zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 26 lipca 2026

wywiad: Cryptopsy

26.07.2026  autor: Verghityax

Wykonawca:  Matt McGachy - Cryptopsy (wokal)

strona: 1 z 2

Cryptopsy, Ostrawa 3.03.2024, fot. Verghityax
Cryptopsy, Ostrawa 3.03.2024, fot. Verghityax

Kanadyjska grupa Cryptopsy powróci do Polski 30 lipca 2026 roku, by zagrać w Krakowie wraz z Terror i Vulvodynia. Z tej okazji uciąłem sobie krótką pogawędkę z wokalistą grupy: Mattem McGachym. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy podróże faktycznie kształcą, dlaczego nie warto przeklinać w domu pastorki i jak nie postępować z rozwścieczonymi fanami, to zapraszam do lektury.

rockmetal.pl: Cześć, Matt! W ramach obecnej trasy świętujecie trzydziestą rocznicę wydania albumu "None So Vile". Uznałem, że możemy pominąć wątek waszego ostatniego wydawnictwa, czyli "An Insatiable Violence", bo to nie ono jest tu motywem przewodnim. Chciałbym skupić się przede wszystkim na twojej karierze oraz początku przygody z Cryptopsy, zwłaszcza że nie było cię jeszcze w zespole, gdy nagrywano "None So Vile". Pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z muzyką?

Matt McGachy: Oczywiście. Miałem ogromne szczęście, bo mój tata był wielkim fanem muzyki. Odkrywałem ją, jeżdżąc z nim samochodem - przez Deux-Montagnes do Montrealu, skąd wieczorami odbieraliśmy mamę z pracy. Sama droga w obie strony trwała około czterdziestu minut, a ojciec przez cały ten czas puszczał mi najróżniejsze rzeczy. Słuchaliśmy Guns N' Roses, Bon Jovi, Bryana Adamsa, "czarnego albumu" Metalliki, AC/DC i Journey. Zawsze też zachęcał mnie do śpiewania i powtarzał, że mam dobry głos. Sądzę, że właśnie wtedy w mojej głowie zakiełkowała myśl, że mógłbym zostać wokalistą. W postanowieniu tym utwierdził mnie teledysk Toma Petty'ego. Nie pamiętam już, co to był za utwór, chyba jego największy przebój z tamtych lat, ale występował w cylindrze i miał niesamowicie długie włosy. Bardzo mi się to spodobało. Rozmawiałem o tym z tatą, oczywiście jadąc z nim samochodem.

Jeden z moich najwcześniejszych występów odbył się w ramach konkursu talentów. Prawdopodobnie po raz pierwszy zaśpiewałem wówczas przed większą widownią. Za namową ojca wykonałem numer "Two Out of Three Ain't Bad" Meat Loafa, co wydaje się być absurdalnym wyborem w przypadku dwunastolatka, ponieważ jest to piosenka o złamanym sercu, miłości i pożądaniu kobiety (śmiech). Nie dostałem się do kolejnego etapu. I szczerze mówiąc, nie sądzę, by problemem był mój głos, tylko repertuar. Cóż, tata mógł trochę lepiej pokierować moją "karierą" (śmiech).

Cryptopsy, Warszawa 24.05.2025, fot. Dominika Kudła
Cryptopsy, Warszawa 24.05.2025, fot. Dominika Kudła

Za sprawą ojca poznałeś klasykę rocka, ale w pewnym momencie zacząłeś interesować się cięższymi brzmieniami.

Tak, zbuntowałem się przeciwko muzyce mojego ojca. Doskonale to pamiętam. Jestem dzieckiem lat dziewięćdziesiątych i albumem, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie, był "Antichrist Superstar" Marilyn Manson. Wciąż do niego wracam. Niedawno gościłem w odcinku "Garza Podcast" (kanał prowadzony przez Chrisa Garzę, gitarzystę Suicide Silence - przyp. red.) i przywołałem ten krążek jako coś, czego każdy powinien posłuchać. Ojciec nie znosił tej płyty. Uważał ją za zbyt agresywną, satanistyczną i prowokacyjną. Co zabawne, sam przecież lubił Alice'a Coopera, a Manson po prostu poszedł o krok dalej z całą tą teatralną estetyką. Myślę, że polubiłem Mansona z przekory. Jak większość nastolatków chciałem się buntować, a jego twórczość była dziwna, mroczna i trochę przerażająca, więc naturalnie mnie do siebie przyciągała. Ogólnie w liceum panowała moda na nu metal. Moja paczka zachwycała się Mansonem, Kornem, Slipknotem, Deftones i Incubusem. Formacje z tamtego okresu praktycznie nie grały solówek na gitarze, dlatego, gdy trafiałem na zespoły z solówkami, od razu stwierdzałem: "to muzyka starych ludzi, nie podoba mi się". Minęło naprawdę sporo czasu, zanim zmieniłem zdanie. Stało się to dopiero w 2003 albo 2004 roku, kiedy kupiłem "Train of Thought" Dream Theater. Jeszcze będąc na studiach, chodziłem na przesłuchania do różnych kapel. Spotykałem tam gitarzystów, którzy wycinali niesamowite solówki. Kompletnie mnie to nie ruszało. Chciałem czegoś nowego i ekscytującego. Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej i rozumiem, jak bardzo się myliłem. Wtedy nawet Pearl Jam wydawał mi się zespołem dla dinozaurów. To był bodaj 1997 rok, a ja uznawałem ich za totalną skamielinę i nie pojmowałem ich fenomenu. Co ciekawe, mój tata z kolei nie przepadał za Nirvaną. Grunge nie był jego światem. Pewnie należał do pokolenia wychowanego na hair metalu i mocno odczuł dzień, w którym grunge zmiótł ten nurt z powierzchni ziemi. Wyjątek zrobił jedynie dla Alice in Chains.

