- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
relacja: Nagrobki, Wrocław "Uczulenie" 29.10.2026
miejsce, data: Wrocław, Uczulenie, 29.10.2026
Zapoznając się stopniowo z zawartością albumu "Zimna płyta", zastanawiałem się, czy na pewno chcę iść na promujący go koncert. Przyzwyczaiłem się do starych piosenek Nagrobków, a nowe zrobiły na mnie wrażenie zbyt odmiennych. Zresztą już występ sprzed roku, z mniej tradycyjnym setem, nie do końca mnie zadowolił. Duet chętnie oglądam na żywo jednak nie tylko dla muzyki, ale też dla jego poczucia humoru. Tej myśli się uczepiwszy, z odpuszczenia sobie wieczoru z gdańską kapelą zrezygnowałem.
W klubie, w przeciwnych narożnikach salki koncertowej zobaczyłem scenę i sklepik. Stoisko z dopiero co wydanymi płytami kompaktowymi i winylowymi oraz m.in. z koszulkami i bluzami przyciągało fanów i jeszcze przed rozpoczęciem występu gitarzysta Maciej Salamon i perkusista Adam Witkowski proszeni byli o autografy na świeżych zakupach. Ja się tymczasem przyglądałem trzem świetlówkom ułożonym w literę N, które akurat nie są w scenografii duetu nowością, oraz bardziej zastanawiającemu artefaktowi: leżącej między stanowiskami muzyków piłce nożnej.
Chociaż prawie punktualnie, zespół zaczął grać z zaskoczenia i Maciej musiał uciszać rozgadaną jeszcze publiczność, zwłaszcza że pierwsza piosenka nie należała do hałaśliwych. "Bądźcie państwo dziś z nami" na klawisze, gitarę i dwóch wokalistów śpiewających razem wprowadziło nostalgiczny klimat. Może tylko nie do końca tak smutny, jak by się można spodziewać, bo w trakcie albo Adam skutecznie próbował rozśmieszyć Macieja, albo obaj nawzajem się czymś rozbawili.
Nagrobki wykonały na żywo wszystkie utwory z "Zimnej płyty", w kolejności z albumu. Drugim kawałkiem był więc "Nie będzie żywy pluł nam w twarz", w którym perkusista chwycił już pałeczki. Aby nawiązać do miejsca koncertu, zespół zmienił wspomnianą w tekście zawieruchę na "wrocławską". W kolejnej przerwie Adam przedstawił jednego widza jako ojca chrzestnego nowego albumu. Sam materiał jest już jednak wystarczająco stary, by fanki najbliżej sceny śpiewały fragmenty utworów razem z muzykami, co zauważyłem po raz pierwszy i nie ostatni podczas "Nie pytaj mnie".
Po "Będziesz grał w grę" Maciej włączył podkład rytmiczny z playbacku. Adam tymczasem zapowiadał "Nóż" jako premierę, chociaż od razu dodał, że "piosenka ma dziesięć lat". Gitarzysta całkiem sprawnie wykonał w utworze klawiszową solówkę na niewielkim instrumencie, któremu się niestety nie przyjrzałem. Przed kolejnym kawałkiem zakomenderował "Do hymnu!", co oznaczało, że pora na znaną już z wykorzystującego barwy narodowe teledysku "Wielką hańbę". Następnie usłyszeliśmy "Tańczę" w wersji pod względem rytmu zbliżonej bardziej do singlowej z 2022 r., niż do albumowej. Może uproszczenie wynika z technicznych ograniczeń w grze na żywo, a może duetowi takie wykonanie bardziej odpowiada - nieważne, utwór wypadł dobrze.
Maciej w sposób złożony - nawet zbytnio, jak stwierdził Adam - poprosił widzów, żeby rytmicznie uderzali się pięścią w pierś. Perkusista dodał, żeby nie zastępowali tego tupaniem. Przy takim akompaniamencie zespół wykonał początek "Nie mojej winy", po czym duet wdał się w żartobliwie przeciąganą wymianę uwag, według których wybijaliśmy rytm za szybko, a sam pomysł miał pochodzić z "Wilka z Wall Street". Gdy rozśmieszona publiczność przestała wyręczać bębniarza, muzycy wzięli się za dalsze wykonanie już bez jej pomocy. Nie zrezygnowali z niej na długo - do "Bez celu" Maciej potrzebował asystenta z widowni. Zamiast partii saksofonu usłyszeliśmy solówkę na jednootworowym metalowym kazoo, ale ktoś musiał podać je gitarzyście do ust. Wybraniec nie ustrzegł się klasycznego błędu - pomylił końce instrumentu. Na szczęście szybko zrozumiał, jaką pomyłkę wokalista gestem głową mu zasygnalizował.
Pierwszą część setu zakończył drugi "hymn", tym razem ludzi pracy - "Nie da się". Ponownie tego wieczoru zespół zastosował zabieg przypodobywania się tubylcom, czyli w ostatnią zwrotkę wplótł nazwę miasta. Na ciąg dalszy występu złożyć się miały już kawałki starsze. Duet przyznał, że nie ma ustalonej listy kolejnych utworów, więc czeka na propozycje, dodał jednak, że nie o wszystko można prosić. Pierwszy rzucony z widowni tytuł został zaakceptowany - zespół wykonał "Mój dół". Następnie Maciej wspomniał o Metallice włączającej do swoich setów covery z krajów, w których akurat gra. Zaproponował koledze, żeby Nagrobki, jako występujące tylko w Polsce, przygotowywały takie niespodzianki dla poszczególnych miast. Wrocławska publiczność w odpowiedzi na skierowane do niej pytanie wymieniła m.in. Sedes i Lecha Janerkę. Ostatecznie duet po prostu zagrał kolejny własny kawałek na życzenie, ale nie w oczywistej konfiguracji. Maciej nazwał ją "'Jesteśmy martwi' z twistem". Spokojniejsza wersja utworu została wpleciona w środek "Na śmierć zapomniałem". Przy okazji zespół dokonał całej serii zmian w tekście, by nawiązać do miejsca koncertu.
"Blady świt" gitarzysta wybrał sam - pewnie specjalnie po to, żeby zagrać solówkę na melodyce. Następnie zespół zaserwował nam ciąg zaskakujących połączeń. "Matka jedyna" skończyła się zwrotką o zabiciu wieloryba. Duet odmówił wykonania "Spalam się", ale zgodził się na "Co z nami będzie", do którego dodał złagodzoną wersję "Jak mu dewastuje grób". Na finisz wybrał "Zarazę". W zapowiedzi zaznaczył, że utwór Nagrobków był pierwszy, a pandemia koronawirusa - druga. W środek tradycyjnie wplótł kilka motywów z cudzych przebojów, ale jednego się nie spodziewałem. Zamiast kolejnego riffu zagranicznej gwiazdy usłyszeliśmy refren "Mojej i twojej nadziei" Hey, tylko że z tekstem zmienionym na "Nic, naprawdę nic nie pomoże, bo nic, naprawdę nic nie pomoże", czyli - że to tak ujmę - na całkowicie beznadziejny. Adam sprytnie - w skojarzeniu z pomocą powodzianom w 1997 r. - rzucił jeszcze komentarzem, że to chyba wrocławska piosenka. Mieszanka nie ograniczyła się jednak do tego zestawu. "Zarazę" zwieńczyła zwrotka z "Ja", w której zespół się dowcipnie przedstawia.
Od początku żywo reagującej publiczności siedemdziesiąt minut muzyki oczywiście nie wystarczyło i domagała się bisu. Ktoś z widowni już wcześniej prosił o "Kolejny rok w urnie" i w dogrywce wreszcie utwór ten usłyszał. Duet przy okazji sprawdził, czy publika może śpiewać zamiast niego, ale - chociaż zaczęła sama, bez zachęcania - chyba nie znała całego tekstu. Poza piosenkami fanom dobrze znanymi z płyt, pod koniec rzutem na taśmę zespół wykonał jeszcze kawałek, zatytułowany chyba "To jest lament".
Nagrobki pokazały się w dobrej formie. Tradycyjnie byłem pod wrażeniem wokalu Adama Witkowskiego, ale dodatkowo Maciej coraz bardziej mi imponuje solówkami na różnego typu instrumentach. Mógłbym ponadto pogratulować gitarzyście, jak długo wytrzymał w bluzie i zimowej czapce, podczas gdy perkusista siedział i się pocił w samej koszulce. Nie dowiedziałem się tylko, po co na scenie była ta piłka.


