Polski zamierzali udać się na
koncert krakowski.
W okolicach godziny 20:30 na scenie pojawił się supportujący
None. Słyszałem ich po raz pierwszy, grają coś w stylu Soulfly,
Sepultury (tej nowszej, choć w pewnym momencie początek jednego
z utworów przypominał "Chaos A.D."), tylko trochę ciężej z pewną dozą
kombinowania, co zalicza się niewątpliwie na plus dla zespołu. Dźwięki
None uzupełniają dwaj śpiewający dośc ostro wokaliści, z których jeden
z daleka przypominał Robba Flynna, a drugi z powodzenium mógłby użyczyć
swego głosu w kapeli deathcore'owej. Mimo iż tego typu muzyka nie leży
w obszarze moich zainteresowań, przyznam się bez bicia, że niekiedy
nawet podobało mi się to, co usłyszałem w sali "Stodoły". Podobnie jak
publiczności, która ciepło przyjęła zespół. Po dobrym, trwającym 30-40
minut występie grupa z Bydgoszczy zeszła ze sceny.
Przerwa trwała ponad pół godziny, a podczas niej można było podziwiać
scenę, na której znajdowały się po obu stronach charakterystyczne symbole
MH, a także stojąca na wysokim podeście perkusja. Można było również wraz
z publiką dawać wyraz swojemu zniecierpliwieniu. Zastanawiałem się wtedy,
ile utworów z dwóch pierwszych albumów usłyszę.
Wreszcie, owacyjnie witany, na deskach "Stodoły" zjawił się Machine
Head. Rozpoczęli od "Bulldozer", przyjętego w miarę umiarkowanie,
jednak potem było już tylko gorąco. Energetyczny "The Blood, The Sweat,
The Tears", miażdżący "Ten Ton Hammer", szybki "Old" i drący się
wniebogłosy Robb Flynn, który przez większość przerw między utworami
popijał wódkę z colą i uczył się mówić "na zdrowie". Bardzo dobra
mieszanka. Potem na "uspokojenie" dostaliśmy "Crashing Around You"
i ponownie utwory z dwóch pierwszych płyt z kopiącym po tyłku "I'm Your
God Now" na czele.
Końcówka podstawowego setu to nowsze utwory, m.in. "From This
Day", "American High", brzmiące zdecydowanie bardziej czadowo niż
w wersjach studyjnych. Jednak na tym nie mogło się skończyć, czekałem
jeszcze na jeden, bardzo konkretny utwór. Na szczęście trochę
skandowania pomogło i po dłuższej chwili Amerykanie raz jeszcze
pojawili się na scenie. Ostatnie cztery numery to esencja Machine
Head. Najpierw przejmujący "Deafening Silence", a potem powalający
i druzgoczący "Davidian" z szybszą i trochę inaczej niż na płycie
zagraną partią perkusji (jednak co Kontos to Kontos) i wykrzyczanym
przez publiczność "Let Freedom Ring With A Shotgun Blast!". Istne
szaleństwo. Chwilę potem totalne zaskoczenie. "Territory" Sepultury
w wykonaniu MH brzmiące nie gorzej od oryginału. Nie zabrakło również
wspólnego śpiewania. A na koniec pasujący stylistycznie do bisu
"Supercharger". Po tym występie baterie miałem doładowane na kilka dni.
I chyba nie ja jeden.
Doskonały koncert, choć trochę drażniło mnie czasem zbyt dużo
basu. Ciekawe, jak wypadli w Krakowie.
autor: m00n
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|