zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 17 października 2017

relacja: Jethro Tull, Closterkeller, Katowice "Spodek" 6.05.2000

9.05.2000  autor: Maciej Mąsiorski
wystąpili: Jethro Tull; Closterkeller
miejsce, data: Katowice, Spodek, 6.05.2000

Jethro Tull to zespół, którego koncerty robią potężne wrażenie na każdym, kto wcześniej znał ich twórczość wyłącznie z płyt. Spektakl, jaki urządzają na scenie, bogate instrumentarium, świetne wykonanie i zawsze obecne energia i świeżość, cechujące ich koncerty, powinny zachwycić właściwie każdego w bardzo szerokich granicach muzycznych gustów, tym bardziej, że poczucie humoru lidera i pozostałych muzyków czynią z koncertu istny kabaret. Od kiedy sam zobaczyłem ich na żywo dwa lata temu, nie mogłem się wprost doczekać, kiedy odwiedzą nas znowu.

Koncert, którym uraczyli nas 6 maja w katowickim "Spodku", pomimo wysoko postawionej poprzednim razem poprzeczki moich oczekiwań, po prostu mnie powalił... Być może za sprawą zastrzyku nowego materiału z najświeższej, świetnej płyty, a może po prostu zachwycanie i szokowanie panowie z Jethro Tull opanowali już do perfekcji...

Gromadkę Iana Andersona poprzedził nasz rodzimy Closterkeller, grając krótko, akustycznie, a przez to dość monotonnie. Akustyczność koncertu wyjaśniła Anja Orthodox nieobecnością perkusisty, co niestety nie wyszło zespołowi na dobre. Myślę, że ich kawałki w elektrycznym wykonaniu brzmią o niebo lepiej.

Potem przyszedł czas na bohaterów wieczoru. Chłopaki zaczęli staro, na pierwszy ogień grając "For A Thousand Mothers" oraz "Nothing Is Easy", kawałki już ponad trzydziestoletnie, mocne, dynamiczne i z mnóstwem porywającego fletu. Od razu dało się zauważyć, że lider grupy jest w świetnej formie, również fizycznej - po scenie hasał nadzwyczaj żwawo, tradycyjnie wierzgając nogą wyjątkowo często i zamaszyście. Tego wieczora też błaznował i dowcipkował naprawdę sporo.

Po żywiołowym początku Ian zapowiedział nowszy utwór, bo z 1972 roku, a okazało się nim wspaniałe "Thick As A Brick", którego tak brakowało mi na koncercie dwa lata temu... Słynny klasyk zagrali oczywiście w skróconej na potrzeby koncertu, może dziesięciominutowej, wersji. Potem było "Hunt By Numbers", dość dynamiczny numer z najnowszej płyty "J-tull Dot Com", który Ian zapowiedział jako "dla wszystkich, którzy lubią koty". Do wykonania utworu użył drewnianego indiańskiego fletu zamiast tradycyjnego.

Po krótkim "Jeffrey Goes To Eics Square" (dedykowanym byłemu klawiszowcowi zespołu, Jeffreyowi Hammondowi - Hammondowi) Ian, jak zwykle dowcipnie, a także nieco nieprzyzwoicie, przedstawił grającego na basie Jonathana Noyce'a. Miał on zaprezentować ambitną solówkę w następnym utworze, którym okazało się być wyczekiwane, przepiękne "Bouree", oparte o motyw J.S. Bacha. Utwór okazał się jednym z najmocniejszych punktów koncertu, zagrany po mistrzowsku, z obiecanym solem basu i zakończony zupełnie odjechaną solówką Andersona na flecie. Ludzkie pojęcie przechodzi, co wyprawiał Ian ze swym instrumentem, wplatając w kakofonię agresywnych dźwięków gwizdy, krzyki, chrząkania, chrapania, a wszystko to w szaleńczym tempie i przy bardzo bogatej choreografii. Choć całość miała wyglądać i wyglądała wyjątkowo błazeńsko, nie pozostawiła nikomu żadnych wątpliwości, że Anderson jest naprawdę niezaprzeczalnym arcymistrzem gry na flecie.

Potem zespół zagrał trzy kawałki z nowej solowej płyty Andersona "Secret Language Of Birds" - "Habanero", tytułowy (poprzedzony i zakończony rozlegającym się zewsząd ćwierkaniem ptaków) oraz "Boris Dancing", który Ian zadedykował Borysowi Jelcynowi, przy okazji sporo dowcipkując o nim, wódce i atomowym przycisku. Gdzieś pomiędzy nimi zabrzmiał jeszcze zagrany jak zwykle doskonale "Fat Man", jeden z najbardziej powalających numerów, kiedy ogląda się go na żywo. Jak bardzo się podobał, mogła najlepiej poświadczyć zdecydowanie przydługa i głośna owacja publiczności wieńcząca utwór. Pięciu muzyków zagrało tu na: akordeonie, mandolinie, bongosach, gitarze, basie, grzechotkach, tamburynie, flecie oraz czymś, co przypominało trąbkę z dziecięcego rowerka. Muzycy jeszcze raz wykazali swój ogromny kunszt, odstawiając przy okazji niezły kabaret, a wyjątkowo pozytywnego wrażenia dopełniała zapierająca dech w piersiach solówka perkusisty Doane Perry'ego na bongosach.

Następnie były dwa kolejne numery z nowej płyty - rewelacyjny "Dot Com", z wybitnie udanym wiodącym riffem(?) na (znowu indiańskim) flecie oraz "Awol". Potem muzycy zagrali "My God"... Żeby żarty Andersona nam za bardzo nie spowszedniały, w tym kawałku panowie przeszli samych siebie. W samym środku utworu nagle przestali grać na dźwięk... telefonu. Z udaną dezorientacją Anderson zaczął się miotać, odebrał jakiś telefon (stojący przy keybordzie), a stwierdziwszy, że to nie to, sięgnął za pazuchę po komórkę, po czym odbył przezabawną rozmowę, najpierw opieprzając wyimaginowanego rozmówcę za przerywanie koncertu, a następnie ustalając rysopis kobiety, do której rzekomo tamten dzwoni, aż w końcu wręczył komórkę jakiejś kobiecie w pierwszym rzędzie, która odpowiadała rysopisowi, ze słowami: "it's for you". Po całym incydencie muzycy po prostu skończyli grać "My God".

Na zakończenie poszły dwa wyjątkowo mocne numery w dorobku Jethro Tull. W pierwszym - rewelacyjnym, ciężkim "Passion Jig" - na scenę wkroczył wielki... królik. Zaczepiając po kolei grających muzyków, w końcu dostał od gitarzysty Martina Barre wielkie, pomarańczowe okulary, założył je i... poszedł sobie. Kawałek zakończył Anderson, podobną jak wcześniej w "Bouree", szaloną solówką na flecie, z tym razem większą dawką błazeństw. Jako ostatni zabrzmiał żywiołowy "Locomotive Breath", w końcówce którego przyszła pora na solo klawiszowca Andrew Giddingsa - z syntezowanego fortepianu popłynęły dźwięki najpierw Chopina, potem chyba Gershwina (w każdym razie jazzowe), na koniec dołączyli pozostali muzycy i tym jazzowym akcentem zespół pożegnał się i zszedł ze sceny.

Były jeszcze bisy - najpierw wiązanka: "Aquadidley" przechodzące we wspaniały, nieśmiertelny, słynny i wyczekiwany "Aqualung", a na sam koniec "Living In The Past"... i pożegnaliśmy się na dobre, odbijając posłane przez Andersona trzy wielki balony.

Koncert był po prostu rewelacyjny. Polecam występy Jethro Tull każdemu, bez względu na wiek i gusta muzyczne, także tym, którzy pierwszy raz słyszą tę nazwę. Nie sposób bowiem nie docenić profesjonalizmu i kunsztu muzyków zespołu, zwłaszcza lidera, zaś sama muzyka, tak wyjątkowa w brzmieniu, aranżacji i instrumentarium, zachwycić musi każdego. Poza tym chyba każdy lubi dobrą zabawę, której na pewno nie brak na koncertach grupy Iana Andersona.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy zdarzyło Ci się być na koncercie i później bardzo tego żałować?