- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
relacja: Nagrobki, Wrocław "Uczulenie" 4.12.2025
miejsce, data: Wrocław, Uczulenie, 4.12.2025
Może mam osobliwe poczucie humoru, ale Nagrobki nie przestają mnie rozbawiać. Przez zapowiadający trasę filmik, w którym Adam Witkowski o koncercie we Wrocławiu mówił, pokazując zdjęcie z podpisem "Monachium", prawie się popłakałem ze śmiechu. Czy sprawdzi się wygłoszona w tym samym nagraniu przez perkusistę zapowiedź, że pogoda będzie fajna, mało mnie obchodziło. Wystarczy mi, że jest to zespół jednej trafnej prognozy: że wszyscy umrzemy.

Nagrobki, Wrocław 4.12.2025, fot. Krasnal Adamu
W sklepiku w klubie dostępne były szaliki i płyty winylowe Nagrobków. Czy asortyment obejmował też zapowiadane ramki do samochodowych tablic rejestracyjnych, nie zwróciłem uwagi. Zaciekawiło mnie, że bilety na bramce kosztowały mniej niż w internetowej przedsprzedaży, i to nawet po odliczeniu opłaty serwisowej. W kącie salki koncertowej rozłożony został skromny zestaw perkusyjny. Do dyspozycji Adam Witkowski miał też dwa niewielkie instrumenty klawiszowe, a obok znalazła się często wykorzystywana podczas występu dymiarka. Gitarzysta Maciej Salamon stanął w pobliżu pulpitu z kartkami, chyba z tekstami niektórych nowych piosenek, może z setlistą. Za duetem zamontowane zostały trzy świetlówki ułożone w literę N.
Jesienną trasę zespół nazwał "Goodbye Spotify Tour!". Podczas powitania duet trochę poważnie i trochę dowcipnie opowiedział o swoim zamiarze opuszczenia tytułowego serwisu streamingowego. Dostępny tam zestaw nagrań grupy miał zaskakująco mało elementów wspólnych z repertuarem koncertu. Zespół już na początku występu zapowiedział, że zagra sporo utworów nowych, może nawet za dużo, więc mamy mówić, gdyby zrobiło się nudno. W secie rzeczywiście znalazło się stosunkowo mało kawałków ze "Stanu prac", "Granitu" i "Pod Ziemią". Oprócz nowych, usłyszeliśmy też wiele ze spektakli teatralnych, do których formacja napisała muzykę. Już trzy początkowe utwory nie były mi wcześniej znane. Pierwszy z nich duet określił jako zbyt nowy, by znalazł się na przygotowywanym albumie. Z dalszej wypowiedzi dało się wywnioskować, że zapowiadana "Zimna płyta" może się szybko nie ukazać. Do drugiego kawałka gitarzysta potrzebował asystenta. Ochotnik z sali otrzymał zadanie podania mu w odpowiedniej chwili do ust kazoo. Przed koncertem przeczytałem w internecie zapowiedź, że zespół przyjedzie z sekcją dętą. Z nadzieją przeszło mi wtedy przez myśl, że Nagrobki mogły zaprosić np. Mikołaja Trzaskę. Dałem się zmylić, ale zawodu nie odczułem. W przerwie przed kolejnym nowym dla mnie utworem Maciej spytał chyba najmłodszą, zaledwie paroletnią członkinię publiczności o jej ulubione zwierzę z wrocławskiego zoo. Przy okazji wspomniał o związanych z ogrodem przez lata Państwie Gucwińskich. Spytał, czy jeszcze żyją, na co jeden z widzów odpowiedział, że mają nagrobki.
Wreszcie usłyszałem znane mi wcześniej dźwięki, ale nie do końca znany mi wcześniej utwór. Nagrobki zagrały kawałek z muzyką ze "Smutno mi Boże", ale z zupełnie innym tekstem i z partią Macieja na kolejnym dęciaku - flecie nosowym, który zaraz potem stał się tematem żartów zespołu. Następnie, w utworze zadedykowanym rodzicom głównych bohaterek filmu animowanego "Frozen", któryś z wokalistów, chyba gitarzysta, źle wszedł, ale - pomimo zamieszania i potrzebnej chwili na ustalenie, która wersja jest właściwa - duet nie przestał grać i szybko ponowił śpiew. Do kolejnego kawałka kapela znowu potrzebowała pomocy. Tym razem Nagrobki zaprosiły na scenę koleżankę Agnieszkę, żeby wykonała jeden wers jako kobieta dzwoniąca telefonem. Chyba wszystkie trzy utwory pochodziły z przedstawień teatralnych, podobnie jak następny, czyli rapowany "Będziemy wisieć albo siedzieć", w którym znalazł się jednak motyw rozpoznawalny dla fanów rocka i grunge'u - pod koniec dodane zostały wokalizy z "Black" Pearl Jam, podchwycone przez niektórych widzów.
