zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 24 września 2020

relacja: Camel, Bydgoszcz "Hala Astoria" 13.09.2000

25.10.2000  autor: Turdus Musicus
wystąpili: Camel
miejsce, data: Bydgoszcz, Astoria, 13.09.2000

Trasa promująca album "Rajaz". Skład: Andrew Latimer - vocals, guitars, flute; Colin Bass - vocals, bass, acoustic guitar; Denis Clemant - drums & percussion; Guy Le Blanc - keyboards.

...O 13 września mówiło się w Bydgoszczy od blisko pół roku. Trudno było wytrzymać ten okres, w końcu do oazy nad Brdą zawitać miała karawana Andrew Latimera. Znając trzydziestoletnią bez mała historię grupy Camel oraz ubiegłoroczne wydawnictwo "Rajaz", witałem każdy akcent zainteresowania ich trasą w Polsce z należnym tej okoliczności szacunkiem. Niektórzy uśmiechali się z niedowierzaniem: "Camel w Bydgoszczy?! - To niemożliwe!" Rzeczywiście patrząc na trasę The Rajaz World Tour, obecność w niej naszego miasta wyglądała co najmniej dziwnie. Pochód karawany Latimera rozpoczął się 25 sierpnia występem w Tahoe City w Kaliforni. Później dwa wieczory w San Francisco, koncert w Los Angeles i San Diego. Niemalże bez chwili wytchnienia zespół przenosi się na tydzień na najlepsze sceny Japoni - Osaka, Nagoya i trzy koncerty w Tokio - oto japoński odcinek ich światowego Rajaz Tour. Jeden dzień na skok z Azji do Europy i 11 września Camel dociera do Hamburga, dając jedyny występ na terenie Niemiec. To już bardzo blisko! Stąpanie wielbłąda zdaje się być coraz bardziej wyczuwalne. Wreszcie 13 września Camel pojawia się w Polsce! Bydgoszcz, Ziemia pomorska przywitała grupę kilkugodzinną burzą, wichurą i szczelnie zachmurzonym niebem. Jednakże nie zdołało to ostudzić gorącej atmosfery oczekiwania. To już tylko kilka godzin! Szczęśliwi przedstawiciele braci dziennikarskiej, już od 13:00 czekają w bydgoskim klubie "Kuźnia" na rozpoczęcie konferencji prasowej. Jej szczegóły poznać możecie na innej stronie serwisu.

Zespół pojawia się w komplecie. Trzaskają migawki. Błyskają flesze. W oczach zgromadzonych widać iskierki, niczym u zgłodniałych wilków. Andy Latimer jest wyraźnie rozluźniony, śmieje się i żartuje. Colin Bass trochę zmęczony, wita znajome twarze. Czuje się tutaj jak u siebie, Polska staje się powoli jego drugą ojczyzną. Ileż to już razy gościł na tej ziemi. Tu nagrywał swoją płytę. Tutaj ma grono swoich wiernych fanów i przyjaciół. W Bydgoszczy jest już po raz trzeci. Nie dziwi go pytanie "czy nie czuje się już w części Polakiem?". Najmniej głosu zabierają najmłodsi pasażerowie karawany - Guy LeBlanc oraz Denis Clement. Dla nich ta trasa to pierwsza tak wielka przygoda. Andy wraca w swoich wypowiedziach do czasów młodości, mówi o swojej ulubionej płycie. Nikt jednak nie chce zdradzić repertuaru dzisiejszego koncertu. Czas szybko mijał i kto wie, jak długo trwałoby to spotkanie, gdyby nie pan Andrzej Marzec, który grzecznie je zakończył, dbając o to, by muzycy mieli jeszcze szansę na wypoczynek zanim pojawią się na scenie bydgoskiego klubu "Astoria".

