zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 29 września 2022

relacja: Deicide, Mystic Circle, Centinex, Warszawa "Proxima" 23.11.2002

3.12.2002  autor: m00n
wystąpili: Deicide; Mystic Circle; Centinex
miejsce, data: Warszawa, Proxima, 23.11.2002

Nie ukrywam, że dość długo czekałem, by zobaczyć Glena Bentona i spółkę "na żywo", i myślałem, że nie jestem w tym osamotniony. W sobotnie popołudnie w warszawskiej "Proximie" spodziewałem się takich tłumów, że klub będzie pękał w szwach - myliłem się jednak. Na koncercie pojawiło się raptem około czterystu osób - być może wpływ miała na to cena biletów, bądź też występ dzień wcześniej tych trzech kapel we Wrocławiu. Ale tam również publiczność zjawiła się w podobnej ilości, a przecież fanów Deicide w Polsce jest z pewnością o wiele więcej...

Prawie punktualnie - w okolicach 16.30 - na scenie zjawili się muzycy Centinex, niektórzy skromnie odziani w "pieszczochy" i naćwiekowane pasy. Nieźle nagłośnieni, Szwedzi świetnie spełnili rolę "rozgrzewacza", bardzo dobrze wykorzystując dane im przez organizatora trzydzieści minut. Dawka agresywnego, oldschoolowego death/thrash metalu przetoczyła się przez "Proximę". Przy doborze repertuaru Centinex skupił się przed wszystkim na numerach z ostatniego krążka "Diabolical Desolation", a wśród nich usłyszeliśmy "Spawned To Destroy", "Soulcrusher", "Demonic Warlust", utwór tytułowy z tego albumu i "Hellfire Twilight". W ciągu pół godziny Szwedom udało się nieco rozruszać nieliczną pod sceną publiczność, choć do szaleństwa jeszcze dużo brakowało.

Mimo dobrego przyjęcia, występ Mystic Circle wypadł moim zdaniem mało ciekawie - liczyłem na coś więcej znając zawartość przedostatniej płyty zespołu zatytułowanej "Great Beast". Blackowe "nawalanie", puszczone z płyty klawisze - traktowane jak równorzędny instrument, taki jak gitara czy bębny - do tego wszystko sensownie brzmiące; niby w porządku, jednak to, co mieli Niemcy do zaprezentowania, wlatywało jednym, a wylatywało drugim uchem. Muzycznie całość była po prostu nudna, a mogliśmy przecież w ciągu czterdziestu minut usłyszeć utwory z prawie - jeśli nie z wszystkich - płyt Mystic Circle: był "Servants Of Twilight" z najnowszego krążka "Damien", "Medina (Satan's Whore)" z debiutu "Morgenrote", "King Of Nibelungenhord" czy zagrany jako przedostatni "Dragonslayer" z albumu "Drachenblut". W jeden z numerów wplecione zostały fragmenty kawałka Slayer "Reign In Blood", co zwiększyło jeszcze tłok pod sceną przywiewając w jej okolice kolejnych ludzi - i to chyba był najciekawszy moment tego występu.

Po kilkunastominutowej przerwie na scenie powoli zaczęli pojawiać się muzycy Deicide, a w klubie podniosła się wrzawa, która osiągnęłą swój punkt kulminacyjny po wejściu lidera amerykańskiej formacji, Glena Bentona. Chwilę potem bez większych ceregieli huknęły dynamiczne dźwięki "Bible Basher", a gdy zaraz po nim znajomo zabrzmiał "Lunatic Of God's Creation", poczułem mrowienie na plecach. Zaczęło się totalne piekło, a na scenie królował niepodzielnie potężny głos wielkiego Glena Bentona, targanego opętańczymi, nerwowymi ruchami i ciągle wywracającego oczyma tak, że widać było tylko białka. Wrażenie potęgowały miażdżące gitary braci Hoffmanów i zapierająca dech w piersiach gra bębniącego Steve'a Asheima. Każdy następny kawałek był jak kolejny gwóźdź krzyżujący Chrystusa, a trzeba przyznać, że dobór repertuaru usatysfakcjonowałby chyba każdego. Zespół zrezygnował właściwie z prezentowania zawartości ostatnich dwóch płyt, kładąc zdecydowany nacisk na pierwsze krążki, w szczególności na debiutancki "Deicide" z 1990 roku. W ciągu godziny osiem diabelnych numerów z jedynki - wśród nich oprócz wspomnianego "Lunatic Of God's Creation", jeszcze "Sacrificial Suicide", "Temple Of The Damned", "Deicide" i "Mephistopheles" - przeplatało się z pojedynczymi, równie piekielnymi, kawałkami z trzech innych albumów: "Bastard Of Christ", "Serpents Of The Light", "Children Of The Underworld", "Once Upon A Cross", "When Satan Rules His World" i "Dead But Dreaming". Armageddon nadszedł w postaci trzech ostatnich, wbijających w ziemię, kolejnych utworów z debiutu: "Oblivious To Evil", "Dead By Dawn" i ostatecznie krzyżującego "Crucifixation". Mimo usilnego skandowania, nie udało się ściągnąć muzyków z powrotem na scenę, choć i tak z pewnością te sześnaście numerów przygotowanych na sobotni wieczór w "Proximie" zrobiło niejednemu demolkę w głowie. Z drugiej strony żal, że zagrali krócej niż we Wrocławiu - o ile skład numerów warszawskiego koncertu był znacznie lepszy, to jednak był on krótszy od wrocławskiego o około dwadzieścia minut. A szkoda... Mimo to było genialnie!

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Którą wokalistkę lubisz najbardziej?