| Wykonawca: |
Anja Orthodox - Closterkeller (wokal)
|
strona: 1 z 6
Krzysztof Kowalewicz: Piłaś wino o nazwie "Klosterkeller"?
Anja Orthodox: Tak, jeszcze zanim wiedziałam, że tak będzie się nazywał
mój pierwszy zespół. Na 18 urodzinach gitarzysty, właśnie dopiero co
założonej naszej grupy, potwornie skatowaliśmy się tym winem. Jakiś
czas potem kolega znalazł w bramie pustą butelkę po "Klosterkellerze"
i zaproponował nam taką nazwę. Kiedy już zdecydowaliśmy się
na Closterkeller, skojarzyliśmy, że to właśnie tym winem się
struliśmy. Dlatego na początku nazwa grupy nie budziła w nas miłych
skojarzeń.
Czy ten trunek wyróżniał się smakiem spośród innych tanich win?
To nie było tanie wino typu żur, raczej średniej klasy. Dokładnie nie
pamiętam, ale chyba półwytrawne.
Zanim doszło do powstania zespołu, byłaś m. in. modelką, grałaś
w reklamówkach. W wywiadach przyznajesz, że robiłaś to dla pieniędzy. Grać
rocka zaczęłaś z tych samych powodów?
Wtedy były inne, mocno punkowe czasy. Na muzyce rockowej nie dawało się
zarobić jakiś bardzo dużych pieniędzy. Zainteresowałam się rockiem, bo
bardzo chciałam śpiewać. Wtedy absolutnie nie przychodziło mi do głowy,
że mogę coś osiągnąć, być znaną wokalistką, która nagra osiem płyt.
Na początku w zespole znalazły się osoby, które były muzycznymi
samoukami. Jak w takim razie wyglądały pierwsze próby?
To była straszna żenada. Do śpiewania namówił mnie mój chłopak
wokalista. Powiedział, żebym wzięła kasetę jakiejś ulubionej wokalistki
i próbowała śpiewać razem z nią. Tak zrobiłam. Puszczałam sobie X-mal
Deutschland, czy Siouxsie And The Banshees i wyłam do bólu. W pewnym
momencie trafiłam na ludzi, którzy chcieli założyć zespół. Początkowo
wszyscy byliśmy jednakowo beznadziejni, ale dzięki temu nie mieliśmy
świadomości naszego tragicznego poziomu.
W jednym z wywiadów w tamtym czasie powiedziałaś: "byliśmy
kompletnymi zółtodziobami. Dlatego swoje niedociągnięcia nadrabialiśmy
m. in. imagem".
To było dla nas bardzo ważne. Wtedy wszystkie kapele zimnofalowe,
których słuchaliśmy miały niesamowity image. Dla mnie takim kultowym
był występ Siouxsie And The Banshees w Albert Hall. Na nich się głównie
wzorowaliśmy. Uważaliśmy, że kiedy zespół wychodzi na scenę, musi jakoś
wyglądać. Publiczność oprócz muzyki oczekuje także wrażeń wzrokowych.
Prawdę mówiąc, nie pamiętam czy image dotyczył całego zespołu, czy
tylko ciebie?
Wszyscy się przebieraliśmy. Chłopaki farbowali włosy. Nosili
różne bransolety, wisiory. Do dzisiaj wspominam "Wofganga" (Tomasza
Grochowalskiego, basistę - przyp. kk), który grał w moich sznurach
z pereł i z ustami pomalowanymi na czarno.
autor: Krzysztof Kowalewicz
Dodaj swój komentarz!
|