zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 7 lipca 2026

wywiad: Poison Ruin

6.07.2026  autor: Verghityax

Wykonawca:  Mac Kennedy - Poison Ruin (wokal, gitara, instrumenty klawiszowe)

strona: 1 z 2

Poison Ruin, fot. Kat Bean
Poison Ruin, fot. Kat Bean

Poison Ruin już od początku swego istnienia budził gorące emocje, serwując połączenie punka i dungeon synthu skąpane w stylu low fidelity. W 2026 roku Amerykanie wydali album "Hymns from the Hills", na którym łamią kolejne bariery gatunkowe i rozbudowują swoje brzmienie o elementy rocka gotyckiego, folku, a nawet black metalu. O tej płycie, swojej filozofii twórczej, a także miłości do Davida Lyncha i doom metalu opowiedział mi Mac Kennedy, lider projektu.

rockmetal.pl: Cześć! Tego lata wrócicie do Polski, by zagrać dwa koncerty: 11 lipca na "Red Smoke Festival" w Pleszewie i 12 lipca w klubie "VooDoo" w Warszawie. Wiadomo, festiwale rządzą się swoimi prawami, dlatego pierwszego dnia zaprezentujecie się jako jeden z kilku zespołów, drugiego zaś wystąpicie w roli gwiazdy wieczoru. Czy można spodziewać się dwóch różnych zestawów piosenek?

Mac Kennedy: Tak. Na pewno wykonamy około sześciu lub siedmiu utworów z nowej płyty. Pozostałe kawałki mogą się różnić. Zawsze staramy się tak dobierać repertuar, by stanowił on spójną całość i budował należytą dramaturgię. Niektóre numery sprawdzają się lepiej, gdy grane są w określonym szyku. Czasem celowo pomijamy finał danej kompozycji, bo pozwala nam to płynnie przejść w kolejną.

Wspomniałeś o nowej płycie, więc pora pomówić o niej szerzej. 3 kwietnia 2026 roku opublikowaliście swój czwarty longplay studyjny, pt. "Hymns from the Hills". Moim zdaniem to wasze najlepsze dokonanie, zarówno od strony kompozycyjnej, jak i produkcyjnej. W przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw brzmienie nie opiera się już tak mocno na estetyce lo-fi, a same utwory wypadają bardziej przystępnie lub wręcz radiowo, choć używam tego słowa z dużą niechęcią.

Zgadzam się z tą obserwacją. I rozumiem, czemu wzdragasz się przed użyciem słowa "radiowy". O tym samym dyskutowałem z Jonahem (Falco - przyp. red.), który robił nam miksy. Zacząłem nagrywać w jakości lo-fi, ponieważ dawało mi to pożądany efekt. Mówiąc krótko, płyta sama przypomina ci, że z tym właśnie obcujesz - z płytą. To trochę tak, jakbyś słuchał muzyki przez membranę. Lo-fi tworzy te drobne defekty, które zmuszają cię do uruchomienia kreatywności. Chwilami nie jesteś pewien, co dokładnie usłyszałeś, więc wyobraźnią wypełniasz luki. Uwielbiam ten koncept i nie chciałbym z niego rezygnować. Oczywiście ma to również swoje wady. Dla niektórych taki format może być na dłuższą metę męczący albo odbiją się od niego zupełnie i jest to w pełni zrozumiałe. Na "Hymns from the Hills" nieco ograniczyliśmy poziom brudu, nie oznacza to jednak zmiany kierunku muzycznego. Patrzę na to jako na próbę eksperymentowania z dźwiękiem, rzucenie sobie wyzwania.

Poison Ruin, fot. Kat Bean
Poison Ruin, fot. Kat Bean

Chciałbym teraz wspomnieć o paru kawałkach z "Hymns from the Hills", które szczególnie zapadły mi w pamięć. Po "Intro" rozlega się "Lily of the Valley", pierwsza i zarazem fenomenalna piosenka, ocierająca się momentami o rocka gotyckiego w stylu The Mission czy Fields of the Nephilim.

