zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 28 stycznia 2026

relacja: Czarny Bez, Jarzmo, Viimaheim, Wrocław 23.01.2026

26.01.2026  autor: Krasnal Adamu
wystąpili: Czarny Bez; Jarzmo; Viimaheim
miejsce, data: Wrocław, Liverpool, 23.01.2026

Piątkowy wieczór postanowiłem spędzić, słuchając na żywo folku zmieszanego m.in. z metalem. Jak się prawie w ostatniej chwili dowiedziałem, w tym samym terminie w innym klubie miał występować również mnie interesujący, grający trochę inną muzykę Octotanker, ale wybór był już przesądzony - padł na dwie kapele, których jeszcze nie widziałem, mimo że ich dyskografię znam dobrze, czyli na jeden z ostatnich przystanków wspólnej trasy Czarnego Bzu i Jarzma. Miałem nadzieję, że materiał z ich płyt w wykonaniu koncertowym powali mnie obcą mieszczuchom energią.

Na support czekał na scenie przykryty futrem cajon. Miejsce na nim zajął muzyk, który przedstawił się jako Grzesiek z projektu Viimaheim. Znałem go dotychczas głównie jako zdolnego instrumentalistę publikującego na YouTube swoje aranżacje cudzych utworów. Na tle wielu osób o podobnym internetowym zajęciu wyróżnia się tym, że gra na irlandzkim buzuki. Jego filmiki wystarczyły mi, żeby wiedzieć, czego się spodziewać - dość krótkich kompozycji na lutniopodobny instrument z czterema parami strun, cajon i tamburyn na stopę. Delikatnie dowcipkujący solista przyznał pod koniec, że jest nie w formie, więc bał się tego koncertu, jednak moim zdaniem lekki kaszel na jakość występu nie wpłynął. Trochę tylko mi nie odpowiadało, że Grzesiek traktowany był jak grajek w karczmie, źródło dźwiękowego tła. Wielokrotnie się zastanawiałem, co lepiej słyszę - muzyka czy rozmowy widzów. Z drugiej strony owacje zbierał donośne, a już od drugiego utworu, "Słowiańskiej uczty", do końca występu pod sceną trwała zabawa. Tańcowały głównie dziewczęta odziane bardziej folkowo niż Grzegorz. Człowiek zwany bardem nie ubrał się jak w większości swoich filmików, tylko jak uczestnik koncertu metalowego. Nie wykluczam, że dwie dziewczyny z widowni, stanowiące prawie połowę najmocniej się bawiącej grupki, miały to nadrobić swoimi strojami.

W trwającym trzy kwadranse secie podstawowym znalazły się jeszcze m.in. "W kręgu druidów", "Strażnik lasu", "Szmaragdowy sen", "Wokół ognia", "W sercu kuźni" zapowiedziany jako eksperymentalny, "Kuflem i mieczem", ekscytujący tempem "Taniec Chochoła" i, na koniec, "Hej, sokoły". Ponieważ publiczność kazała mu "napierdalać", Grzesiek zagrał też bis. Powiedział, że wahał się między coverem Amon Amarth a piosenką z filmu "Chłopi" i wybrał to drugie, jednak widzowie mieli odmienne zdanie. Posłuchał zgromadzonych. Myślę, że filmowy kawałek lepiej się nadawał na finisz, ale i tak byłem zadowolony. Z wykonanych utworów najbardziej podobały mi się "W sercu kuźni", "Taniec Chochoła" oraz jeden inspirowany chyba black metalem i muzyką bliskowschodnią - może też cover, nie wiem. Na pożegnanie instrumentalista poprosił o lepsze oświetlenie oraz o podejście widzów pod samą scenę, żeby mógł sobie z nimi zrobić pamiątkowe zdjęcie.

Po szybkim przemeblowaniu ze swoim materiałem ruszył duet Jarzmo. Na pierwszy ogień poszedł "Pług" z wokalami wykonywanymi razem przez oboje muzyków, czyli przez perkusistkę Katarzynę Bobik i grającego na wioli klawiszowej Piotra Nowaka. Mocarna mieszanka folku, metalu i psychodelii stanowiła znakomite otwarcie występu. Od premiery debiutanckiego albumu, zatytułowanego "Antropocen", minął już ponad rok i trwający prawie godzinę set nie opierał się ściśle na tej pozycji w dyskografii. Z nieznanych mi wcześniej kawałków usłyszeliśmy m.in. "Dziegieć". Znane też zaskakiwały, bo nie polegały na odtwarzaniu nuta w nutę wersji studyjnych - "Big Heat" lepsze wrażenie zrobił na mnie w rozbudowanym wykonaniu koncertowym. Lekko rozczarował za to "Chochoł". Piotr Nowak korzystał podczas występu z delaya. Zwrotka utworu opierała się właśnie na zapętlonym chwilę wcześniej riffie. Nałożyły się na siebie dwa mankamenty: słabsza słyszalność loopa i fakt, że muzyk nie jest doskonałym wokalistą. Poza tym momentem jednak występ duetu był świetny. Fascynować mogła nyckelharpa jako mało popularny instrument o zadziornym brzmieniu, ale równie chętnie patrzyłem, co na swoim zestawie wyprawia Katarzyna Bobik. Szczególnie podobały mi się jej jazzowe zagrywki na samych talerzach. Nawet moment, gdy pałeczka wypadła jej z ręki, miał swój urok. Każdy kawałek był mniejszym lub większym popisem muzyków, przy czym około połowę setu stanowiły utwory instrumentalne, wśród nich jeden improwizowany. Miło mi się też patrzyło, jak duet utrzymuje ze sobą kontakt wzrokowy podczas zmian tempa. Te kompozycje po prostu żyły. Piotr Nowak powiedział zresztą, że każdy koncert Jarzma jest inny. Na koniec muzycy, dzielący się podczas dobrze przyjętego występu konferansjerką, przedstawili siebie nawzajem i zrobili miejsce dla kolejnej kapeli. Szkoda, że duet nie zagrał czegoś na bis, ale niedosytu nie czułem.

