zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 23 lutego 2024

relacja: Festiwal "Stacja Woodstock 2001", Kraków "Stacja Woodstock" 1 - 6.04.2001

wystąpili: Nervy; Gambit; CSG; Kultura De Natura; Kfintet; Drew Barry 45 More
miejsce, data: Kraków, Stacja Woodstock, 1.04.2001
wystąpili: Trzyczwarte; True; The Ptak; Just Free
miejsce, data: Kraków, Stacja Woodstock, 2.04.2001
wystąpili: Galeria Dźwięku; Mleko; Cafe Rock
miejsce, data: Kraków, Stacja Woodstock, 3.04.2001
wystąpili: Detox; Kroner Cirkus; The Roots; Revolver
miejsce, data: Kraków, Stacja Woodstock, 4.04.2001
wystąpili: Motorbreath; Naamah; Eulogy; Glayzy
miejsce, data: Kraków, Stacja Woodstock, 5.04.2001
wystąpili: Kfintet; Trzyczwarte
miejsce, data: Kraków, Stacja Woodstock, 6.04.2001

Krakowski klub Stacja Woodstock już drugi raz postanowił zorganizować festiwal młodych zespołów, dla których miałby być on szansą na wypromowanie swej muzyki i zaprezentowanie się publiczności oraz mediom. Tegoroczna edycja miała być zorganizowana z nieco większą pompą - atrakcyjniejsze nagrody (między innymi pięćdziesięciogodzinna sesja nagraniowa w profesjonalnym studiu), więcej zespołów, większa promocja. W konkursie udział wzięło 21 kapel, z których niejedna przyjechała na występ z całkiem daleka, aby zeprezentować się krakowskiej publiczności. Nasz serwis tradycyjnie już objął patronat nad imprezą.

Festiwal otworzył zespół Drew Barry 45 More. Półgodzinny występ kapeli wypełniły śpiewane po angielsku dynamiczne, potężnie brzmiące utwory z klimatu brytyjskiego rocka gitarowego, o lekko psychodelicznym zabarwieniu. Muzyka grupa raczej nie była nastawiona na melodyjność, podobać się mogły ciekawie brzmiące dwa wokale, dopełniające się nawzajem harmonicznie i z wyczuciem. Nie można odmówić grupie charakterystycznego brzmienia, choć zwolennikom lekkich riffów i melodyjnych solówek raczej nie mogli przypaść do gustu.

Jako drugi na scenę wkroczył pszczyński Kfintet. Zespół zagrał na poprzedniej edycji festiwalu i już wówczas pozostawił po sobie bardzo korzystne wrażenie. Obecny występ pokazał jednak, że muzycy nie spoczęli na laurach, wykorzystując olbrzymie umiejętności muzyczne zagrali tym razem ze znacznie większym ogniem, luzem i swobodą. Wypadli znacznie bardziej rockowo, dzięki temu można było również lepiej docenić zawodową pracę sekcji rytmicznej. Młodzi muzycy zaprezentowali brzmienie iście profesjonalne, a zarazem pełne młodzieńczej świeżości - zachwycać mogły swobodne, szczere solówki gitary i klawiszy. Ten koncert był też pełen prawdziwych muzycznych "smaczków", niezwykle go ubarwiających - na przykład paru ukłonów dla mistrza Jimmy'ego Page'a w postaci kilku fraz zagranych smyczkiem na "skaczkowanej" gitarze albo wstawki fragmentu riffu nieśmiertelnego "Kashmir" w jednym z utworów. Było to znowu dzieło rewelacyjnego gitarzysty grupy, którego ogromny talent we mnie budzi wręcz podejrzenia o pakt z diabłem (o co i Jimmy Page był posądzany...). Choć do końca festiwalu miało się zaprezentować jeszcze wiele kapel, poziom, jaki pokazał Kfintet, bez wątpienia zakwalifikował go do czołówki faworytów.