Po opublikowanym niedawno - nie na Spotify - jako singiel "Bądźcie państwo dziś z nami" duet w "przerwie na coś znanego" wykonał "Kolejny rok w urnie" z przerwą na wysłuchanie pociągu przejeżdżającego nad zlokalizowanym w nasypie kolejowym klubem. Następnie zespół zagrał jeszcze jeden nieznany mi kawałek i - zapowiedziany jako hit - "Nie chcę myśleć o śmierci". Wykonany po nich utwór otrzymał dość długie wprowadzenie. Adam i Maciej przytoczyli historię o odebraniu przez drugiego z nich telefonu od żony podczas jazdy samochodem z dziećmi. Następnie doszło do największych zmian w obsłudze instrumentów. Na jeden utwór, kolejny już ze spektaklu "The End", tym razem dotyczący regeneracji, Adam przejął gitarę. Maciej, siedząc przy zestawie perkusyjnym, znowu zagrał na flecie nosowym. Po powrocie na swoje stanowisko główny gitarzysta zapowiedział następny kawałek jako piosenkę z pokazywaniem i poprosił publiczność, żeby rytmicznie uderzała się pięścią w pierś. Jeden z widzów zaintonował do tego wokalizę Matthew McConaugheya z filmu "Wilk z Wall Street", ale nie o to chodziło. Tekst zaczynał się parafrazą znanych chyba większości zgromadzonych - jak wywnioskowałem z rozbawionych reakcji - słów o "mojej bardzo wielkiej winie".
Przyszła pora na obfitszą dawkę przebojów. Nie wątpię, że "Mój dół" należał do najbardziej znanych utworów w secie. Po nim Nagrobki wykonały "Na śmierć zapomniałem", w środku którego znalazła się spokojna, cicha wersja "Jesteśmy martwi", śpiewana też, bez zachęty ze strony zespołu, przez publiczność. "Nie będzie już nic" Maciej zapowiedział jako przedostatni utwór. Na koniec duet zagrał nieznany mi wcześniej kawałek dla ludzi pracujących, zatytułowany chyba "Nie da się". Przy okazji, dzięki podpowiedzi z widowni, zespół się zorientował, że występuje w Barbórkę. Można przyjąć, że górnicza tematyka została podczas koncertu artystycznie poruszona - duet zagrał jedną piosenkę na to święto, jeśli nikomu nie przeszkadza interpretacja "Mojego dołu" jako utworu o mężczyźnie kopiącym biedaszyby. Po 75-minutowym secie podstawowym Maciej i Adam, którzy stwierdzili, że przez układ pomieszczeń w klubie nie mają dokąd uciec, stali przez chwilę z boku sceny, a widzowie nie przerywali owacji. Na bis usłyszeliśmy "Blady świt" z solówką gitarzysty na trzecim dęciaku, tym razem klawiszowym - melodyce.
Dobór utworów rzeczywiście nie każdemu mógł odpowiadać. Nagrobki pożegnały Spotify głównie piosenkami spoza Spotify. Wprawdzie sam czułem już lekki przesyt popularną w czasach pandemii "Zarazą", ale repertuar koncertu miał w sobie coś w stylu kompilacji typu "B-Sides & Rarities". Raz warto to przesłuchać, ale nie zapamięta się tego jako znakomity materiał. Odniosłem też wrażenie, że Maciej wokalnie nie dawał z siebie wszystkiego. Adam wykazywał się większym zaangażowaniem. Może to efekt wspomnianego przez gitarzystę przeziębienia. Trudno - trochę się pośmiałem, źle nie było. Tymczasem czekam, co przyniesie dalsza praca nad wirtuozerską grą na flecie nosowym.