Tłum w okolicach miejsca występu widoczny był już około 16:00. Najbardziej niecierpliwi byli Ci, którzy upolować chcieli miejsca najbliżej sceny. Przed wejściem do hali trwają dyskusje pełne wspomnień występu Camel w "kongresowej" trzy lata temu. W powietrzu roi się od refleksji na temat muzyki kochanego zespołu, w tym najwięcej jest tych, które odnoszą się do promowanego obecnie albumu. Czuć atmosferę święta wśród fanów zespołu Camel z różnych zakątków naszego kraju. Na parkingu klubowym widać samochody z Wielkopolski, wybrzeża. Litery na tablicach rejestracyjnych identyfikują Szczecin, Gdańsk, Leszno, Łódź. Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem. Widać, że na spotkanie z muzyką art-rockowego wielbłąda, przyjechało do Bydgoszczy niemalże pół Polski. Napięcie rośnie. Niektórzy są już w środku, kupują płyty i koszulki. Inni na zewnątrz czekają na zespół. Chcą przypatrzeć się legendzie z bliska. Być o krok od czarodziei. Wreszcie na parking klubu zajeżdża wysoki, kolorowy autobus, z którego po chwili wyłaniają się bohaterowie tego wieczoru. Chwila wzruszenia. Niektórzy dopiero teraz uwierzyli. Wszystko trwa kilkanaście sekund, ale dla niektórych to najdroższe sekundy w ich życiu. A przecież najlepsze miało się dopiero zacząć. Wreszcie można wejść do środka, upolować resztki dogodnych pozycji, przygotować swoją duszę na ucztę. Rampa i sprzęt na scenie przykuwają uwagę. Głowy zaczynają falować w zniecierpliwieniu.

Wreszcie - kilka minut po 19.00 - daje się słyszeć pisk radości i brawa witające karawanę na scenie bydgoskiej Astorii. Oczy zaczynają się szklić, serca podchodzą do gardeł, a uszy rejestrują pierwsze dźwięki otwierające album "Rajaz". Tym razem nie z płyty "Three Wishes", grane przez samego mistrza. Trudno uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, Widownia daje się uwodzić cudownej, muzycznej hipnozie. Andy wysyła w stronę zebranych na sali dźwięki wprost z wnętrza swojej duszy. Zdaje się być zespolonym ze swoim instrumentem, który raz porywa, to znowu płacze. Na twarzach widzów zachwyt miesza się ze skupieniem. Dopiero aplauz wyrywa niektórych z transu. Publiczność jeszcze raz wita grupę Camel, Colin Bass wita widownię w języku polskim. Wymiana uśmiechów. Dłonie wyciągnięte w stronę sceny, z której zaczynają płynąć pierwsze nuty utworu "Echoes". Czary działają z rosnącą siłą. Chciałem notować poszczególne utwory, ale w transie trudno zbierać myśli. Grupa chwyta tę specyficzną więź z widownią. Andy z minuty na minutę utwierdza się w przekonaniu, że gra dla odbiorców doskonale zorientowanych w jego twórczości. Publiczność domaga się, by zespół zagrał najbardziej klasyczne utwory. Jednakże panowie uparcie trzymają się ustalonej wcześniej listy utworów. Seans hipnozy wprowadza zebranych w klimat kompozycji 'Nimrodel" i 'White Rider". Nie wierzę, chciałbym się uszczypnąć, ale dźwięki "Song Within A Song" wprowadzają mnie w kolejny, czarowny sen.

Wydawałoby się, że nie może spotkać nas już nic lepszego. Dwóch gości za mną, zaczyna rozbierać utwory na części. W ruch idą wszelkie porównania. Pada nawet nazwa Dżem, a ja czuję, jak zaciskają się moje pięści. Ktoś w porę usunął "pseudofanów" i bardzo dobrze! Jak w ich obecności rozsmakowywać się w kolejnych daniach?! Okazuje się, że wielbłąd przytargał do Bydgoszczy wiele niespodzianek. Nie wiem, jak dziękować za "Chord Change" czy "Watching The Bobbins", troszkę inny niż na "Harbour Of Tears", ale kocham ten numer! Choćby za "floydowski" wstęp. Szlag by to - udzieliły mi się porównania. A kysz! Zaczynam myśleć o tych, którzy nie uczestniczą w tym wydarzeniu. Nie mogli, bądź zwyczajnie nie chcieli albo po prostu nie wiedzieli o istnieniu tak cudownej muzyki. Na podobnych refleksjach zeszło mi znienacka "The Hour Candle" i nagle światła hali rozjarzyły się pełnym światłem, wyrywając osłupiałych widzów z transu, a Andy Latimer zaprosił wszystkich na dziesięciominutową przerwę.

Szczęśliwcy najbliżej sceny nie mają zamiaru opuścić swoich pozycji. Inni szybko wypełniają przestrzeń holu bydgoskiego klubu. Trwa walka o dostęp do bursztynowego źródła. Powietrze gęstnieje od emocji, pospiesznie wymienianych wrażeń. Twarze promienieją w zadowoleniu, atu przecież jeszcze ciąg dalszy. Tłum powoli zajmuje dogodne pozycje by być gotowym na przyjęcie kolejnej porcji art-rockowej ambrozji.

Ruch na scenie zwiastuje zmiany w charakterze koncertu, gromkie brawa witają z powrotem czwórkę bohaterów wieczoru. Panowie siadają na wysokich, barowych stołkach na skraju sceny. W ich dłoniach tylko akustyczne instrumenty. Zaczyna się druga część bydgoskiego spotkania z karawaną Andy Latimera. Przyjazne uśmiechy świadczą o tym, że muzycy są już na dobre zbratani z publicznością. Halę Astorii wypełniają dźwięki "Refugee", później "Fingertips". Akustyczne wersje tych przebojów witane są z entuzjazmem, choć przecież nie są zaskoczeniem, dla tych, którzy bywali wcześniej na koncertach Colina, który wcześniej już wpadł na ten pomysł. Jednakże stare dobre "Slow Yourself Down" wywołuje wytrzeszcz u większości zgromadzomych. Niesamowite. Mało kto spodziewał się tak starego repertuaru w tak niecodziennej formie. Nawet Piotr Kosiński nie zdołał ukryć zdziwienia na swojej twarzy. Klasyk na dwa pudła, werbel i mały keyboard czaruje z podobną siłą, jak 27 lat temu. Trudno w to uwierzyć, ale miłość do jedynki Camel rozpaliła się na nowo żywym płomieniem. Wzruszenie i uniesienie ponownie rzucają się do gardeł. Widać, że sam Andy zdziwiony jest tym obrotem sprawy. Jak przyznał w czasie konferencji prasowej - na nowo odkrywa możliwości brzmienia gitary akustycznej. Set bez prądu podoba się publiczności zatem w ruch idą kolejne niespodzianki: "Eyes Of Ireland" i "Sending Home The Slates". Przed oczami robi się ponownie zielono od wspomnień albumu "Harbour Of Tears". Okręt z akustyczną orkiestrą zabiera publiczność w czarowną podróż.