Kultura de Natura to kolejny "weteran" woodstockowskich festiwali. Tego dnia, jak i na poprzedniej edycji festiwalu, zaprezentowali muzykę pełną humoru, w pogodnych klimatach reggae. Odniosłem jednak wrażenie, że od tamtego czasu nieco "zrockowieli"... w każdym razie kompozycje nie raziły monotonnością, zespół zagrał materiał ciekawy muzycznie, zróżnicowany, w którym znalazł się i egzotycznie brzmiący utwór śpiewany po arabsku. Muzycy jak i poprzednio rozruszali publiczność, i wprowadzili atmosferę dobrej zabawy.

Do typowego rocka, choć może o nieco łagodniejszym obliczu, powróciliśmy podczas występu CSG. Na pewno mógł się podobać czysty, przyjemny dla ucha głos wokalisty, śpiewającego z dużym zaangażowaniem i bez najmniejszych fałszów. Od razu dało się też zauważyć sympatię gitarzysty zespołu dla wielkiego Marka Knopflera - podobny styl gry, bez kostki i bez przesteru, łagodny, z subtelnym akcentowaniem. Ten wpływ miał też swe odbicie w stylu kapeli, który mógł skojarzyć się z dokonaniami Dire Straits, choć nie można ich oskarżać o bezmyślne kopiowanie.

Znaczniej ostrzej, choć też typowo rockowo, zagrał następny Gambit, pochodzący z Katowic. Mocne łojenie w gitary mogło kojarzyć się z ostrzejszymi dokonaniami Led Zeppelin czy twórczością Judas Priest. Świetny, dynamiczny materiał skutecznie rozruszał publiczność, nie mógł też znudzić pozbawionym monotonności i bardzo dopracowanym brzmieniem.

Ostatni tego wieczora zespół Nervy zaprezentował ciężką muzykę z klimatów grunge'owych. Dopracowane, zawodowe brzmienie mogło być nie lada gratką dla miłośników tego typu muzyki, zagrane utwory pozbawione były drętwoty i kopizmu. Zespół na pewno wyróżniał się dopracowaniem i zgraniem, robiąc wrażenie prawdziwych profesjonalistów. Czyżby też miał namieszać w końcowej klasyfikacji...?

Drugi festiwalowy dzień otworzyli muzycy Just Free, grający znów typowego rocka, no, może z lekkim zabarwieniem bluesowym. Zaprezentowali kilka utrzymanych w tym klimacie kompozycji, pełnych humoru i błyskotliwego wokalu. W zespole zdecydowanie wyróżniał się perkusista - choć młócił w bębny niemiłosiernie, na granicy wytrzymałości materiałów, to jednak czynił to z głową i naprawdę świetną techniką. To na pewno dodało wiele do ogólnego wrażenia, które jednak w całości nie pozostało tak korzystne. No coż, zespół to nie tylko sekcja...

The Ptak okazał się być młodym - zarówno wiekiem, jak i stażem - zespołem z okolic Trzebini. Nie można powiedzieć, żeby przesadnie zachwycili swym występem, przedstawili kompozycje raczej proste i mało zróżnicowane. Nie można im odmówić zaangażowania emocjonalnego i radości grania, ciężko jednak wyróżnić ich za cokolwiek innego. Pozostaje nadzieja i na rozwój w przyszłości i życzenia wszystkiego dobrego.

Krakowski True... okazał się być zespołem o znacznie cięższym zabarwieniu. Struny głosowe wokalisty działały na pełnych obrotach, perkusja znowu narażona została na potworne obciążenia udarne... zaś pełne agresji, ciężkie riffy wydobywały z gitary drobne, delikatne dłonie filigranowego, uroczego dziewczęcia o nieco diabolicznym spojrzeniu. Kompozycje cechowały się właśnie ogromnym ciężarem, ale i ekspresją, jednak ogólnie klimat nieco odbiegał chyba od oczekiwań publiczności festiwalu. Zespół przyjęty został mimo wszystko pozytywnie, a i sprzęt nagłośnieniowy jakoś wytrzymał...

Zwieńczeniem - i kulminacją - poniedziałkowych występów był koncert warszawskiej kapeli Trzyczwarte. Chłopaki brawurowo zaprezentowali solidną porcję pełnego energii hard rocka, wykonując między innymi rewelacyjnie opracowaną instrumentalną wariację, ze świetnie przeplatającymi się motywami z twórczości klasyków gatunku - Led Zeppelin, Deep Purple... To zaś, czego we współczesnym rocku brakuje fanom tej muzyki, bez wątpienia można znaleźć było w kompozycjach własnych grupy. Najbardziej podobał się chyba utwór, w którym muzycy jako tekst wykorzystali wiersz Jana Brzechwy "Leń". Dosłownie do niczego, co pokazali, nie można było się przyczepić, wrażenie robiły świetnie opracowane duety wokalne, zawodowe brzmienie i zgranie, jak i cała reszta. Chłopaki zagrali z prawdziwym czadem i niesamowitym "jajem", widać było, że świetnie się bawią, co też od razu udzieliło się publiczności. Można bez przesady powiedzieć, że w ich występie odżyły wspomnienia najlepszych koncertów z lat 60-tych i 70-tych... Coż, czyżby kolejny żelazny faworyt konkursu...?

Otwierający trzeci dzień festiwalu Cafe Rock okazał się kolejnym zespołem łagodniejszego oblicza rocka. Zróżnicowany materiał sprawiał może wrażenie lekkiego niezdecydowania stylowego grupy, muzycy grali jednak czysto i na luzie, występ nie mógł raczej razić nikogo. Trudno jednak było doszukać się jakiś szczególnych przebłysków w ich koncercie, co przy zaznaczającym się wysokim poziomie festiwalowych kapel mogło wzbudzić obawy o szanse na końcowy sukces.

Kolejny występ miał się okazać prawdziwą perłą festiwalu. Pokuszę się tu o porównanie do zespołu Jean d'Arme (zdobywca drugiej lokaty na poprzednim festiwalu) - grupa Mleko podobnie jak i oni zaskoczyła niezwykłym, urozmaiconym brzmieniem (gitara, klawisze, saksofon) i bardzo zróżnicowanym stylem. Utwory były dopracowane aż do bólu, a kolejne skojarzenie z Jean d'Armami budziły pełne humoru, niezwykle błyskotliwe teksty. Zespół bardzo skutecznie rozbawił i zaszokował publiczność swym występem, zebrał też ogromne i zasłużone owacje i na pewno nieźle namieszał w głowach jurorom, których decyzja okazywała się coraz trudniejsza do podjęcia.

Ostatni tego dnia muzycy grupy Galeria Dźwięku zaprezentowali ambitny materiał z okolic rocka progresywnego, pełen klimatu i ciekawych rozwiązań muzycznych. Uroku na pewno dodawało ich muzyce wykorzystanie fletu, a całość tchnęła oryginalnością i widocznym talentem. Dodać należy, że muzyków cechował wyjątkowo młody wiek, co zawsze cieszy i mile zaskakuje przy tym poziomie wykonywanej muzyki.

Niemiłym zgrzytem rozpoczął się czwarty dzień festiwalu, kiedy na scenę wkroczył nieco już utytułowany i doświadczony Revolver. Zagrali jeden utwór, po czym na drobne problemy techniczne ze sprzętem muzycy zareagowali agresywnymi pretensjami i udzielając ostrej słownej reprymendy pod adresem organitorów opuścili scenę. No cóż, totalny brak zrozumienia naturalnej możliwości zaistnienia pewnych usterek zmącił nieco atmosferę, usterkę jednak usunięto w parę minut i następne zespoły mogły zagrać bez zakłóceń. Rock'n'roll, na chwilę wygnany przez drętwe pseudogwiazdorstwo, powrócił do klubu.

