|
|
| relacja: Jethro Tull, Closterkeller, Katowice "Spodek" 6.05....
|
| wystąpili: |
Jethro Tull; Closterkeller
|
miejsce, data: Katowice, Spodek, 6.05.2000
Jethro Tull to zespół, którego koncerty robią potężne
wrażenie na każdym, kto wcześniej znał ich twórczość wyłącznie z płyt.
Spektakl, jaki urządzają na scenie, bogate instrumentarium, świetne
wykonanie i zawsze obecne energia i świeżość, cechujące ich koncerty,
powinny zachwycić właściwie każdego w bardzo szerokich granicach
muzycznych gustów, tym bardziej, że poczucie humoru lidera i pozostałych
muzyków czynią z koncertu istny kabaret. Od kiedy sam zobaczyłem ich
na żywo dwa lata temu, nie mogłem się wprost doczekać, kiedy odwiedzą
nas znowu.
Koncert, którym uraczyli nas 6 maja w katowickim "Spodku", pomimo wysoko
postawionej poprzednim razem poprzeczki moich oczekiwań, po prostu mnie
powalił... Być może za sprawą zastrzyku nowego materiału z najświeższej,
świetnej płyty, a może po prostu zachwycanie i szokowanie panowie z
Jethro Tull opanowali już do perfekcji...
Gromadkę Iana Andersona poprzedził nasz rodzimy Closterkeller,
grając krótko, akustycznie, a przez to dość monotonnie. Akustyczność
koncertu wyjaśniła Anja Orthodox nieobecnością perkusisty, co niestety
nie wyszło zespołowi na dobre. Myślę, że ich kawałki w elektrycznym
wykonaniu brzmią o niebo lepiej.
Potem przyszedł czas na bohaterów wieczoru. Chłopaki zaczęli staro, na
pierwszy ogień grając "For A Thousand Mothers" oraz "Nothing Is Easy",
kawałki już ponad trzydziestoletnie, mocne, dynamiczne i z mnóstwem
porywającego fletu. Od razu dało się zauważyć, że lider grupy jest w
świetnej formie, również fizycznej - po scenie hasał nadzwyczaj żwawo,
tradycyjnie wierzgając nogą wyjątkowo często i zamaszyście. Tego wieczora
też błaznował i dowcipkował naprawdę sporo.
Po żywiołowym początku Ian zapowiedział nowszy utwór, bo z 1972 roku,
a okazało się nim wspaniałe "Thick As A Brick", którego tak brakowało mi
na koncercie dwa lata temu... Słynny klasyk zagrali oczywiście w skróconej
na potrzeby koncertu, może dziesięciominutowej, wersji. Potem było "Hunt
By Numbers", dość dynamiczny numer z najnowszej płyty "J-tull Dot Com",
który Ian zapowiedział jako "dla wszystkich, którzy lubią koty". Do
wykonania utworu użył drewnianego indiańskiego fletu zamiast tradycyjnego.
Po krótkim "Jeffrey Goes To Eics Square" (dedykowanym byłemu klawiszowcowi
zespołu, Jeffreyowi Hammondowi - Hammondowi) Ian, jak zwykle dowcipnie,
a także nieco nieprzyzwoicie, przedstawił grającego na basie Jonathana
Noyce'a. Miał on zaprezentować ambitną solówkę w następnym utworze,
którym okazało się być wyczekiwane, przepiękne "Bouree", oparte o motyw
J.S. Bacha. Utwór okazał się jednym z najmocniejszych punktów koncertu,
zagrany po mistrzowsku, z obiecanym solem basu i zakończony zupełnie
odjechaną solówką Andersona na flecie. Ludzkie pojęcie przechodzi, co
wyprawiał Ian ze swym instrumentem, wplatając w kakofonię agresywnych
dźwięków gwizdy, krzyki, chrząkania, chrapania, a wszystko to w szaleńczym
tempie i przy bardzo bogatej choreografii. Choć całość miała wyglądać i
wyglądała wyjątkowo błazeńsko, nie pozostawiła nikomu żadnych wątpliwości,
że Anderson jest naprawdę niezaprzeczalnym arcymistrzem gry na flecie.
Potem zespół zagrał trzy kawałki z nowej solowej płyty Andersona "Secret
Language Of Birds" - "Habanero", tytułowy (poprzedzony i zakończony
rozlegającym się zewsząd ćwierkaniem ptaków) oraz "Boris Dancing", który
Ian zadedykował Borysowi Jelcynowi, przy okazji sporo dowcipkując o nim,
wódce i atomowym przycisku. Gdzieś pomiędzy nimi zabrzmiał jeszcze zagrany
jak zwykle doskonale "Fat Man", jeden z najbardziej powalających numerów,
kiedy ogląda się go na żywo. Jak bardzo się podobał, mogła najlepiej
poświadczyć zdecydowanie przydługa i głośna owacja publiczności wieńcząca utwór. Pięciu muzyków zagrało tu na: akordeonie, mandolinie,
bongosach, gitarze, basie, grzechotkach, tamburynie, flecie oraz czymś,
co przypominało trąbkę z dziecięcego rowerka. Muzycy jeszcze raz wykazali
swój ogromny kunszt, odstawiając przy okazji niezły kabaret, a wyjątkowo
pozytywnego wrażenia dopełniała zapierająca dech w piersiach solówka
perkusisty Doane Perry'ego na bongosach.
Następnie były dwa kolejne numery z nowej płyty - rewelacyjny "Dot
Com", z wybitnie udanym wiodącym riffem(?) na (znowu indiańskim)
flecie oraz "Awol". Potem muzycy zagrali "My God"... Żeby żarty
Andersona nam za bardzo nie spowszedniały, w tym kawałku panowie
przeszli samych siebie. W samym środku utworu nagle przestali grać na
dźwięk... telefonu. Z udaną dezorientacją Anderson zaczął się miotać,
odebrał jakiś telefon (stojący przy keybordzie), a stwierdziwszy, że to
nie to, sięgnął za pazuchę po komórkę, po czym odbył przezabawną rozmowę,
najpierw opieprzając wyimaginowanego rozmówcę za przerywanie koncertu,
a następnie ustalając rysopis kobiety, do której rzekomo tamten dzwoni,
aż w końcu wręczył komórkę jakiejś kobiecie w pierwszym rzędzie, która
odpowiadała rysopisowi, ze słowami: "it's for you". Po całym
incydencie muzycy po prostu skończyli grać "My God".
Na zakończenie poszły dwa wyjątkowo mocne numery w dorobku Jethro Tull.
W pierwszym - rewelacyjnym, ciężkim "Passion Jig" - na scenę wkroczył
wielki... królik. Zaczepiając po kolei grających muzyków, w końcu
dostał od gitarzysty Martina Barre wielkie, pomarańczowe okulary,
założył je i... poszedł sobie. Kawałek zakończył Anderson, podobną jak
wcześniej w "Bouree", szaloną solówką na flecie, z tym razem większą
dawką błazeństw. Jako ostatni zabrzmiał żywiołowy "Locomotive Breath",
w końcówce którego przyszła pora na solo klawiszowca Andrew Giddingsa -
z syntezowanego fortepianu popłynęły dźwięki najpierw Chopina, potem
chyba Gershwina (w każdym razie jazzowe), na koniec dołączyli pozostali
muzycy i tym jazzowym akcentem zespół pożegnał się i zszedł ze sceny.
Były jeszcze bisy - najpierw wiązanka: "Aquadidley" przechodzące we
wspaniały, nieśmiertelny, słynny i wyczekiwany "Aqualung", a na sam koniec
"Living In The Past"... i pożegnaliśmy się na dobre, odbijając posłane
przez Andersona trzy wielki balony.
Koncert był po prostu rewelacyjny. Polecam występy Jethro Tull każdemu,
bez względu na wiek i gusta muzyczne, także tym, którzy pierwszy raz
słyszą tę nazwę. Nie sposób bowiem nie docenić profesjonalizmu i kunsztu
muzyków zespołu, zwłaszcza lidera, zaś sama muzyka, tak wyjątkowa w
brzmieniu, aranżacji i instrumentarium, zachwycić musi każdego. Poza tym
chyba każdy lubi dobrą zabawę, której na pewno nie brak na koncertach
grupy Iana Andersona.
autor: Maciej Mąsiorski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|