zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 6 marca 2021

relacja: Katatonia, Swallow the Sun, Long Distance Calling, Kraków "Rotunda" 31.03.2010

5.04.2010  autor: Verghityax
wystąpili: Katatonia; Swallow the Sun; Long Distance Calling
miejsce, data: Kraków, Rotunda, 31.03.2010

Kraków jest dla mnie miastem na swój sposób magicznym, a już na pewno nostalgicznym. Lubię do niego wracać, gdyż to właśnie tu zaczęła się moja przygoda z metalem i tutaj poznałem swoją pierwszą wielką miłość. Każda wizyta w stolicy Małopolski to jak spacer aleją wspomnień. Po poniedziałkowym Agnostic Front we Wrocławiu i wtorkowym Suicidal Tendencies w Warszawie, środa z Katatonią miała stanowić ukoronowanie całej krucjaty, a zarazem dać odetchnąć zmysłom oraz obolałemu karkowi. Nastawiłem się na wyciszający, tchnący majestatycznym spokojem chill out, a dostałem bombową niespodziankę niczym Amerykanie w Pearl Harbor.

Katatonia, Kraków 31.03.2010, fot. kriz
Katatonia, Kraków 31.03.2010, fot. kriz

Po raz ostatni Katatonia zawitała do naszego kraju w 2008 roku w ramach "Hunterfestu". Teraz Szwedzi postanowili z okazji wydania swego nowego długograja - "Night Is the New Day" - zagrać u nas dwa koncerty.

W drodze do klubu "Rotunda", realizując program odkurzania pozytywnych emocji, jakie mnie wiążą z tym miejscem, uderzyłem na Plac Wszystkich Świętych, by upewnić się, że najlepszy kebab w Krakowie nadal smakuje jak za dawnych lat. Na szczęście w tej kwestii nic się nie zmieniło. Pokrzepiony faktem, iż ze światem wciąż wszystko w porządku, obrałem kierunek na AGH, nieopodal której ulokował się główny cel niniejszej wyprawy. Niestety, z braku wystarczającej ilości czasu musiałem sobie darować kontrolę jakości drinków w "Śródziemiu". Może następnym razem.

Long Distance Calling, Warszawa 1.04.2010, fot. W. Dobrogojski
Long Distance Calling, Warszawa 1.04.2010, fot. W. Dobrogojski

Z powodu moich egoistycznych zapędów reminiscencyjnych ledwie zdążyłem do klubu na wyznaczoną godzinę, ale udało mi się jeszcze załapać na występ eksperymentalnego Long Distance Calling. Ten grający muzykę instrumentalną niemiecki kwintet okazał się dla mnie fantastycznym odkryciem. Ich dokonania trącą lekką psychodelią i wciągają w swój świat z siłą zewu bezkresnej, wijącej się po horyzont drogi. Oprócz wyśmienitych, nieomal onirycznych kompozycji, najmocniejszym punktem popisu był pałker Janosch, który ewidentnie całym swoim jestestwem wczuwał się w wybijane przez siebie rytmy. Rozbawił mnie za to członek kapeli, który headbangował do laptopa ze świecącym logo jabłuszka Macintosha - momentami wydawało mi się, że koleś zaraz się zapomni i jego czoło czeka bolesne spotkanie z klawiaturą lub ekranem sprzętu. Jako że chłopaki mieli do dyspozycji jedynie pół godziny, a ich numery zasadniczo do krótkich nie należą, setlista zamknęła się w czterech utworach: "Black Paper Planes", "Fire in the Mountain", "I Know You, Stanley Milgram!" i "Metulsky Curse Revisited".

Trzeba przyznać, że tego wieczoru frekwencja zdecydowanie dopisała - "Rotunda" była prawie pełna, co uporczywie dawało o sobie znać na zaopatrzonej w kiepską klimatyzację sali. Pomijając jednak walor rekreacyjny w postaci fińskiej sauny, reszta standardów została spełniona w stopniu co najmniej zadowalającym, zwłaszcza jeśli chodzi o nagłośnienie.

Swallow the Sun, Warszawa 1.04.2010, fot. W. Dobrogojski
Swallow the Sun, Warszawa 1.04.2010, fot. W. Dobrogojski

Drudzy w kolejności pudło zajęli fińscy przedstawiciele doom metalu - Swallow the Sun. Nie ukrywam, że twórczość tej formacji znam tylko pobieżnie, lecz ich koncert nie wywarł na mnie większego wrażenia. Niby wszystko poprawnie, zarówno pod względem technicznym, jak i wokalnym, ale zabrakło tego "czegoś", co sprawiłoby, że ich show zapadłoby w pamięć. Ze swego repertuaru muzycy z Krainy Tysiąca Jezior zaprezentowali: "These Woods Breathe Evil", "Falling World", "These Hours of Despair", "Sleepless Swans", "Don't Fall Asleep", "Plague of Butterflies", "New Moon" i "Swallow".

