zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 27 września 2020

relacja: Arena, Abraxas, Bydgoszcz "Kinoteatr POW" 27.10.1999

8.11.1999  autor: Przemysław Semik
wystąpili: Arena; Abraxas
miejsce, data: Bydgoszcz, Kinoteatr POW, 27.10.1999

Trasa promująca album "The Visitor" Skład: Mick Pointer - drums & percussions; Clive Nolan - keyboards, backing vocals; John Mitchell - guitars, backing vocals, Rob Sowden - vocals, acoustic guitar; Ian Salmon - bass

Minęły 3 lata od ostatniego koncertu Areny - zespołu założonego przez byłego perkusistę Marillion i klawiszowca Pendragon. 3 lata oczekiwania po wspaniałym koncercie w Krakowie. W tym roku zawitałem do Bydgoszczy, w której coraz częściej słychać muzykę przez duże "M", a wojskowy kinoteatr był wyjątkowo trafnie dobranym obiektem na koncert Areny.

Układ pociągów sprawił niestety, że spóźniłem się na koncert około 15 minut (myśląc w duchu, że zapowiadany "Anyway" to żadna strata). Będąc już w szatni kinoteatru, usłyszałem znajome dźwięki i jakież było moje zdziwienie, kiedy na scenie zobaczyłem ekipę z Abraxas. Pomyślałem - rewelacja! Dwie gwiazdy jednego wieczoru. Abraxas grał jeszcze przez pół godziny, prezentując utwory z płyt "Centurie" i "99". Moją uwagę zwróciła obecność Łukasza Święcha i jego mistrzowska gra na gitarze akustycznej, zwłaszcza podczas utworu "Pokuszenie". Jak zwykle swój nieprzeciętny talent zaprezentował Szymon Brzeziński, grając swoje solówki z pełnym zaangażowaniem. Żegnani brawami muzycy zeszli ze sceny kilka minut przed 20:00, ustępując miejsca głównej gwieździe wieczoru - Arenie.

Koncert Areny rozpoczął się około 20:10 zaciemnieniem sceny i zagranym z playbacku klasycznym motywem z opery "Wilhelm Tell". Tego typu początki stały się już regułą podczas koncertów zespołów Clive'a Nolana. Za chwilę wyszli na scenę wszyscy muzycy, łącznie z nowym basistą i wokalistą. Wokalista - Rob Sowden - wyjątkowo wysoki i szczupły człowiek z fryzurą a'la Robert Amirian. Rozpoczęli od repertuaru "The Visitor", grając "A Crack In The Ice". Następnie usłyszeliśmy inne utwory z najnowszej płyty, łącznie z "Pins & Needles" w wersji akustycznej oraz utwory wcześniejsze, z płyt "Songs From The Lions Cage" i "Pride". Była "Medusa", był "Out Of The Wilderness", nie mogło zabraknąć "Jericho", no i oczywiście IV części "Crying For Help", znanej również pod tytułem "Only Child". W ramach większej integracji z publicznością w środku koncertu, wokalista-gigant wykonał solo utwór "Help me", akompaniując sobie tylko na gitarze akustycznej i śpiewając już za chwilę z całą salą.

Doczekaliśmy się trzech bisów. Uwagę zwracał utwór "Solomon", przy którym gitarzysta i basista biegali po scenie, prezentując niebywałą wręcz kondycję. Ostatnim bisem była finałowa kompozycja najnowszego albumu "The Visitor", co zresztą bardzo dobrze pasowało na zakończenie koncertu. Kilka osób oczekiwało utworów Marillion czy Pendragon, ale zespół ich nie wykonywał. Mick Pointer zaraz po odejściu z Marillion odsprzedał prawa do ich kompozycji, a wykonywanie repertuaru Pendragon bez Nicka Baretta wydawało się niecelowe. Zakończenie nastąpiło około godziny 22:00.

Koncert był udany, a sala (mimo braku kompletu) bawiła się z minuty na minutę coraz lepiej. Nowy wokalista zaprezentował się całkiem dobrze. Jego głos jest bardzo podobny do głosu poprzednika - Paula Wrightstona, a repertuar Areny opanował doskonale. Jednej rzeczy nie potrafił - być w centrum zainteresowania. Praktycznie cały koncert zaśpiewał w cieniu niebywale charyzmatycznego gitarzysty - Johna Mitchella. Jego atutami, poza perfekcyjną grą, była fryzura i wyjątkowo "nakręcające" zachowanie. Sprawiał wrażenie, jakby ten właśnie koncert był dla niego najważniejszy. Podczas wykonywania soczystych solówek (np. Serenity, czy zakończenie The Visitor) dawał z siebie wszystko, a zarazem uśmiechał się do widzów mówiąc oczami: "Patrzcie jakie to proste, powinniście spróbować...". Punktem kulminacyjnym był fragment utworu "Hanging Tree", gdzie partia gitary akustycznej przechodzi od razu w gitarę elektryczną. Mitchell uparł się zagrać wszystko sam i zawiesił sobie "elektryka" na plecach i przy pomocy asystenta, który po skończonej partii odebrał od niego "akustyka" - wykonał co zamierzał. Brawom nie było końca. Z braku czasu nie mogłem niestety spotkać się z muzykami po koncercie czego bardzo żałuję, ale myślę, że moje i innych brawa były dostatecznym podziękowaniem za ten magiczny wieczór.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Zobacz inną relację

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy zdarzyło Ci się wyrzucić płyty lub kasety z muzyką?