zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 17 maja 2022

relacja: Saxon, Turbo, Crimes Of Passion, Warszawa "Stodoła" 8.12.2011

15.12.2011  autor: Mikele Janicjusz
wystąpili: Saxon; Turbo; Crimes Of Passion
miejsce, data: Warszawa, Stodoła, 8.12.2011

Przed wejściem do "Stodoły" wywieszone są bannery z informacjami dotyczącymi repertuaru na najbliższy czas. Kiedy tak sobie stałem 8 grudnia w kolejce do klubu, czytałem, że w tymże miesiącu wystąpią m.in. Saxon, Turbo, Crimes Of Passion (na jednym koncercie), potem dwa dni z rzędu Dżem, w poniedziałek Blind Guardian, Grave Digger, Cristal Viper (też jednego wieczoru), trzy dni później Acid Drinkers... Jakoś niezauważenie nasz kraj wszedł na stałe do kalendarza wielkich tego świata, bo gdyby tak chcieć oblecieć imprezy, które odbyły się u nas w tym roku, to trzeba by mieć dodatkowe 30 - 40 dni urlopu i z pięć patoli w kieszeni na same bilety. Co prawda nie mamy tak rozkosznie, jak Niemcy, Francuzi czy choćby Czesi, którzy są wręcz rozpieszczani częstymi trasami gigantów rocka, ale jest lepiej niż było. Jeszcze do niedawna posucha była tak dotkliwa, iż uratować mógł tylko wypad za granicę. A teraz można przebierać. Dość przypomnieć, że bohater tego wieczoru zjawił się w Polsce po raz czwarty w tym roku. Poprzednie wizyty miały miejsce w Borku (25 VI), Słupsku (12 VIII) i Krakowie (7 XII).

Saxon, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni
Saxon, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni

Drugie spostrzeżenie jest takie, że koncerty są coraz lepiej organizowane, co pośrednio pewnie wpływa na to, że zespołom chce się do nas przyjeżdżać. Ale to tylko dygresja, przejdźmy do spraw bieżących, bo tu również zdarzyło się małe potknięcie organizatorowi. Otóż na bilecie podano, że otwarcie bram nastąpi o 19:00, a początek koncertu o 20:00. Tak naprawdę o 20:00 to już pierwszy support zeszedł ze sceny. Pewnie wielu osobom nie dane było zobaczyć Angoli w akcji. Jak wypadł Crimes Of Passion? Bardzo poprawnie - powiem. Wokalista grupy z Yorkshire, Dale Radcliffe, kontynuuje niewątpliwie w swym rzemiośle najlepsze tradycje brytyjskiej szkoły ekspresji scenicznej, inspirując się zapewne dokonaniami Roba Halforda, Bruce'a Dickinsona i Biffa Byforda z Saxon. Oznacza to, że facet mocno gestykulował dłońmi podczas partii śpiewanych, cały czas znajdował się w ruchu, kiedy nie musiał pozostawać w kontakcie z mikrofonem, a także bez ustanku zagrzewał nas do jeszcze większego wariowania w rytm muzyki. Trzeba też podkreślić, że dysponuje mocnym, dźwięcznym głosem. Od razu widać, kto sprawuje rząd dusz w tym zespole, bo reszta muzyków, czyli gitarzyści (Charles Staton i Harry Griffiths), basista (Simon Fearn) i perkman (Kev Tonge) znajdowali się w cieniu frontmana. No, może Simon wychodził trochę przed szereg, walcząc ze swoim potężnym sześciostrunowym basem. Wszyscy jednak postarali się, aby nas przekonać, że tworzą wartościową muzykę. Rzeczywiście, grają bardzo angielską odmianę heavy metalu, który korzeniami sięga jeszcze lat siedemdziesiątych, ale w sposób nowoczesny lub - jak kto woli - współczesny. W równej mierze promowali swój najnowszy krążek "To Die For" (2011), jak i debiutancki album "Crimes Of Passion" (2008). Występ został dobrze nagłośniony, choć słyszalność wokalu poprawiła się dopiero po drugim czy też trzecim kawałku.

Crimes Of Passion, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni
Crimes Of Passion, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni

W zastępstwie kanadyjskiego Anvil pojawiło się na scenie rodzime Turbo. Jak zgromadzeni w "Stodole" przyjęli tę zmianę? Ano pojawiło się bardzo dużo osób w koszulkach z logo polskiego zespołu, więc... towar zastępczy, ale jakość ta sama. Obecnie formacja jest na fali wznoszącej po wydaniu gorąco przyjętej płyty "Strażnik Światła" (2009). Grupa dostała okazję, by przypomnieć się głównie młodszej części publiczności i moim zdaniem wywiązała się z tego zadania znakomicie. Z najnowszej płyty wysłuchaliśmy jedynie utworu "Niebezpieczny Taniec", reszta kawałków to żelazna klasyka z płyt "Dorosłe Dzieci" (tytułowy na deser), "Smak Ciszy" ("Już nie z tobą", "Słowa pełne słów", "Czy mnie nie ma") i "Kawaleria Szatana" ("Kometa Halley'a", "Dłoń potwora", "Sztuczne oddychanie", "Kawaleria Szatana cz. II"). O obecnej kondycji zespołu decyduje w równej mierze doświadczenie i młodość, a więc Wojtek Hoffmann i Tomek Struszczyk. Hoffmann, jak przystało na seniora (w dobrym tego słowa znaczeniu), czuwał z prawej strony sceny nad przebiegiem koncertu, natomiast Struszczyk, jak przystało na frontmana, dbał o jego rozrywkową oprawę. A że facet potrafi sprawdzić się w tej roli, udowodnił już niejednokrotnie. Podczas warszawskiego koncertu zachowywał się jak szalony: wyginał się w jakichś nienaturalnych pozach, obłędnym wzrokiem wodził po ludziach, stroił zabawne miny, słowem naprawdę przeżywał swój udział w tym misterium. I tak się właśnie powinno, do cholery, rozgrzewać publiczność. Ale reakcje większości fanów pozostały jeszcze mizerne - co przykro mi odnotować - przez następną godzinę. Do czasu aż Saxon nie zaczął grać swoich nieśmiertelnych kilerów.

Turbo, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni
Turbo, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni

Sprawnie poszło uprzątnięcie sceny po Turbo i przygotowywanie jej dla gwiazdy wieczoru. Saxon rozpoczął swój show krótko po 21:00 od długiego, mrocznego intro. W zupełnych ciemnościach dało się zobaczyć przemykające sylwetki już to techników, już to członków zespołu. A kiedy błysnęły światła i na scenę wtoczyli się jak huragan muzycy, to naraz stanęła mi przed oczami cała młodość. Ileż to radości dawała ich muzyka, ileż nadziei. Jak dobrze było ich znowu zobaczyć na scenie, w najlepszym z możliwych składzie. Biff Byford jak zwykle odział się w kurtkę, na którą opadały jego długie siwe włosy (teraz to już znak rozpoznawczy). Wokalista słowo "oszczędzać się" już dawno skreślił ze swoich słowników, jak on wytrzymuje to kondycyjnie? Przecież w tym wieku wcale nie trzeba się przemieszczać po scenie niczym kula bilardowa po stole, by odczuć ciężar ogromnego wysiłku. A on zdawał się to pieprzyć. Najważniejszy był koncert i ludzie, którzy nań przyszli. Po lewej stronie miejsce zajął Nibbs Carter, basista, cholernie pozytywny gość, który idealnie pasuje do tego zespołu. Obok niego - Doug Scarratt, następne indywiduum i świetny gitarzysta. Po prawej - najbardziej chłodny w obejściu Paul Quinn, drugi z gitarzystów. A w środku wciśnięty pomiędzy kolumny Marshalli zestaw perkusyjny Nigela Glocklera. Na tyłach sceny rozwieszono ogromną płachtę z logo Saxon.

Saxon, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni
Saxon, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni

Setlista przedstawiała się zaiste znakomicie. To znaczy zespół od wielu już lat praktykuje następujący sposób jej układania: najpierw kawałki z najnowszej płyty przetyka na przemian starociami, a na drugą część koncertu i na bisy zostawia swoje największe hity. Nie inaczej było i tym razem, a promowaną płytą był "Call To Arms" (2011). A więc z nowego krążka zagrali m.im. "Hammer Of The Gods", "When Doomsday Comes", "Chasing The Bullet", fenomenalny na żywo "Back In '79" i "Call To Arms". Między nimi pojawiły się odpowiednio "Heavy Metal Thunder", "Never Surrender", "Motorcycle Man", "To Hell And Back Again", "Solid Ball Of Rock". Acha, naprawdę urzekły mnie te gwizdy Byforda! Następnie zapowiedział "Rock The Nations", w trakcie którego pojawiło się długie solo na perkusji. Reszta muzyków stała sobie z tyłu i popijała różne płyny. Każdy według uznania, ale zauważyłem, że Nibbs raczył się Lechem Premium. I kiedy Biff zaczął przekomarzać się z nami co do wyboru następnego kawałka, atmosfera w klubie rozgrzała się na dobre, bo wcześniej pod sceną był luz. Biff zaproponował, że możemy wybrać albo "Broken Heroes", albo "The Eagle Has Landed". Trwało to trochę, ale z góry było jasne, że fani do żadnego konsensusu nie dojdą, więc zespół rozstrzygnął to w sposób najlepszy z możliwych: zagrają oba. Czy była to chłodna kalkulacja, czy też improwizacja? Nie umiem rozstrzygnąć. Na setliście figurował tylko "Broken Heroes", ale to nic nie znaczy, bo w ogóle lista ta różniła się od programu. Następnie poszybował mój faworyt, czyli "Denim And Leather", a po nim zaprezentował swoje możliwości Doug. Trwało to krócej niż popis Nigela, ale artystycznie było równie wspaniałe. I już na koniec odegrali klasyk motocyklistów - "Wheels Of Steel". Harleyowcy kochają Saxon m.in. za ten właśnie kawałek.

Saxon, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni
Saxon, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni

Po krótkiej przerwie zaczęły się bisy. Tak, tak. Bisowali dwukrotnie. Podczas pierwszego zagrali "Crusader" i "747". Czy można marzyć o czymś jeszcze? Prawdę mówiąc myślałem, że na tym się skończy, ale zespół pokazał, że naprawdę jest wielki i po chwili wyszedł znów na scenę. A właściwie to pojawił się tylko Nibbs, by pokazać, jak powinno się obsługiwać gitarę basową. I tu krótka dygresja, bo stałem z przodu i mnie to nie ominęło. Jest tyle luzu i swobody w zachowaniu muzyków na scenie, że trudno to pojąć. Ale jednocześnie nie ma w tym rutyniarstwa ani zmanierowanej kalkulacji. Cholera, Saxoni są tak pewni swego rzemiosła, swoich umiejętności, że bezczelnie będą gapić się w twoje oczy i szczerzyć do ciebie zęby. Celuje w tym właśnie Nibbs, który uwielbia hipnotyzować swoim wzrokiem, ale robią też tak Doug i Biff, który bez problemu przyleci do krawędzi sceny, bo popatrzeć na gęby fanów, a jak trzeba, to i dać piąteczkę. Bardzo mi taka postawa pasuje, a z koncertu wychodzę podwójnie zadowolony. Zagrali podczas drugiego wyjścia aż trzy numery: "Strong Arm Of The Law", ku mojemu zadowoleniu "And The Bands Played On..." i ku jeszcze większemu zadowoleniu, by nie rzec dzikiej radochy, "Princess Of The Night". Jak widzicie, zagrali wszystko. Cokolwiek by jeszcze dołożyli, byłoby już tylko miłym dodatkiem, ale co do żelaznej klasyki, to nie rozczarowali. Tego właśnie oczekiwaliśmy i za to dziękujemy.

Saxon, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni
Saxon, Warszawa 8.12.2011, fot. Lazarroni

Po koncercie przysłuchiwałem się różnym rozmowom, bo jak zawsze byłem sam. I nie było nikogo, kto mówiłby, że Saxoni zawiedli. Przytoczę jedną z kwestii: "im są starsi, tym są lepsi". No, tak! Widziałem ostatni raz Brytyjczyków w 2007 roku. Pamięć takich wydarzeń jest niestety dość ulotna, ale mam wrażenie, że zagrali tak samo lub lepiej niż wówczas. Na pewno obecnie była lepsza setlista. Spośród wszystkich zespołów współtworzących nurt NWOBHM, to właśnie Saxon jest w obecnie najbardziej twórczy i koncertowo najatrakcyjniejszy. Iron Maiden po świetnym wejściu w nowe milenium trochę się pogubiło, Tygers Of Pan Tang też podupadł, Def Leppard na nowo próbuje powrócić do gry, a Saxon od płyty "Lionheart" (dla mnie nawet od "Killing Ground") jest genialny w tym, co robi.

Zobacz zdjęcia:

- Saxon, Turbo, Crimes Of Passion (Warszawa "Stodoła" 8.12.2011)
- Saxon, Turbo (Kraków "Studio" 7.12.2011)

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy chciałbyś być mecenasem sztuki?