Liczba muzyków na scenie rosła w postępie geometrycznym. Po przerwie niewiele dłuższej od poprzedniej władzę nad salą przejął kwartet: perkusista, basista, gitarzysta i używająca czasami megafonu wokalistka. Wszystkie inne partie, czyli m.in. klawisze i chórki, Czarny Bez puszczał z playbacku. Szczególnie słyszalne i widoczne było to na początku "Świśliny", jeśli nie liczyć intra "Atak Awarów". Odtworzone nagranie wstępu z promowanego właśnie drugiego albumu grupy, wydanego w październiku 2025 r. "W blasku księżyca", posłużyło za otwarcie występu. Natychmiast po nim nastąpiła pierwsza wtopa w postaci niezręcznie długiej ciszy. Gdy zespół się wreszcie przygotował, wystartował z godzinnym setem podstawowym, na który złożyły się "Arkona 1168", "Południca", "Bitwa nad Tollense", "Postrzyga", "Wodnica", "Mokosz", "Noc w leście (Makabreska)", "Wiedźma", "Trzygłów", "Świślina", "Łysiec" i "Noce Kupały" - w przybliżeniu albo dokładnie w tej kolejności. Na bis poleciały jeszcze "Marzanna" i "Perun". W finiszu wokalistka Luba przedstawiła cały skład, czemu towarzyszyły krótkie popisy instrumentalistów, przede wszystkim gitarzysty Widuna. Na pożegnanie zespół nakręcił sobie ze sceny filmik z widzami.

Po pierwszej wpadce szybko wyławiałem kolejne mankamenty występu. Już w "Arkona 1168" miałem wrażenie, że Luba nie wyciąga niektórych wyższych partii. Potem było lepiej, ale nie przez cały czas. Najgorzej pod tym względem wypadł "Łysiec". Zastąpienie prawie całego śpiewu melodeklamacjami to dla mnie niepotrzebny zabieg artystyczny obniżający atrakcyjność utworu. Zastrzeżenia mam też odnośnie prezencji zespołu. Instrumentaliści wystąpili w maskach, a wokalistka - w czerwono-czarnej sukni, z wiankiem na głowie i z czarną chustą. Oczywiście stroje mają znaczenie jako element wizerunku i cieszę się, że Widunowi nie przeszkadzało, że swoim pióropuszem zamiata niski sufit, ale występ na żywo powinien się opierać na czymś więcej niż muzyka w pełni znana z płyt i bajeranckie ciuchy. Luba ma teatralne zapędy. Objawiały się w melodeklamacjach, w tym w nieszczęsnym "Łyścu", i w zabawach chustą. Również tym drugim zdołała osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego. Kawałek materiału w prawie każdym utworze rozciągała sobie przed oczami. Gdy nie śpiewała, często - może póki się nie zmęczyła - machała chustą wokół siebie, a czasami dawała jej falować nad wentylatorem podłogowym. Kilka powtarzanych w kółko ruchów szybko przestało być atrakcyjne i stało się nudne. Zasłonięcie sobie oczu jest jakimś pomysłem, ale robienie tego co chwilę wygląda już na jego brak. Reszta zespołu nie dodawała od siebie prawie nic. Gdyby instrumentaliści nie mieli masek, może chociaż na ich twarzach widziałbym prawdziwą ekspresję. W efekcie od początku miałem wrażenie, że kwartet tylko z minimalnym zaangażowaniem odbębnia swoje. Chwała basiście za to, że w "Trzygłowie" się wyłamał i zachęcił publiczność do rytmicznego klaskania. I tu podkreślam, że mimo moich zastrzeżeń widzowie bawili się bardzo dobrze. Od pierwszego utworu często śpiewali, głównie refreny, chociaż wokalistka w ogóle ich do tego nie zachęcała ani tego nie wykorzystywała. Przy "Nocy w leście" tak się rozkręcili, że przed sceną trwała już zabawa na całego, w tym tańce w kółku. Raz, mimo że daleko było jeszcze do pory wywoływania kapeli na bis, zgromadzeni skandowali nazwę zespołu. Przyjmuję, że podziałała sama muzyka.

Obawiałem się, że jednoosobowy projekt Viimaheim wypadnie monotonnie. Ku memu zaskoczeniu Grzegorza słuchało mi się przyjemnie, a znudził mnie Czarny Bez. Chciałem zobaczyć zespół na żywo, a wyszedłem z klubu z przekonaniem, że jednak wolę się ograniczyć do słuchania jego albumów studyjnych. Z Jarzmem mam odwrotnie. "Antropocen" - nie do końca udany, ale ciekawy - okazał się tylko próbką tego, na co stać duet na scenie. Dla tej kapeli warto było pójść na koncert i chętnie udam się na kolejne.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!