Przerwa w rejsie. Ktoś wyciąga z tłumu zemdloną dziewczynę. Służba medyczna sprawnie zajmuje się ofiarą niedoskonałej klimatyzacji, po czym szybko wraca do innych pogrążonych w hipnozie. "Co to za grupa?!" - pyta pani doktor, a towarzyszące jej osoby nie bardzo wiedzą, jak przybliżyć jej twórczość Camel. Mówię do nich "cicho". Trudno jest mi dziwić się, że wśród osób z uwielbieniem na twarzach znalazły się przypadki niewtajemniczone. Muzyki tego rodzaju nie prezentuje się raczej w TV. W eterze jest z tym trochę lepiej, tyle że w tajemniczo późnych porach. I znów powracają smutne refleksje. Chciałoby się dzielić tak piękną muzyką z całym światem. Smutne myśli odpływają wraz ze statkiem z okładki "Harbour Of Tears". Ktoś odpowiedzialny za sterowanie światłem zalał scenę poświatą w tonacjach żółci, brązu i pomarańczy. Dźwięki strun muskanych palcami Andy'ego Latimera powoli układają się w intro utworu "Rajaz". Przez salę przebiega drżąca fala uwielbienia. To przecież wspaniała wizytówka najnowszego albumu. Ciekawe jak Andy zamierza przekazać nam charakter tego utworu przy pomocy akustycznych brzmień. Okazuje się, że mistrz jeszcze raz przekonuje nas o swojej klasie, choć w pewnym momencie zamienia jednak instrumenty i już do końca elektryzuje nasze dusze czarowną gitarową poezją! Obce sobie twarze spoglądają na siebie z uśmiechem. Trudno uwierzyć, że jesteśmy świadkami tego wszystkiego. "Sahara" - Andy zdaje się cierpieć przy swoim instrumencie, każdy jednak wie, że owa mimika stanowi nieodłączny element ekspresji mistrza Andrzeja. Od jesieni ubiegłego roku większość fanów zdążyła się nauczyć na pamięć owej pustynnej baśni, jednakże zespół bez trudu angażuje nasze uczucia rozkładając przed nami skarby art-rockowego sezamu! Dostajemy znacznie więcej, niż się mogliśmy spodziewać. To z pewnością największe wydarzenie rockowe w tym mieście od roku 1966, kiedy to na tej samej scenie wystąpił Jon Lord, wtedy jeszcze w składzie grupy "The Artwoods". Przepraszam, jeśli obraziłem swoją "niepamięcią" tych, którzy krzyknęli by w tym momencie - a Peter Hammilli, a Fish, a John Wetton czy choćby Porcupine Tree? Oczywiście! Biję się w piersi! To chyba wszystko przez magię tego wspaniałego wieczoru. Żal ściska gardło, że nie mamy w Bydgoszczy hali widowiskowej z prawdziwego zdarzenia. Wtedy takich koncertów mogłoby być znacznie więcej! No tak, ale owe refleksje znowu odciągnęły mnie od koncertu, a tutaj kończy się wspaniałe "Mother Road" i Andy wprowadza publiczność w nastrój "Little Rivers and Little Rose" - to niewiarygodne, jak ci nowi, młodzi muzycy są zżyci i elastyczni w repertuarze grupy Camel. Guy LeBlanc co rusz daje nam dowody swojego talentu, sztuki improwizacji, poruszania się pomiędzy muzycznymi żywiołami. Dynamit. Liryka. Cokolwiek przyszło nam usłyszeć w wykonaniu tego gościa, było czego wysłuchać i na co popatrzeć! No - ale w końcu muzyk ten ma na swoim koncie 20 lat art-rockowego doświadczenia. Choć przecież z pozoru na to nie wygląda. Nie od dziś jednak wiadomo, że pozory mają złudną naturę. Gdyby ocenić Denisa Clement można by pomyśleć, że przed chwilą skończył prestiżowy mecz piłki nożnej na którymś z pobliskich podwórek. Jednakże jego wigor oraz intuicja perkusyjna, to zawrót głowy dla początkujących perkusistów oraz zielona zazdrość na twarzach tych, którzy do tej pory myśleli, że radzą sobie z zestawem bębnów, kociołków, talerzy i kto wie, czego jeszcze. Jeśli dodać jeszcze do tego kilkutygodniowy zaledwie staż obydwu muzyków w składzie Camel, to nie będzie żadnego wstydu w tym, jeśli oddamy tym młodym panom głębokie pokłony! Na scenie rozgrywa się właśnie akcja dzieła o tytule "Hopeless Anger". Kolejny test na żywych organizmach. To niemożliwe, że Andy jako czternastolatek, chwycił za gitarę niemalże od niechcenia. Cóż jednak znaczy nosić w sobie pasję, mieć zdolność traktowania instrumentu jak części swojego ciała i to tej części, która pomaga wyrazić siebie, dzielić się skarbami wrażliwej duszy. Nikt nie patrzy na zegarek, choć wiadomo, że grupa gra już dla nas ponad dwie godziny. To kolejna niespodzianka od zespołu, który nie zamierzał dać tak długiego koncertu. Można już w tej chwili zazdrościć tym, którzy spotkają się z grupą Camel w Warszawie, Krakowie i Zabrzu. Po tak doskonałym koncercie nie może być słabszych, a nie przeżyć jeszcze lepszych naprawdę żal! Wirtuozeria przekazu owego akcentu albumu "Dust And Dreams" wywołuje na widowni stan niemalże ekstatyczny. Niech żałują Ci, którzy zrezygnowali z udziału w tej uczcie! Gdyby nawet chcieć im o tym opowiedzieć, to tak do końca naprawdę się nie da! Z drugiej strony - przegapić okazję obcowania z taką legendą - to naprawdę grzech! Nic dziwnego, że obecni w Astorii dają się po raz kolejny tego wieczoru ponieść tej wspaniałej muzyce.