Cryptopsy, Kraków 29.02.2024, fot. Justyna Kamińska
Cryptopsy, Kraków 29.02.2024, fot. Justyna Kamińska

Zawsze wiedziałeś, że chcesz być wokalistą, czy próbowałeś też swoich sił na jakimś instrumencie?

Wiedziałem to od samego początku. I znowu wracamy do tych samochodowych wojaży z moim tatą. Mam bardzo wyraźne wspomnienie rodzinnego wyjazdu. Siedziałem z walkmanem na uszach i słuchałem "Bohemian Rhapsody". Jest taki moment w utworze, kiedy Freddie śpiewa "any way the wind blows doesn't really matter to me, to me" i wtedy wyobraziłem sobie, że wychodzę na scenę przed tłum ludzi, chociaż nigdy wcześniej nie widziałem żadnego koncertu Queen. Nie mieliśmy MTV ani telewizji kablowej. Mój ojciec obcował z muzyką wyłącznie za pośrednictwem płyt. Dopiero wiele lat później zaczął oglądać YouTube. Z tego powodu muzyka była dla mnie przede wszystkim doświadczeniem dźwiękowym.

Już w liceum próbowałem śpiewać w różnych zespołach. To były ekipy złożone ze starszych ode mnie chłopaków, którzy wydawali mi się najfajniejszymi ludźmi na świecie. Strasznie ich podziwiałem. W końcu udało mi się dołączyć do jednej z nich, zagraliśmy kilka koncertów, ale grupa szybko się rozpadła. Tak to bywa, utrzymanie składu jest trudne, zwłaszcza gdy wszyscy są nastolatkami. Zwyczajnie brakło nam dojrzałości, by poradzić sobie z konfliktami. Potem udzielałem się w kolejnych kapelach, aż w końcu, już na studiach, dzięki Mike'owi Marino - bratankowi Franka Marino z Mahogany Rush - znalazłem swoje miejsce w montrealskim 3 Mile Scream.

Cryptopsy, Warszawa 24.05.2025, fot. Dominika Kudła
Cryptopsy, Warszawa 24.05.2025, fot. Dominika Kudła

Skoro o tym mowa - pamiętasz nazwę swojego pierwszego zespołu? Tego, o którym przed chwilą wspomniałeś?

Pewnie. To była naprawdę świetna nazwa: Postmodern Youth. Nigdy nawet nie dorobiliśmy się logo. Nie zdążyliśmy dojść do tego etapu. Zagraliśmy może jeden koncert... w sumie nie jestem pewien, czy to był koncert. Raczej coś w rodzaju otwartej próby dla znajomych. A próby odbywały się u Lee. Wiesz, w każdej kapeli jest ta jedna osoba, która ma dom, piwnicę albo garaż, gdzie wszyscy mogą się spotykać. W naszym przypadku był to właśnie Lee. Sęk w tym, że jego matka była pastorką. Coverowaliśmy akurat "Faith" Limp Bizkit i doszedłem do fragmentu, w którym Fred Durst wrzeszczy "get the fuck up". Lee momentalnie przestał grać i krzyknął: "natychmiast przeproś moją mamę!" (śmiech). Musiałem powiedzieć "przepraszam" do mikrofonu (śmiech). Później razem z basistą Postmodern Youth założyliśmy Numb. Dość szybko zorientowaliśmy się, że istnieje chyba z dziewięćset kapel, które się tak podpisują, więc wymyśliliśmy zupełnie abstrakcyjne słowo Nixtasm. Coś okropnego. To na koncercie Nixtasm wypatrzył mnie Mike Marino.

Cryptopsy, Kraków 29.02.2024, fot. Justyna Kamińska
Cryptopsy, Kraków 29.02.2024, fot. Justyna Kamińska

Udało wam się coś nagrać z 3 Mile Scream?

Tak, dwa longplaye: "A Prelude to Our Demise" i "A Glimpse of Hope". Producentem tego drugiego był Chris Donaldson i to właśnie ta płyta bezpośrednio przyczyniła się do mojego dołączenia do Cryptopsy. Materiał zarejestrowaliśmy na początku lat dwutysięcznych, ale do jego premiery doszło dopiero po naszej krótkotrwałej reaktywacji w roku 2011.

Znałeś Cryptopsy, zanim do nich dołączyłeś?

Wiedziałem, kim są, nawet miałem okazję przed nimi wystąpić, ale nigdy nie słuchałem ich muzyki. W Montrealu mnóstwo zespołów wynajmowało salki prób w tym samym miejscu - kompleksie "Cite 2000", który powstał z inicjatywy Voivod. Znajduje się on w ikonicznym budynku położonym tuż nad Rzeką Świętego Wawrzyńca, nieopodal mostu Jacquesa Cartiera. Przewinęła się przez to miejsce praktycznie każda tutejsza kapela. Mijałem członków Cryptopsy na korytarzach. To byli ci goście, którzy odnieśli sukces, lokalne gwiazdy. Sam Flo otoczony był nimbem legendy. W połowie lat dwutysięcznych wydał instruktażowe DVD, pt. "Extreme Metal Drumming 101". Pamiętam, że kupiłem je jako prezent świąteczny dla Norma (Geneau - przyp. red.), naszego perkusisty z 3 Mile Scream.

« Poprzednia
1
Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu