- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
wywiad: Paleface Swiss
| Wykonawca: | Marc "Zelli" Zellweger - Paleface Swiss (wokal) |
strona: 1 z 2

Paleface Swiss (Zelli), materiały prasowe
Szwajcarska scena muzyczna ma swoich zasłużonych bohaterów. Mimo to przedstawiciele młodszego pokolenia nie próżnują, przypominając branży, że w helweckim tyglu nadal wrze. Spośród nich warto wymienić choćby Zeal & Ardor, Schammasch i Paleface Swiss. Ci ostatni dokonali niedawno śmiałego wypadu z deathcore'owej bańki, serwując słuchaczom album "Cursed" oraz EP-kę "The Wilted". O obu tych wydawnictwach, a także historii zespołu i problemach z nazwą miałem okazję porozmawiać z Markiem "Zellim" Zellwegerem, wokalistą Paleface Swiss.
rockmetal.pl: Cześć, Zelli! 18 czerwca 2026 roku zagracie na "Summer Punch Festival" w Warszawie. Jeśli się nie mylę, będzie to wasza trzecia wizyta w Polsce. Pamiętasz coś z dwóch poprzednich?
Marc "Zelli" Zellweger: Pewnie. Pierwszy raz odwiedziliśmy Polskę wiosną 2023 roku w towarzystwie Counterparts. Wystąpiliśmy wtedy w takim maleńkim klubie w Warszawie (w "Hydrozagadce" - przyp. red.). Małe koncerty zwykle okazują się najbardziej ekstremalnymi na całej trasie: albo grasz dla garstki znudzonych osób i każda minuta dłuży się niemiłosiernie, albo tłum daje z siebie absolutnie wszystko. Szczęśliwie warszawski wieczór należał do tej drugiej kategorii. Spotkaliśmy się z fantastycznym przyjęciem. Pod sceną wręcz kipiało energią, a później ludzie chcieli z nami imprezować. To dzięki nim ten pozornie niewielki koncert urósł do rangi czegoś ogromnego.
Kolejna wizyta miała miejsce w zeszłym roku. Przyjechaliśmy na zaproszenie "Mystic Festival".

Paleface Swiss, materiały prasowe
Jakiego repertuaru mogą spodziewać się uczestnicy "Summer Punch Festival"? Czegoś przekrojowego, czy raczej opartego na albumie "Cursed" i EP-ce "The Wilted"?
Zdecydowanie skupimy się na tych dwóch wydawnictwach, choć nie braknie też kawałków z "Fear & Dagger". Przekrojowy repertuar ma większy sens, kiedy występujemy jako headliner, bo wtedy na widowni są głównie nasi fani. Festiwalowa publiczność jest bardziej różnorodna i często styka się z nami po raz pierwszy. Z tego względu lepiej zaprezentować nowy materiał - potem, jeśli ktoś wyszuka Paleface Swiss na Spotify czy YouTube, trafi najpierw na rzeczy, które zna z koncertu. Poza tym festiwale rządzą się swoimi prawami. Dostajesz ściśle określone ramy czasowe i nie możesz ich przekroczyć. Kolejny ważny czynnik to nasze preferencje. Chcemy grać utwory, które sprawiają nam największą frajdę. Zazwyczaj to właśnie numery z ostatniej płyty, ponieważ są świeże i ekscytujące.

