zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 19 lutego 2020

relacja: Laibach, Warszawa "Proxima" 28.11.2004

29.11.2004  autor: m00n
wystąpili: Laibach
miejsce, data: Warszawa, Proxima, 28.11.2004

Z rozrzewnieniem wspominam poprzedni, świetny koncert słoweńskiej legendy industrialu, jaką niewątpliwie jest Laibach. Od tamtego pamiętnego występu, będącego częścią trasy promującej wówczas album "Nato" (1994), minęło już dziewięć lat, w końcu jednak założyciele wirtualnego państwa NSK (Neue Slowenische Kunst) przypomnieli sobie o naszym kraju i po raz trzeci postanowili odwiedzić Polskę.

9 maja 1995 roku stołeczna "Stodoła" pękała w szwach, również listopadowej niedzieli frekwencja w "Proximie" należała do wysokich. Trzecia wizyta Laibach zgromadziła kilkaset osób, które, gdy w okolicach godziny 21 zgasły światła, a scenę na której wisiały płachty ze znakiem rozpoznawczym grupy (symbol krzyża w kole zębatym), zaczął spowijać dym, podniosły wrzawę. Nim jednak Słoweńcy zjawili się na deskach klubu, koncert zainaugurował ponad dziesięciominutowy walc Johana Straussa (syna) "Nad pięknym modrym Dunajem", który po dłuższej chwili wywołał u niektórych objawy znudzenia bądź nerwowości. Dopiero gdy dźwięki twórczości jednego z klasyków muzyki poważnej ucichły, w oparach dymu zabrzmiały takty "B-Maschina", a Laibach pod wodzą Milana Frasa odzianego w charakterystyczne nakrycie głowy zaczął na dobre swój półtoragodzinny spektakl. Pierwsze minuty występu Słoweńców upłynęły pod znakiem dwóch kompozycji z płyty "Nato" ("Dogs Of War" i "Alle Gegen Alle") w konwencji mrocznego electro-industrialu z gitarową domieszką. "Żywe" bębny, mocny beat, sample i "twardy" głos Milana od pierwszych chwil zawładnęły "Proximą" - od samego początku Laibach brzmiał ciężko, marszowo i hipnotycznie, a momentami niemalże tanecznie. Rzekłbym nawet, że "germańsko".

Warto w tym momencie nadmienić, że cały występ twórców "Kapital" miał szczególną oprawę wizualną. Stanowiły ją różnorodne projekcje multimedialne - obok typowych form, nazwijmy je umownie, animowanych, na umieszczonym na tyłach sceny ekranie przewijały się często filmy o treści powiedzmy propagandowej obfitującej w specyficzną symbolikę. Wyraźnie dawały one odczuć tkwiące w zespole zafascynowanie totalitaryzmem.

Wrócmy do części muzycznej. Po mniej elektronicznym "God Is God", na jakiś czas koncert Laibach zdominowały utwory z ostatniego, doskonałego albumu "WAT". Ową serię rozpoczął "Tanz Mit Laibach" z refrenowym "Eins Zwei Drei Vier" i mocnym beatem przewodnim. Od tego kawałka po lewej i prawej stronie Frasa miejsca zajęły dwie, ciemno- i jasnowłosa, niewiasty w czapach (będące prawdopodobnie rodaczkami członków zespołu), które raźno i dynamicznie w kolejnych kilku numerach (m.in. podczas "Du Bist Unser" i "Now You Will Pay") waliły w bębny, jak również wspierały grupę wokalnie. Po trwającej bodajże dwie kompozycje absencji (w tym czasie wizytowałem bar i niestety nie jestem w stanie tego określić), panie - już bez czapek - znowu zajęły swoje pozycje, a ekran zalśnił napisem "Achtung!" (potem pojawiał się on z dużą częstotliwością) przy świdrujących dźwiękach utworu o takim właśnie tytule. Podstawowy set koncertu Laibach kończyły dwie kolejne kompozycje o solidnym stężeniu niepokojących beatów i elektroniki: "Das Spiel Ist Aus" (z wielkrotnie powtarzanym "Raus! Raus!") i tytułowy kawałek z płyty "WAT", któremu towarzyszyła wyświetlana przez projektor parada gwiazd. Chwilę poźniej właściwie bez słowa muzycy zniknęli ze sceny.

Ten wieczór nie mógł skończyć się tak szybko - na to nie pozwoliła publiczność, zachwycona koncertem. Na szczęście Słoweńcy nie kazali na siebie długo czekać i na ostatnie kilkanaście minut przygotowali zestaw "coverowy", który był znakomitym ukoronowaniem tego występu. Pierwszą kompozycją Laibach na bis był nostalgiczny szlagier końca lat siedemdziesiątych "Mama Leone" włoskiej wokalistki Nany Mouskouri. Ale prawdziwymi hitami były kolejne trzy utwory: najpierw "Sympathy For The Devil" Rolling Stones, a po nim "Geburt Einer Nation" (czyli w oryginale utwór Queen "One Vision") i bodajże najbardziej znany cover Laibach "Live Is Life" z repertuaru austriackiego Opus, który śpiewała chyba cała sala. Niestety, wraz z tym utworem nadszedł koniec tego totalitarno-industrialnego spektaklu.

Niedzielnego wieczoru Laibach zagrał rewelacyjny dziewięćdziesięciominutowy koncert, który w moim przekonaniu zdecydowanie zdeklasował poprzedni występ Słoweńców w Polsce. Świetny repertuar i znakomite przyjęcie uczyniło go (oczywiście głównie to pierwsze) jednym z najlepszych widowisk, jakie widziałem w ciągu kilku ostatnich lat. I czegokolwiek bym nie napisał, i tak nie odda to w pełni atmosfery tego koncertu. Mam tylko nadzieję, że uda mi się jeszcze przynajmniej raz zobaczyć Laibach na żywo.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy lubisz kobiecy growl?