zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 9 kwietnia 2020

relacja: Mondo Generator, Stonerror, Wrocław 26.02.2020

29.02.2020  autor: Krasnal Adamu
wystąpili: Mondo Generator; Stonerror
miejsce, data: Wrocław, D.K. Luksus, 26.02.2020

Zapowiedź koncertu Mondo Generator we Wrocławiu zaskoczyła mnie nie całkiem mile. Owszem, sam fakt, że Nick Oliveri zagra tak blisko, ucieszył, ale zaniepokoiły szczegóły - impreza planowana była z małym wyprzedzeniem i wydawało mi się, że lokalny organizator nie do końca wie, co robi. Na słabo rozreklamowany w internecie i na ulicach koncert promujący wydany kilka dni wcześniej i mający szansę przejść u nas bez większego echa album "Fuck It" sprzeda się mniej niż czterdzieści procent biletów - taka była w efekcie moja i obawa, i równocześnie, chociaż zespołowi źle nie życzę, nadzieja.

Pierwotnie - jak podano w połowie grudnia, gdy ogłaszano trasę - 26 lutego 2020 r. Mondo Generator wystąpić miał w Salzburgu, w Austrii. Dopiero zaledwie pół miesiąca przed imprezą nastąpiła zmiana na Wrocław i "D.K. Luksus". Przybyli na miejsce odpowiednio wcześnie widzowie szybko poznali uroki takiej organizacji. Kto zajrzał na profil klubu na Facebooku i nie ograniczył się do przeczytania informacji o samym koncercie, mógł zwrócić uwagę na zapowiedź pewnej imprezy literacko-teatralnej. Ze wstępnie podanych godzin ich rozpoczęcia wynikało, że wydarzenia będą się odbywać równocześnie. Jak ten konflikt terminów i lokalizacji zostanie rozwiązany, w internecie nie informowano. W efekcie czekający w korytarzach "Luksusu" melomani co jakiś czas uciszani byli przez okresowo opuszczającą salę aktorkę, biorącą z przerwami udział w przedstawieniu, które - pomimo zamkniętych drzwi - przez głośne rozmowy na zewnątrz mogło być zakłócane. Koncert miał się zacząć natychmiast po zakończeniu spektaklu. Gdy nadeszła oczekiwana godzina, poinformowano nas, że zespoły robią próbę nagłośnienia i potrzebują "jeszcze piętnaście minut" - czas, który następnie trzykrotnie się wydłużył.

Niepokoiła mnie też liczba dostępnych w sprzedaży biletów. Wierzyć mi się nie chciało, że polski organizator uważa za możliwe upchnięcie w "Luksusie" pięciuset widzów. Spytany publicznie odpowiedział, że ma potwierdzoną informację, że w salce koncertowej klubu tylu miłośników gitarowego grania bawiło się podczas występu D.R.I. Nie wiem, na tej imprezie mnie nie było, ale przypomniałem sobie, że przecież również potwierdzone, a nawet dobrze udokumentowane, jest, że w fiacie 126p zmieści się siedemnaście osób. Sam jestem w stanie wyobrazić sobie w tej sali pięciuset widzów dopiero pod warunkiem, że wpuści się ich do gniazda nagłośnieniowca oraz do wnęki, z której nie widać sceny. Ostatecznie problemu nie było, bo nie przybyło ich pięciuset ani nawet dwustu, co bym uznał za granicę komfortu, ani nawet stu. Oczywiście na bramce bilety były nadal dostępne. Cena wynosiła tyle samo, co przy wcześniejszym zakupie. To jeszcze jeden powód i okazja, by pośmiać się ze słów organizatora. Jak napisał, ogłaszając zamknięcie sprzedaży internetowej: kto nie kupił, ten trąba. Otóż uważam odwrotnie. Trąba to ten, kto kupił bilet w przedsprzedaży i musiał przy tym dodatkowo uiścić opłatę serwisową - pobieraną przez pośrednika. Rzadko się to zdarza, ale taniej wychodziło przy transakcji na bramce.

Spędziłem w klubie już półtorej godziny, gdy Stonerror ruszył ze swoim trwającym trzy kwadranse występem. Krakowski kwartet zaczął od "Ship on Fire" ze swojego ostatniego, wydanego w maju 2019 r. albumu "Widow in Black" - i od razu znalazło się paru miłośników takiej muzyki, wytrwale do niej pląsających. Jeśli ktoś nie dał się jej porwać ani nawet wciągnąć, mógł długo czekać, aż występ zaciekawi go czym innym. Wokalista, będący też jednym z dwóch gitarzystów, śpiewał na zmianę do zwykłego mikrofonu i jakby słuchawki telefonicznej, czerwonej, przymocowanej obok - to należało do największych atrakcji, chociaż po pierwszym użyciu już nie przykuwało uwagi. Basista przez większość występu stał obok zestawu perkusyjnego, przodem do grającego na nim kolegi, ale nie czyniło to sekcji rytmicznej znacznie ciekawszą dla oka. W długiej, końcowej części instrumentalnej ostatniego utworu gitarzysta zdjął wiosło, ukłonił się i zszedł ze sceny. Dopiero potem na chwilę zrobiło się interesująco. Muzyk bowiem wkrótce wrócił i grał dalej, przyciskając do strun leżącego na podłodze instrumentu szklankę.