Jakież zdziwienie maluje się na twarzach wszystkich, gdy po ostatnich nutach "Hopeless Anger" zespół żegna się z publicznością i schodzi ze sceny! Nieee, to nie może się tak skończyć! Nikt nie siedzi na swoim miejscu. Wszyscy stojąc nie szczędzili dłoni, by wywołać Camel na scenę! Nikt nie wierzy, że to już koniec koncertu. Nieee. Na zakończenie zagraliby choćby "Gong Goodbyes". Oklaski przybierają na sile. Ich rytm jakby przywołuje Denisa Clement, który zaopatrzony w kamerę wychodzi na scenę, filmując skandującą publiczność. Wymiana gestów. Ktoś krzyczy - "Danny! Zawołaj resztę!" Dennis wie, że inni i tak zaraz się pojawią. To tylko taka gra, Dennis bawi się filmowaniem ze sceny. Chyba nie oczekiwał od polskich fanów dowodów aż takiej sympatii. Owacje przywołują wreszcie resztę zespołu. Są uśmiechnięci, wyraźnie zadowoleni. Wymiana spojrzeń i rozpoczyna się finał. Mało kto oczekiwał w tym momencie usłyszeć dźwięki kompozycji "Lady Fantasy" - "Mirage" albo rockowa fatamorgana! Jak uwierzyć, że spotkało nas takie mnóstwo szczęścia. Wspaniała okazja prezentacji wirtuozerii zespołowej. To chyba nagroda za wspaniałą atmosferę tego wieczoru. Guy LeBlanc troi się za zestawem swoich klawiszy, Cóż za popisy. Wydawałoby się, że w tym momencie Camel zaprasza nas na występ pod hasłem - "a teraz damy Wam dynamit"! Denis porzucił naturę chłopaczka i wcielił się w rolę perkusyjnego herosa! Obaj młodzi panowie przez chwilę zostawiają Colina i Andyego w cieniu. Przez chwilę, w mgnieniu oka wszystko wraca do normy! Spółka Bass/Latimer nie pozostawia na nikim suchej nitki. Za takie coś powinni przyznawać nagrody. Czy można się dziwić, że po 18 minutach z "Lady Fantasy", publiczność ponownie nagrodziła zespół długą owacją na stojąco?! Muzycy kłaniali się długo i nisko, a przecież to my winni byliśmy im pokłon.

Gdy zeszli ze sceny, zabłysły światła, a na estradzie pojawili się technicy. Dopiero teraz dotarło do nas, że bydgoski akcent polskiego odcinka Rajaz World Tour dobiegł końca! W uszach brzmiały jeszcze wspaniałe dźwięki. Niektórzy rzucili się jeszcze do stoiska z płytami i koszulkami. Inni z sercami pełnym wrażeń opuścili halę, przygotowując sobie stanowiska do spotkania z muzykami. Istotnie - po kilkunastu minutach zespół pojawił się przed halą i mimo wciąż kropiącego deszczu, muzycy poświęcili bardzo dużo czasu fanom. Rozmowom, podziękowaniom, fotografiom i autografom nie było końca. Andy, Colin, Guy i Denis nie szczędzili swojego czasu, mimo że z pewnością wszyscy byli srogo zmęczeni. Swoją otwartością przypieczętowali sympatię swoich fanów, którzy zadeklarowali swoją gotowość do kolejnego spotkania z karawaną Andy'ego Latimera! A ta po koncertach w Warszawie, Krakowie i Zabrzu ma w planie jeszcze wystąpić dla fanów we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Belgii, Holandii, Anglii, Szkocji, Irlandii i Grecji. W połowie października Camel zawita na sceny Ameryki Południowej.

W atmosferze wielkiego święta zabrakło okazji, by złożyć wyrazy szacunku i podziękowania panu Andrzejowi Marcowi, którego agencja była głównym motorem występów zespołu Camel na terenie Polski oraz Piotrowi Kosińskiemu z krakowskiego "Rock Serwisu" i Januszowi Korbińskiemu z bydgoskiej "Kuźni"! Obydwu panom zawdzięczamy to, co w dziedzinie muzyki art-rockowej dane jest nam słyszeć i widzieć! W imieniu fanów tego gatunku oraz swoim chciałbym przekazać im serdeczne - DZIĘKUJĘ!

Adam Droździk - Polskie Radio Pomorza i Kujaw.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu

- Camel

Zobacz inne relacje

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy zdarzyło Ci się wyrzucić płyty lub kasety z muzyką?