Kilka minut po 22 na scenę wkroczyła gwiazda imprezy, Katatonia - niegdyś wykazująca blackowe inklinacje, obecnie zaś podążająca nurtem alternatywnego i gotyckiego metalu. W styczniu bieżącego roku w zespole zaszły drastyczne zmiany, które, ośmielę się stwierdzić, wpłynęły nań odświeżająco i dały mu niespodziewanego kopa. Jonas Renkse i Anders Nystrom z widoczną niechęcią wypowiadali się na temat powodów odejścia braci Norrman i można było wyczuć, że panowie nie do końca rozstali się w zgodzie. Jakby nie patrzeć, rodzeństwo Norrmanów stanowiło integralną część kapeli od wielu lat - około 10 w przypadku Mattiasa i 15, jeśli idzie o Fredrika. Obawiałem się, że po tak znaczącym przetasowaniu gigi Szwedów zabrzmią ubogo, lecz nic bardziej mylnego. Niklas Sandin na basie i odznaczający się srogą ksywą Per "Sodomizer" Eriksson na gitarze, dotychczas udzielający się w Bloodbath, błyskawicznie i idealnie wtopili się w ogólny klimat grupy, jednocześnie wnosząc od siebie nieco drapieżnego, agresywnego łojenia. Co prawda na razie dokooptowano ich wyłącznie na potrzeby występów na żywo, ale nie miałbym nic przeciwko, gdyby zagrzali w Katatonii miejsca na dłużej. Grane tego wieczoru wałki wypadły mocniej niż ich albumowe odpowiedniki, a wszyscy muzycy byli w rewelacyjnej formie. Myślałem, że na tym koncercie będzie dane mi trochę odpocząć po szaleństwach dni poprzednich, ale głowa sama rwała się do headbangingu. Reakcja polskich fanów musiała ucieszyć Lorda Renske, albowiem oznajmił, że oto ma do czynienia z najlepszą, jak dotąd, publicznością na trasie "New Night Over Europe". Setlista została całkiem nieźle skrojona, aczkolwiek liczyłem na choć jeden numer z "Dance of December Souls" albo "Brave Murder Day". Środowy zestaw obejmował: "Forsaker", "Liberation", "My Twin", "Onward Into Battle", "Complicity", "The Longest Year", "Omerta", "Teargas", "Saw You Drown", "Idle Blood", "Ghost of the Sun", "Evidence", "Rusted", "Day and Then the Shade", "July", "For My Demons", "Dispossession" i "Leaders".

Katatonia, Kraków 31.03.2010, fot. kriz
Katatonia, Kraków 31.03.2010, fot. kriz

Paradoksalnie, mimo iż Katatonia gra muzykę raczej refleksyjną i depresyjną, ja wyszedłem z "Rotundy" z bananem na twarzy. Po trzech dniach intensywnego rozbijania się po gigach mogłem udać się na zasłużony odpoczynek, ale z chęcią powtórzyłbym taki maraton jeszcze raz.

Zobacz zdjęcia z Krakowa: Katatonia.

Zobacz zdjęcia z Warszawy: Katatonia oraz Swallow the Sun i Long Distance Calling.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Miał być koncert marzeń
MARIOLA I PIOTR (wyślij pw), 2010-04-05 21:00:15 | odpowiedz | zgłoś
Niestety jestem innego zdania!
To miał byc koncert marzeń , a okazało się inaczej.
Long distance calling podnieśli poprzeczkę wysoko,byli świetni i naiwnie myślałem ,że może być tylko lepiej!!Całkiem spokojnie czekałem na apogeum wieczoru.A tu co? Panowie "akustycy"pomylili stadion z klubem muzycznym.Postawili na hałas.A to niestety nie o to chodzi.
Panowie akustycy sięgneliście dna ,a nawet szamba!!!Oprócz umiejętności obsługiwania konsoli trzeba mieć jeszcze słuch,a tego niestety nie posiadacie!!!Cóż mi pozostało? Wsiąść do auta,włączyć odtwarzacz i... rozkoszować się muzą Katatonii z...płyty CD.
Niestety w 80% koncertów kapele mogą stawać na rzęsach a akustycy i tak wszystko zniweczą .

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Kto płaci za oglądanie na żywo koncertów online?