zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 10 grudnia 2018

relacja: Peter Murphy, Desert Mountain Tribe, Wrocław 26.11.2018

2.12.2018  autor: Krasnal Adamu
wystąpili: Peter Murphy; Desert Mountain Tribe
miejsce, data: Wrocław, A2, 26.11.2018

Złoty okres w działalności Bauhaus trwał tak naprawdę niespełna pięć lat. Grupa nie dorobiła się obszernej dyskografii, a przez ostatnie trzy i pół dekady powracała tylko na krótko, m.in. z jednym słabo przyjętym albumem, z wydaniem którego podobno już ostatecznie się rozpadła. Mimo to zespół do dziś cieszy się niemałą sławą. Zapomnieć o nim nie daje m.in. jego wokalista Peter Murphy, który w 2003 r. koncertami uczcił 35-lecie powstania kapeli, zaś tej jesieni na światowej trasie z okazji rubinowego jubileuszu razem z basistą formacji wykonuje w całości materiał z jej debiutanckiego albumu. Jako że Bauhaus - o czym organizator wydarzenia nie omieszkał wspomnieć - nigdy nie grał w Polsce, tutejsi fani mieli wiele do nadrobienia.

Nie zdziwiła mnie ani duża frekwencja, ani przekrój wiekowy publiczności - od dwudziestokilkulatków do ludzi po pięćdziesiątce. Niewiele brakowało, żeby zaskoczyła mnie za to obecność supportu - że wystąpi jeszcze jakaś grupa poza gwiazdą, dowiedziałem się dopiero dzień przed koncertem z harmonogramu, którego zresztą trzymano się bardzo krótko. Owszem, czarno-białe wizualizacje z poruszającymi się nieco hipnotycznie figurami geometrycznymi włączono punktualnie o 20, ale Desert Mountain Tribe wszedł na scenę dopiero prawie kwadrans później.

Rozstawiony w jednej linii, czyli z bębniarzem z boku, tercet rozpoczął występ utworami "Heaven and Hell", "Runaway" i "Take a Ride". Wykonanie tych trzech kompozycji można w przybliżeniu opisać następująco: otwarcie partią basu, lekkie zagłuszenie go perkusją, wejście gitary prowadzącej tworzącej raczej tylko mało czytelne tło jeszcze bardziej zagłuszające bas, dołączenie niewiele wyraźniejszego wokalu, a po paru minutach, bez interesującego rozwinięcia, zakończenie. Nagrania studyjne zespołu brzmią ciekawiej. Wrażenie poprawiło dopiero gitarowe solo w "Leave It Behind". Brakowało więcej takich momentów, w których dowodzący grupą Jonty Balls zdołałby swoją psychodeliczną grą lub chociaż wokalem wprowadzić odpowiedni klimat. Matthew Holt i Frank van der Ploeg, czyli towarzysząca mu sekcja rytmiczna, nie byli w stanie zrobić tego za niego.

Po "Circles", wyróżniającym się tylko powolnym tempem, frontman podziękował Peterowi Murphy'emu i Davidowi J z Bauhaus za zaproszenie na trasę. Trzy kwadranse występu dopełniły "Hitzefrei", "Coming Down", "Way Down" i "The King", pod koniec którego van der Ploeg kopniakiem w bęben - powtórzonym, bo pierwszy był za mało skuteczny - zrobił sobie wyjście zza swojego zestawu. Finisz ten, na tle wszystkiego, co muzycy zaprezentowali, był aż nazbyt efektowny. Nie było źle, ale mogło być znacznie lepiej. Myślę, że zespołowi trafiła się rzeczywiście świetna okazja, ale nie wykorzystał jej dobrze. Nadaje się bardziej na koncerty w mniejszych klubach, a jeśli kiedyś do Polski wróci - i tak nie zachęcił mnie do ponownego obejrzenia.

W oczekiwaniu na grupę Petera Murphy'ego salę wypełniały coraz bardziej niecierpliwe owacje, zrywające się nieraz tak nagle, jakby ktoś już zobaczył muzyków wchodzących na scenę. W jednym z porywów skandowano nawet imię Piotrek, chociaż nie wiem, czy adresat by zrozumiał, o co chodzi. Wreszcie z dokładnie półgodzinną obsuwą względem ogłoszonego przez organizatorów programu muzycy wkroczyli na scenę. Na lewo od wokalisty stanął noszący przez cały występ ciemne okulary basista David J, dzięki obecności którego można było sobie wmawiać, że jest się na koncercie Bauhaus - bo połowa składu to już prawie większość. Na drugim skrzydle miejsce zajął wielokrotnie współpracujący z Murphym, m.in. podczas trasy z okazji 35-lecia jego macierzystej grupy, gitarzysta Mark Gemini Thwaite. Za tą trójką zasiadł ledwo widoczny w oparach z dymiarki perkusista do wynajęcia Marc Slutsky.