Kiedy piszę muzykę, wolę unikać bezpośrednich odniesień do innych artystów. Wielu twórców pracuje w ten sposób, ale obawiam się, że u mnie takie nawiązania mogłyby zdominować efekt końcowy. Jasne, mam je gdzieś z tyłu głowy, lecz staram się trzymać je na wodzy. Gdy nagrywałem "Lily of the Valley", myślałem o tym, jaki nastrój chciałbym wykreować i nieodmiennie wracałem do schyłku lat osiemdziesiątych i ówczesnej muzyki rockowej. To był moment, w którym undergroundowy rock mógł rozwinąć się w bardzo różnych kierunkach. Pojawiały się wtedy nieoczywiste połączenia i zaskakujące zestawienia wpływów. Właśnie za to cenię tamtą epokę. Idee rodzące się w muzycznym podziemiu nie zostały jeszcze skodyfikowane ani zamknięte w ciasnych ramach, dzięki czemu panowała znacznie większa swoboda twórcza. A estetyka gotycka, mroczne brzmienia, melancholijny klimat - to wszystko zawsze było ważnym elementem naszej działalności. Powiedziałbym, że twoje odczucia są zdecydowanie trafne.

Wydaje mi się, że każde dokonanie Poison Ruin jest głęboko zakorzenione w nostalgii. Czuć tu niewysłowioną tęsknotę za światem, którego już nie ma.

Staram się być subtelny, bo zbyt dosłowne operowanie nostalgią może trącić tanią zagrywką. Nie chodzi mi jednak o tęsknotę za konkretną epoką ani o pragnienie powrotu do przeszłości. Fascynuje mnie raczej samo zjawisko nostalgii - osobliwe, trudne do uchwycenia pragnienie czegoś, co minęło. Czasem próbuję dotrzeć do tego stanu i nadać piosence adekwatny odcień - nie wprost, lecz wstrzemięźliwie, aby tylko zarysować jego obecność.

Tak, to dość ulotne doznanie, a przy tym ma w sobie coś pierwotnego.

Dlatego w "Lily of the Valley" sięgnąłem po motyw kwiatu (konwalia majowa - przyp. red.), który wydał mi się idealnym symbolem. Pięknie wygląda, ma przyjemną dla ucha nazwę, a jednocześnie jest silnie trujący. Ta dwoistość dobrze oddaje charakter nostalgii. Sądzę też, że zbyt często postrzegamy siebie jako jedynych twórców własnej sfery emocjonalnej. Tymczasem wiele naszych uczuć ma swoje źródło w naturze. Zwykle patrzymy na nie bardzo antropocentrycznie, a ja wolę myśleć o nich jako o czymś, co emanuje z otaczającego nas świata. Jeśli się nad tym zastanowić, pierwsze wrażenie zachwytu musiało pojawić się w chwili, gdy człowiek spojrzał na rozległy krajobraz i ogarnęło go wzruszenie. Niektórym może się to wydawać śmieszne, ale dla mnie pozostaje czymś naprawdę zdumiewającym.

Po "Lily of the Valley" następuje numer tytułowy. Obok gitary otwiera go ciężki pomruk fortepianu, który skojarzył mi się z motywem Laury Palmer ze ścieżki dźwiękowej do "Miasteczka Twin Peaks".

Tak, w utworze rzeczywiście pojawia się fortepian, aczkolwiek wygenerowany przez syntezator. I bardzo miło mi to słyszeć. Angelo Badalamenti to przecież legenda. Nie wiem, czy widziałeś wideo, w którym opowiada o pracy z Davidem Lynchem nad muzyką do serialu. Uważam je za jeden z najpiękniejszych zapisów procesu twórczego, jakie kiedykolwiek powstały. Kocham filmy Lyncha, a skomponowana przez Badalamentiego ścieżka dźwiękowa, choć z pozoru całkiem prosta, dotyka czegoś fundamentalnego. Niestety nie mogę powiedzieć, że podczas pracy nad "Hymns from the Hills" świadomie się na nim wzorowałem. Mimo to jego dzieła są tak głęboko zakorzenione w moim poczuciu estetyki, że z pewnością w jakiejś mierze na mnie oddziałują.

« Poprzednia
1
Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu