zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 19 kwietnia 2021

relacja: Soulfly, Corruption, None, Warszawa "Stodoła" 3.02.2003

11.03.2003  autor: m00n
wystąpili: Soulfly; Corruption; None
miejsce, data: Warszawa, Stodoła, 3.02.2003

W moim przekonaniu Sepultura dokonała swojego żywota nagrywając "Roots", potem drogi Maxa Cavalery i zespołu się rozeszły, jednak on sam nie zamierzał rozstawać się z działalnością muzyczną. Tak zrodziła się grupa Soulfy, którą po raz kolejny wiatry przywiały do Polski. Nigdy nie byłem wielbicielem nowej formacji Maxa, więc jej wcześniejsze występy w naszym kraju umyślnie ominąłem, tym razem jednak postanowiłem to zmienić.

Kilkadziesiąt minut na mrozie w długiej kolejce przed klubem "Stodoła" przyczyniło się do tego, że dane mi było usłyszeć tylko ostatnie kilka minut koncertu None, rodzimego zespołu grającego muzykę energetyczną, na wskroś "nowoczesną", której styl definują takie nazwy jak Sepultura czy Machine Head.

Po krótkiej przerwie na scenie wylądowali muzycy Corruption, a z głośników i pod butami zachrzęścił piasek. Jedni z nielicznych reprezentantów stonera w Polsce nie zawiedli, mimo takiego sobie nagłośnienia, przygotowując kilka kopiących w ryj numerów, bogatych w czadowe riffy, skupiając się na kawałkach z ostatniego albumu "Pussyworld", takich jak "Wasted" czy "Junkie". Dynamiczny występ zakończył cover Black Sabbath "Paranoid", w którym tekst w refrenie ruchliwy wokalista Rufus zmienił na "Soulfly, Soulfly, Soulfly!", tym samym próbując wywołać na scenę gwiazdę wieczoru. Mimo dość krótkiego czasu do dyspozycji, zespół wykorzystał go znakomicie.

Gwiazda wieczoru jednak kazała dość długo na siebie czekać, dobrze, że chociaż było warto. Na scenę wyskoczył Max w dresopodobnych ciuchach i jazda, na pierwszy ogień poleciały kawałki z najnowszego albumu "3" - "Downstroy" i "Seek And Strike". Nabita prawie po brzegi "Stodoła" wrzała, a ponad półtora tysiąca osób skakało w równym rytmie. Wszystko pulsowało, przyznaję, dawno nie widziałem czegoś takiego. Muzycznie to nie był ten Soulfly, który zwykle działał mi na nerwy, całość brzmiała dość intensywnie, coś bardziej na kszałt Sepultury w wersji "hardcore" aniżeli jakieś typowej "madafaki". Brzmiało to znacznie ciekawiej niż studyjne płyty, a charyzma Cavalery i znakomita, dynamiczna gra bębniarza, nadawały wszystkiemu dodatkowych walorów.

Potem buchnął "Spit" oznajmiający, że tego wieczoru będzie czas również dla nie tylko z repertuaru Soulfly, a gorąca atmosfera w sali nie opadła ani o jeden stopień Celsjusza, nawet się podniosła. Po "skaczących" "Jumpdafuck" w komplecie z "Bring It", a po nich utworze "Brasil", nadeszła pora na cztery numery, w których Max maczał palce w przeszłości - następny kawałek Sepultury "Territory", dwa świetne "Cockroaches", twór Nailbomb, i "Propaganda", czyli znowu coś z Sepultury, a także "Headup", kompozycję przynależną Deftones. Niezła dawka niezwykle energetycznych kawałków, przy których chyba już nikt nie stał bezczynnie - Cavalera i spółka mieli w swoim władaniu kilkanaście setek ludzi. Jeszcze jeden utwór z najnowszej płyty, "LOTM", i mało mi łba nie urwało - wszystko za sprawą połączonych "Arise" i "Dead Embryonic Cells", wiadomo kogo. Nie mogło też zabraknąć elementów folkowych, które jak powszechnie wiadomo są wykorzystywane w muzyce Soulfly - obyło się co prawda bez udziału Indian brazylijskich, a odzwierciedleniem twórczości "ludowej", a jednocześnie chwilą relaksu i uspokojenia dla wymęczonej publiki, był zagrany przez Maxa na berimbau (coś jak łuk ze struną) kawałek "Tribe". Co by jednak nie było za spokojnie, już po chwili wszyscy szaleli przy "Quilombo" z "jedynki", a "Roots Bloody Roots" (też wiadomo kogo) wycisnęło z wszystkich siódme poty. Część podstawową zamykała szybsza wersja numeru "Attitude" (chyba nie muszę pisać, czyj to numer?) w połączeniu z kolejnym kawałkiem z pierwszej płyty, "Song Remains Insane". Po tak dobrym występie nie mogło zabraknąć bisów, na ruszt poszły starsze utwory, energetyczne kompozycje z dwóch pierwszych krążków Soulfly, "Back To The Primitive", "No Hope=No Fear" i "Eye For An Eye". I to by było na tyle, myślę jednak, że nikt nie czuł się zawiedziony.

Z pokorą muszę przyznać, że był to całkiem niezły koncert, choć wątpię, by Soulfly w wersji studyjnej potrafił mnie kiedykolwiek przekonać.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Jakie są Twoje ulubione tempa utworów?