Oprócz wspomnianego utworu usłyszeliśmy jeszcze m.in. "Kings of the Stone Age" i "Red Tank". Nie liczyłem szczególnie na urozmaicenie programu w postaci "Synchronicity" The Police, do którego własnego wykonania zespół niedawno zaprezentował teledysk, i go nie dostałem. Wokalista zresztą nie wykorzystał okazji do autopromocji i nie wspomniał, że wkrótce grupa ma wydać minialbum z coverami, zatytułowany "Troublemaker". Frontman w ogóle mało mówił. Na początku się przywitał - więcej wypowiedzi nie pamiętam. Chłopaki po prostu przybyły, zagrały i mogły wracać do domu.

Gwiazda szykowała się bez pośpiechu, ale poszło jej szybko. Już po niecałych dwudziestu minutach przerwy, gdy tylko muzycy i nagłośnieniowiec byli gotowi, basista przedstawił, kogo trzeba - po jego lewej stał gitarzysta Mike Pygmie, z tyłu siedział perkusista Mike Amster, on sam to Nick Oliveri, a zespół to Mondo Generator - i grupa uderzyła tytułowym utworem z albumu "Fuck It". Po zakończeniu kawałka frontman zaprosił publiczność bliżej i po chwili widzowie stali już pod samą sceną, a wkrótce potem zaczęli się bawić.

Materiał był prosty, ale równocześnie odpowiednio urozmaicony. Zaprezentowano nam utwory w różnym stopniu punkowe lub metalowe, czasami stonerowe, to ciężkie, to trochę bardziej melodyjne, w tempach średnich, szybkich i jeszcze szybszych. Znalazły się też takie, które Nick wykonywał jako basista i wokalista jeszcze z Queens of the Stone Age. Choć lider Mondo Generator przyznał, że nie potrafi śpiewać tak, jak John Garcia, w utworach Kyuss - bo i takie usłyszeliśmy - zastępował go całkiem nieźle. Prawie kompletny ciąg dalszy podstawowej setlisty wyglądał następująco: "Turboner", "F.Y. I'm Free", zapowiedziany jako "stara, pustynna piosenka" "Allen's Wrench", "Nowhere Man", "13th Floor" vel "Tension Head", "Shawnette Jackson", "Invisible Like the Sky", chyba najszybszy w zestawie "Up Against the Void", "Green Machine", w wykonaniu refrenu którego Nick poprosił widzów o pomoc, "Kyuss Dies!", "I Never Sleep", "Dead Silence" i "Listening to the Daze". Na bis grupa zagrała "Six Shooter" i "You Think I Ain't Worth a Dollar, But I Feel Like a Millionaire" - utwór spodziewany, bo już wcześniej wokalista powiedział, że będzie. Nick odpowiadał bowiem w trakcie występu chyba na każdą rzuconą z widowni prośbę, np. o konkretny kawałek, a nawet o koszulkę, którą miał na sobie. Ponadto na różne sposoby dziękował przybyłym oraz jeszcze kilka razy szybko przedstawił skład. Swoją drogą nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu, gdy w pierwszej linii na scenie widziałem dwóch gości tak samo łysych, o zbliżonym zaroście i w podobnych koszulkach. Różnili się głównie tym, że gitarzysta o wiele mniej udzielał się wokalnie, był niższy i grubszy - klasyczny zabieg ze slapstickowych komedii.

Podczas "...Millionaire" najenergiczniej reagujący widzowie rozszaleli się tak, że zaczęli wchodzić na scenę. Zrobili tylko półminutową przerwę w zabawie, by starannie poprawić gitarzyście odsłuch, który chwilę wcześniej z ich pomocą przetoczył się lekko w kierunku muzyka. Po takim pozytywnym odbiorze tercet dał się łatwo przekonać, by swój godzinny już występ odrobinę przedłużyć. Po krótkiej naradzie zespół zagrał "The Last Train".

Natychmiast po zakończeniu koncertu Nick zszedł ze sceny, ale nie po to, by zniknąć nam z oczu. Chętnie rozmawiał z fanami i pozował z nimi do zdjęć. Mnie podpisał trochę makulatury. Gdy doszedł do okładki "R" Queens of the Stone Age, zaskoczony jej formatem oznajmił mi, że jeszcze nigdy nie widział kasety. Jeszcze jedna rzecz, w którą trudno mi uwierzyć, w przeciwieństwie do zniechęcających - nie tylko mnie - cen w sklepiku, w którym zresztą, oprócz m.in. promowanego właśnie "Fuck It", przedpremierowo dostępna była płyta kompaktowa z "zaginionym" albumem "Shooters Bible".

Z koncertu zachowam pozytywne wspomnienia. Wprawdzie Stonerror ma szanse stać się kolejnym zespołem, który na tyle nie zdołał mi się zapisać w pamięci, że za kilka lat mogę nie kojarzyć po nazwie, czy widziałem go kiedykolwiek na żywo - ale z Mondo Generator sprawa wygląda inaczej. Wizyty na występach formacji byłego basisty grup Kyuss i Queens of the Stone Age fanom ostrzejszego oblicza stonerowych klasyków bez wahania polecam. Tercet grał odrobinę krótko - i bezwzględnie, i w stosunku do ceny za wstęp - ale nie aż tak, żeby czuć się rozczarowanym. Było świetnie.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Wolisz czytać książki czy oglądać seriale?