Początek setu nie był niespodzianką. Podczas trasy zatytułowanej "40 Years of Bauhaus - Ruby Celebration featuring David J" grupa miała wykonywać w całości album "In the Flat Field" z 1980 r. oraz inne przeboje formacji. Wyświetlone w tle zdjęcie z okładki debiutanckiego "długograja" jeszcze ten zamiar podkreślało, chociaż towarzyszyło tylko otwierającemu set "Double Dare". Zresztą wzrok i tak przyciągał przede wszystkim Murphy nieszczędzący nam teatralnych gestów. Już w pierwszych minutach chodził z mikrofonem po całej scenie, powodując sprzężenia, a gdy stanął na jej środku w snopie reflektora, widok ten natychmiast został zapisany przez wiele smartfonów. Pod koniec "A God in an Alcove" sięgnął po rekwizyt - stopniowo, z oporem zakładał sobie na głowę koronę. Podczas "The Spy in the Cab" zasłaniał twarz przed światłem jednego z reflektorów oraz wyglądał ukradkiem zza dłoni. Doświadczony artysta dobrze wie, jak się robi przedstawienie.

Po raz pierwszy publiczności Murphy dał pośpiewać już w utworze tytułowym, czyli drugim w zestawie. W "Small Talk Stinks" wokalnie wspomogli go natomiast basista i gitarzysta, a on sam sporo posługiwał się megafonem. W trakcie "St. Vitus Dance" tłum zaczął mocno falować i utworzył się niewielki młyn, zaś Murphy, trzymając statyw na barkach, bawił się w wokalizy. W tej samej pozycji wykonał "Stigmata Martyr". W kończącym czterdziestominutowy set pierwszy "Nerves" pokazał się za to bez kurtki i uwagę zwracała wisząca na jego szyi biżuteria.

Po krótkiej przerwie, podczas której muzycy nie opuścili sceny, Murphy stanął przed nami z długą chustą zwisającą mu z barków, zaś Thwaite - z gitarą akustyczną. "King Volcano" zaśpiewali w całości razem, a końcówkę - we trzech, z basistą. Po odegraniu "Kingdom's Coming" Thwaite zamienił gitarę akustyczną na elektryczną. Gdy wykonywał na niej wydłużony wstęp do "Burning from the Inside", Murphy wreszcie przemówił do zgromadzonych. Podziękował publiczności, przedstawił muzyków, a przy okazji pożartował z perkusistą, najpierw czterokrotnie zachęcając widzów do owacji na jego cześć, a potem krytykując go za to, że rzekomo nie wie, kiedy ma wejść. Dodatkowo fakt, że bębniarz nie był oświetlony, a na scenę wpuszczono sporo dymu, wokalista wykorzystał do dalszej z nim "konwersacji" - przy wersie "and now I don't see you anymore".

Na czas "Silent Hedges" Thwaite wrócił do gitary akustycznej, natomiast w trakcie następnej, bardzo znanej kompozycji Murphy obsługiwał też elektronikę. Rozumiem, że "Bela Lugosi's Dead" to utwór ważny historycznie dla rocka gotyckiego, ale wciąż uważam wersję Sepultury za o niebo lepszą, zaś oryginał - za zwyczajnie nudny. Niemniej publiczność pod koniec robiła imponujący chór, a nawet trafił się jeden surfer.

"She's in Parties" Murphy spędził obok Slutsky'ego. Stojąc na jego podeście, obsługiwał dodatkowe instrumenty, w tym perkusyjne. Gdy wrócił na swoje miejsce, usłyszeliśmy "Adrenalin". To też słabszy kawałek, ale domyślam się, że po prostu grupa chciała zagrać przynajmniej jeden utwór z ostatniego albumu Bauhaus. Lepsze wrażenie zrobiły "Kick in the Eye" i "The Passion of Lovers". W pierwszym z nich Murphy podzielił się z publicznością krótkimi wokalizami, w drugim też dał jej przez chwilę pośpiewać.

Część występu z największymi przebojami potrwała tyle samo, co "albumowa", czyli czterdzieści minut. Gdy wywołany przez widzów zespół wrócił na scenę, Murphy podziękował publiczności i jeszcze raz przedstawił muzyków. Na bis wykonane zostały dwie przeróbki: "Telegram Sam" T. Rex i "Ziggy Stardust" Davida Bowiego. Zgromadzeni domagali się więcej, ale grupa już nic nie zagrała.

Koncert na pewno był radosnym przeżyciem dla miłośników Bauhaus. Sam - jak pewnie większość osób na sali - nigdy nie widziałem tej grupy na żywo, więc nie potrafię ocenić, jak bardzo Peter Murphy i David J zbliżyli się do niej z młodszymi kolegami, wydaje mi się jednak, że wystarczająco. Materiał z post-punkowego klasyka, jakim jest album "In the Flat Field", w ich wykonaniu chwilami brzmiał nawet dość "retro", ale nie jak boleśnie przestarzały. Również zresztą frontman wciąż dobrze robi swoje. Oby dociągnął w tej formie jeszcze co najmniej do złotej rocznicy.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Peter Murphy, Desert Mountain Tribe, Wrocław 26.11.2018
dasknoor (gość, IP: 88.156.138.*), 2018-12-09 11:57:36 | odpowiedz | zgłoś
Dobra recenzja, tak bylo. Ogolnie concert dobry, publika szlala.
Brzmienie, przynajmniej na poczatku, bylo slabe, ale jak punk to punk!

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Po ilu pożegnalnych trasach koncertowych uznajesz, że zespół rzetelnie się pożegnał?