Paleface Swiss, materiały prasowe
Pomówmy więc o ostatniej płycie, a jest nią "Cursed", trzeci longplay studyjny w waszym dorobku. To chyba pierwsze dokonanie Paleface Swiss, na którym ślady bębnów wbił Cassiano Toma. Co się stało z poprzednim perkusistą - Colinem "CJ" Hammondem?
Pozwól, że opowiem ci całą historię od początku. Założyłem ten zespół z CJ-em w 2018 roku. Nim wybuchła pandemia, to on grał na perkusji na wszystkich koncertach. Studiował też wtedy na kierunku biznesowym. Szło mu naprawdę nieźle i coraz bardziej absorbowała go nauka. W końcu przeniósł się do Londynu, żeby tam kontynuować edukację na prestiżowej uczelni. Gdy epidemia COVID-19 wygasła, zainteresowanie naszą kapelą w internecie błyskawicznie wzrosło. Powiedzieliśmy CJ-owi, by skupił się na swojej karierze, a my weźmiemy Cassiego na zastępstwo. Nie mieliśmy pojęcia, w jakim stopniu ta internetowa popularność przełoży się na frekwencję w klubach ani dokąd nas zaprowadzi. Oczywiście, chcieliśmy to sprawdzić.
CJ zawsze komponował ze mną, nawet gdy nie było go na miejscu. Działało to w ten sposób, że ja układałem ścieżki perkusji, przesyłałem mu, a on mówił, co poprawić albo zmienić. Teksty też pisaliśmy wspólnie. CJ pochodzi z Kanady, więc angielszczyzną włada bieglej ode mnie. Tak w dużej mierze przygotowaliśmy materiał na "Fear & Dagger", lecz w studio musieliśmy poradzić sobie bez niego. Single, które wypuściliśmy po albumie ("Best Before: Death", "Please End Me" i "The Gallow" - przyp. red.), powstały już z czynnym udziałem Cassiego. Kumplowaliśmy się z nim zanim dołączył do zespołu. Początkowo Cassi wcale nie chciał być stałym perkusistą, chociaż lubił grać i pociągała go ta muzyka.
Kto w takim razie zarejestrował partie bębnów na "Fear & Dagger", skoro CJ był zaangażowany jedynie od strony kompozytorskiej?
Swoje ścieżki nagrywaliśmy z Yannickiem (Lehmannem - przyp. red.), naszym gitarzystą, w chwilach wolnych od pracy. W tym celu urządziliśmy w piwnicy domowe studio. Gotowe partie wysyłaliśmy Florentowi (Salfatiemu - przyp. red.), pełniącemu rolę producenta. Co do bębnów, to wykorzystaliśmy odrzuty z poprzedniej sesji, a następnie nałożyliśmy na nie warstwę programowanej perkusji. Odpowiadając zatem na twoje pytanie, na "Fear & Dagger" nie gra żywy perkusista, lecz nie jest to zabieg w stu procentach cyfrowy. Wspomniane single zrealizowaliśmy już z prawdziwymi bębnami, ponieważ mieliśmy do dyspozycji więcej czasu i funduszy.
W takim razie - czy CJ nadal jest członkiem zespołu? Pomaga wam przy pisaniu piosenek?
Jako muzyk CJ wycofał się z kapeli, lecz wciąż z nami współpracuje, tyle że na stanowisku administracyjnym. Z uwagi na swoje wykształcenie znakomicie radzi sobie z liczbami, ma również gruntowną wiedzę z zakresu podatków. Na co dzień mieszkamy w Szwajcarii, ale wszystko inne - cały sprzęt i siedziba naszego menedżera - znajduje się w Niemczech. Ilekroć trzeba załatwić jakieś formalności, zwłaszcza pomiędzy Niemcami a Szwajcarią, CJ bierze to na siebie.
Nasze kontakty nie ograniczają się wyłącznie do sfery biznesowej. Często do siebie dzwonimy i widujemy, jeśli czas na to pozwala. Prócz tego CJ nadal ma pełny wgląd w tworzony przez nas materiał. Kiedy skończyliśmy komponować instrumenty na "Cursed", zaprosiliśmy CJ-a na odsłuch. Oznajmił, że bardzo podoba mu się kierunek, w jakim zmierza muzyka zespołu. Doradził też, co można by doszlifować i gdzie warto poprzestawiać niektóre elementy dla uzyskania lepszego efektu.

Paleface Swiss, materiały prasowe
Teraz, gdy udało nam się rozwiać wszelkie niejasności, wróćmy do tematu "Cursed". Moim zdaniem to dużo bardziej dojrzała i zróżnicowana płyta niż "Fear & Dagger". Oczywiście deathcore'owe korzenie wciąż są obecne, ale słychać tam sporo zabawy gatunkami. Co więcej, wszystkie klocki w tej układance idealnie do siebie pasują.
To dlatego, że pisząc muzykę, staramy się myśleć o emocjach, a nie gatunkach. Jeżeli czuję potrzebę wyrażenia czegoś za pomocą black metalu, to takiej zagrywki użyję w utworze. Zamykanie się w danym stylu - i mówię to wyłącznie w swoim imieniu - jest po prostu nudne. Jasne, rozumiem, że ktoś woli grać czysty hardcore i nie ma w tym absolutnie nic złego, ale nie potrafiłbym podporządkować się jednemu gatunkowi. Zwyczajnie kocham stawiać sobie wyzwania. Kiedy nagramy coś mniej standardowego, tym większą satysfakcję sprawia nam później powrót do agresywnych kawałków. Musimy czerpać przyjemność z tego, co robimy, a pracując nad "Cursed" bawiliśmy się naprawdę przednio.