Występ The Roots, weteranów krakowskich scen, mile zaskoczył wszystkich znających twórczość tej grupy. Zagrali swój materiał z prawdziwym zaangażowaniem, wkładając w to wiele serca i energii. Typowo rockowe, pełne dynamiki kompozycje nawiązywały silnie do największych klasyków gatunku, czerpiąc umiejętnie z mistrzów to, co najlepsze. Na pewno mogły się podobać ciekawe rozwiązania współbrzmienia dwóch gitar, jak i pełen charyzmy wokal frontmana grupy. Jak zwykle u Rootsów, trochę raziło statyczne zachowanie muzyków na scenie, którzy za wyjątkiem lidera - śpiewającego gitarzysty - jakby w ogóle nie czuli tej energi, którą wydobywali z instrumentów.

Nieco podobny klimat, choć może nastawiony na bardziej nastrojowe brzmienie, zaproponowali swym występem muzycy następnej kapeli Kroner Cirkus. Podobnie jak Rootsi byli oni uczestnikami poprzedniej edyscji festiwalu i podobnie sprawili wrażenie postępu od tamtego czasu. Kompozycje wydawały się przede wszystkim bardziej zróżnicowane, znacznie bardziej też wyróżniała się gra perkusisty, który wydawał się być prawdziwym atutem grupy.

Festiwalowy dzień zamknął Detox, kolejny częsty bywalec krakowskich scen. Znany przede wszystkim (niestety!) z grania coverów, zespół tym razem musiał zaprezentować wyłącznie własny materiał, co pozwoliło im znacznie zaakcentować własną tożsamość. Nie mogła ona przekonać na tyle, aby zakwalifikować zespół do faworytów imprezy, co może o tyle martwić, iż techniczny i muzyczny poziom poszczególnych muzyków wciąż nie może budzić żadnych zarzutów. Cóż, wrażenie spoczęcia na laurach tak jak i w poprzednim roku towarzyszyło występowi grupy, pozostaje więc jedynie wierzyć na przyszłość, że odpowiednie wnioski pozwolą muzykom na włożenie w występy więcej serca i... potu.

Czwartek, ostatni dzień zmagań, miał upłynąć pod znakiem "mocnego uderzenia". Rozpoczął znakomitym występem czeski(!!!) zespół Glayzy, w składzie którego dominowała płeć piękna. Dziewczęta i chłopaki obdarzyli nas dawką mocnego hard rocka na pograniczu heavy metalu, w dodatku na naprawdę wysokim poziomie. Na pewno zwracały uwagę efektowne, bardzo techniczne solówki gitarzystki oraz pełne energii, zapału i profesjonalizmu młócenie w bębny filigranowej perkusistki. Niestety, większość utworów śpiewana była w języku angielskim, reszta w polskim, a wokalistka grupy zdecydowała się zaśpiewać kawałek po czesku dopiero na bis i na wyraźną prośbę publiczności. No cóż, Czesi pozostawili po sobie naprawdę kolosalnie korzystne wrażenie i narastającą panikę wśród jurorów.

Zespół Eulogy, całkiem nieźle sobie ostatnio poczynający na krakowskich estradach, wprowadził nas w nieco mroczny klimat. Młodzi muzycy zaprezentowali materiał o ponurym, nieco dołującym brzmieniu, lecz na pewno obdarzonym swoistym, specyficznym klimatem. Nienaganne umiejętności chłopaków z Eulogy i ciekawe brzmienie pozostawiło czwartkowe występy na wysokim poziomie, z którego już okazały się nie schodzić do końca.

Kiedy do swojego koncertu zaczynali przygotowywać się członkowie Naamah, pojawił się problem. Zespół liczy siedem osób - perkusja, bas, dwie gitary, klawisze, skrzypce... wokalistka nie mieściła się już na scenie. Skrzypaczka również miała problemy ze znalezieniem sobie miejsca, ogólnie przygotowania trwają dość długo. W końcu zaczyna się koncert. Naamah to warszawski zespół reprezentujący muzykę gotycką, dość dobrze przygotowany instrumentalnie, ze świetnymi, ciekawie zaaranżowanymi kompozycjami. Na wyróżnienie zasługuje głos wokalistki, która jednak miała spore problemy z mikrofonem i czasem jej śpiew nie mógł przebić się przez ścianę dźwięku pozostałych muzyków. Utwory były szybkie, lecz nie epatujące agresją, często o zmiennym tempie, z interesującymi solówkami. Spośród nich świetnie prezentował się między innymi numer kończący występ, z pasjonującym patetycznym finałem. Nie zabrakło i ballady, która w drugiej swej części zamieniła się w żywiołowy popis instrumentalny. Koncert zrobił na słuchaczach dobre wrażenie i skończyło się ostatecznie bisem. Na ten występ publiczność zresztą dopisała, jednak nieco przeszkadzała zespołowi, przemieszczając się tuż przy scenie.

Ostatnim zespołem był pochodzący spod Warszawy heavy rockowo/metalowy Motorbreath. Kwartet dojrzałych już muzyków ze śpiewającym basistą grał ostro, lecz nie było tu zbędnych dźwięków czy nadmiaru agresji, wszystko idealnie do siebie pasowało i brzmiało naprawdę potężnie. Od naprawdę porządnej gry gitar odstawał jednak nieco perkusista. Repertuar wskazywał na inspirację Motorhead, a zarazem Dio czy Black Sabbath, kompozycje były ciężkie i miały ten specyficzny rock'n'rollowy wykop. Ostatni utwór dedykowany był pamięci Tomka Beksińskiego. Koncert przyjęty został żywiołowo, wywołał burzę oklasków, zaś przy bisie, stanowiącym cover znanego polskiego zespołu rockowego, bawiła się już cała sala. Muzycy zapewne bisowali by jeszcze parokrotnie, gdyby nie był to już koniec festiwalu i nie była potrzebna dłuższa przerwa na obrady jury.

Zwycięzca festiwalu mógł być tylko jeden... Niezwykle wysoki poziom występujących kapel i różnorodność stylu uczyniły decyzję jurorów wyjątkowo trudną. Okazali się oni jednak zaskakująco zgodni, przynajmniej jeśli chodzi o pierwsze miejsce i główną nagrodę - pięćdziesięciogodzinną sesję nagraniową w profesjonalnym studiu B&B Records w Niepołomicach. Cóż, tym razem wygrał prawdziwy rock'n'roll - umiejętności, ale i wyczucie sceny, feeling i radość grania. Wszyscy laureaci mieli tych właśnie cech pod dostatkiem i nimi głównie urzekli jurorów.

Ostateczna kolejność: I. Kfintet
II. Trzyczwarte
III. Mleko
Nagrody specjalne (przyznano dwie):
Glayzy
Naamah

Specjalne wyróżnienie od serwisu rockmetal.pl:
Motorbreath

Piątkowy finał upłynął "tradycyjnie" na występach laureatów I i II miejsca, nie obciążonych już odpowiedzialnością "popisywania się" przed jury. Około godzinny występ Trzyczwarte i półtoragodzinny Kfintetu były godnym zakończeniem tej świetnej imprezy. Tego dnia naprawdę dominował rock'n'roll i rewelacyjna zabawa. Muzycy pokazali prawdziwą klasę, nie "odpuszczając" luźnych występów ani trochę, a główni triumfatorzy z Kfintetu musieli aż trzykrotnie bisować. Zwieńczeniem koncertu był, wykonany na prośbę publiczności, bluesowy kawałek zagrany przez gitarzystę grupy... kuflem z piwem.

Czekamy więc na następny festiwal (klub planuje go na grudzień 2001). Życzymy sobie i muzykom, aby prezentowali taki poziom jak na dotychczasowych dwóch edycjach, a wówczas nigdy nie najdzie nas obawa, że rock'n'roll umiera!

Komentarze
Dodaj komentarz »

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy widzisz podobieństwa między muzyką klasyczną a metalem?