zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 11 grudnia 2018

relacja: Castle Party 2001, Bolków 27-29.07.2001

4.08.2001  autor: Jos.
wystąpili: Whispers In The Shadow; Drimsztajn; 2Cresky; Athanor; Land Of Charon
miejsce, data: Bolków, MOK, 27.07.2001
wystąpili: Moonlight; Lech Janerka; Illuminate; Batalion D'Amour; Ankh; Jesus Chrysler Suicide; Daimonion; Common Dream
miejsce, data: Bolków, Zamek, 27.07.2001
wystąpili: The Breath Of Life; Artrosis; Fading Colours; Morbus Kitahara; Quidam; Desdemona; Canonis; Siela
miejsce, data: Bolków, Zamek, 28.07.2001
wystąpili: Behemoth; Cemetery Of Scream; Delight; Sacrum; Raincarnation
miejsce, data: Bolków, MOK, 28.07.2001
wystąpili: Attrition; Agressiva 69; LT-NO; The Last Days Of Jesus; Komu Vnyz
miejsce, data: Bolków, Zamek, 29.07.2001
wystąpili: The Legendary Pink Dots; Endraum; 1000000 Bułgarów; Lahka Muza; Nirnaeth; Ukrivolsa
miejsce, data: Bolków, MOK, 29.07.2001

Tegoroczny festiwal Castle Party otworzył polski zespół Common Dream. Zaprezentował się całkiem nieźle ze swoim elektronicznym repertuarem, do którego wszedł również cover The Cure "Bloodflowers". Gdy chłopcy schodzili ze sceny, ja popędziłam szybciutko na ryneczek, gdzie właśnie trwało spotkanie z Moonlight. Wszyscy (tzn. zespół i fani) razem postaliśmy trochę czasu, pozamienialiśmy kilkanaście (lub więcej ;) ) słów, a na koniec pamiątkowe zdjęcie uwieczniło całe to wydarzenie. Z powrotem znalazłam się na zamku, gdy Daimonion grał cover bodajże Fields Of The Nephilim, lecz nie daję głowy. Zdążyłam na kilkanaście ostatnich sekund występu, więc... Po 17 na scenie pokazał się Jesus Chrysler Suicide, którego muzyka z gotykiem ma raczej mało wspólnego (jak zresztą prawie połowy zespołów występujących podczas tych trzech dni w Bolkowie). Tak czy inaczej, panowie nie wywarli na mnie piorunującego wrażenia, tak samo jak o wiele łagodniejszy Ankh, który przełamując barierę grania coverów klasyki muzyki gotyckiej, wykonał "21st Schizoid Man" z repertuaru King Crimson. Właściwie pierwszego dnia czekałam tylko na dwa koncerty: Batalionu d'Amour (który miał wystąpić razem z nowym zespołem Ani Zachar - Dance On Glass - lecz Batalion grał tego dnia sam) i Moonlight. Pierwsza z wymienionych kapel, gdy tylko pojawiła się ze sprzętem przed widownią, zmusiła mnie do podejścia pod same barierki. Ania w ładnej czarnej sukience, w butach na wysokim obcasie, z widoczną ciążą i ciągłym uśmiechem na twarzy promieniała. Powiedziała publiczności, że jeśli urodzi na scenie, dziecko zostanie nazwane Nosferatu. :) Zaczęli od "Białej sukienki". Ania cały czas rewelacyjnie śpiewała, czasami Piotr robił to razem z nią. Było i czadowo ("Love me to death"), i subtelnie (moje ukochane "W połowie drogi Donikąd" czy przepiękny najnowszy cover Depeche'ów "In your room"). Na bis otrzymaliśmy dawkę żywej mocy w postaci "Personal Jesus". Zespół był w doskonałej formie. Szkoda, że na płytach głos Ani nie jest tak dobrze wyeksponowany jak na koncertach. Odkąd zobaczyłam ich po raz pierwszy na żywo, bardzo polubiłam muzykę Batalionu. Tak, na koncertach można się przekonać, że Ania to jedna z najlepszych wokalistek w naszym kraju... Już nie mogę doczekać się nowego krążka (tylko żeby nie był on anglojęzyczny). Po tej uczcie muzycznej udałam się na mała scenę, gdzie właśnie grały 2Cresky. Od pierwszych dźwięków poczułam, że coś zaczyna władać moim ciałem. Zapadałam w trans... Brawo dla zespołu, który bisował dwoma utworami (jeden z nich nosił tytuł "Sex & Religion"). Ich propozycje były może zbyt monotonne, ale jakże ciekawe. Dzika elektronika, gra świateł i wokalista wraz z pozostałymi muzykami zrobili jednak swoje... Gdy powróciłam na scenę główną, właśnie swe dziwne piosenki zaczynał wyśpiewywać Lech Janerka. Artysta jak artysta, profesjonalizm również był obecny, tylko że jednak coś było nie tak. Ten klimat zupełnie nie pasował, piosenki o "kalafiorach" również. Wielu ludzi, w tym również ja, podziela opinię, że Lech pasowałby doskonale na Przystanek Woodstock, ale nie na Castle Party... Lecz zadziwiającym jest fakt, że bisował aż trzy razy wśród równie wielu oklasków i gwizdów, wśród głosu swoich fanów jak i fanów zespołu, który miał się pojawić na scenie dawno temu (tylko, że przez bisy Lecha cały występ opóźnił się)!!! W końcu, gdzieś w okolicach północy Moonlight w całej swej okazałości rozpoczął występ. Zaczęli troszeczkę inaczej niż zwykle, a mianowicie piosenką "Meren Re (Dobranoc)" (jak na początek piosenka-pożegnanie to całkiem dobre rozwiązanie ;) ). To był rewelacyjny występ, który jak zwykle trwał o wiele za krótko (nieco ponad godzinę). Niebo już dawno było usłane gwiazdami... Księżyc wdzięczył się swym blaskiem... Moonlight zaczarował chyba wszystkich obecnych (a na pewno osoby, które znajdowały się dookoła mnie). Moje gardełko ledwo zniosło ten wysiłek. ;) Zespół wybrał to, co najlepsze ze wszystkich swych czterech albumów (plus z koncertowego) i rozpoczął swój "sabat"... Usłyszeliśmy tej nocy jeden premierowy numer, który znajdzie się na najnowszym krążku, tak jak "Jesugej von Baatur" oraz "Meren Re (Rapsod)". Maja nie szczędziła sił podczas "Tabu", "Taniec ze śmiercią", "List z raju", "Hexe", "Nie mogę zmienić nic" i w kilku (a może nawet kilkanaście) innych utworach, w tym w coverze Depeche Mode "Enjoy the silence"...

Drugi dzień rozpoczął się występem litewskiego zespołu Siela. Nawet podobał mi się ten półgodzinny koncert, który zakończony został bisem. Tego dnia właściwie prawie każdy zespół (począwszy od pierwszego) bisował. Jako drudzy pojawili się Rosjanie z dwuosobowego (jeśli mnie wzrok nie myli) Canonis. Desdemona z nowym członkiem zespołu - śpiewającą Agatą - pojawiła się jako trzecia. Wokal przyprawiał mnie o szybsze bicie serca: tak mocny i niesamowicie zmysłowy. ;) Agata, zdawać by się mogło, wzbudziła małą sensację wśród męskiej części widowni... ubrana tylko w skąpe majteczki, koronkową(?) sukienkę, wysokie glany, z rozpuszczonymi czarnymi włosami i doskonale dopasowanym demonicznym makijażem, poruszała się na scenie w swoim prawie ekstatycznym tańcu. Desdemona musi jednak popracować nad swoją muzyką, jeśli nie chce być nadal posądzana o podobieństwo do Artrosis (a to jest bardzo widoczne). Jednak ten występ zmusił mnie do kupna ich kasety... Quidam zagrał następny. Myślałam, przed ich pojawieniem się, że będą kolejna pomyłką na festiwalu, gdyż to zespół zupełnie nie gotycki, choć grający dobrego spokojnego rocka. I najwidoczniej myliłam się. Emila porwała publikę, a moje serce zdobyła całkiem niezłym wykonaniem "No quarter" Led Zeppelin... szkoda tylko, że gitarzysta Quidam nie umie grać tak, jak niezaprzeczalny bóg gitary Jimi Page... Na bis zabrzmiało "Sanktuarium"... Z dużej sceny przeniosłam się na chwilę na małą, gdzie instalował się młodziutki Delight. Występ wzbudził jednak zainteresowanie, gdyż prawie cała sala Domu Kultury była zapełniona. Gdy po dwóch numerach zacięła mi się klisza musiałam wyjść na powietrze... a Delight utwierdził mnie w przekonaniu, że ma jeszcze przed sobą długą drogę, ale również spore możliwości, tylko musi bardziej urozmaicić swój repertuar, który zawęża się do kilku schematów. Po uporaniu się z aparatem, znalazłam się ponownie na zamku, gdzie De Coy już rozpoczęła, jak dla mnie, magiczny występ. Ubrana w kosmiczną białą przezroczystą długą spódnicę, usztywnioną na czymś kształtem przypominającym klosz, czerwone "kabaretki" oraz czerwony aksamity gorset, wyglądała wśród różnokolorowego dymu jak nieziemska postać. Swoimi pełnymi dystansu ruchami sprawiała, że patrząc na nią miało się wrażenie, iż uczestniczymy w czymś zupełnie "boskim", że ona jest aniołem, który na chwilę dotknął skrzydłami ziemi... Ta godzina muzycznego święta kończyła się m.in. polską wersją "Colours". Zanim Artrosis (bez Maćka, którego zastąpił inny długowłosy, przystojny klawiszowiec) wszedł na scenę minęła chwila, która od razu została wszystkim czekającym wynagrodzona. Medeah od razu przechwyciła nas w swoje ręce, zaczynając od "Fetish". Po kilku mocnych utworach stwierdziła, że nie może aż tak bardzo dawać czadu, bo być może wśród widowni są jej uczniowie, więc nie wypada tyle szaleć. Na pytanie czego uczy, odpowiedziała, że biologii... I teraz nad nami unosił się "kryształowy zamek" wraz z "tysiącem złotych róż". Piękny koncert, który udowodnił, że Artrosis to bardzo ważny zespół na polskiej scenie muzyki (mroku). Podczas tego dnia festiwalu poznaliśmy jak smakuje na żywo "Samuel", nigdy wcześniej nie grany na koncertach... Nie obyło się bez bisów: po raz drugi "Fetish" oraz "Na wieki wieków". Ostatni zaplanowany na drugi dzień występ należeć miał do The Breath Of Life. Tak też się stało. Malutka wokalista o subtelnym operowym głosie i z ładną fryzurką :) zaczynała wprowadzać w trans tych, którzy pragnęli tego choć odrobinę. Bardzo dziwna muzyka sprawdziła się tej nocy. Było cudownie.

Trzeci dzień już się rozpoczynał. Wiedziałam, że muszę zobaczyć Legendary Pink Dots. Problem był w tym, że idąc na "Kropki" musiałabym zrezygnować z The Garden Of Delight oraz Das Ich. Powiedziałam sobie "Trudno. Wolę 'Kropki'"... Gdy przyszłam przed 16 na zamek, grało właśnie Komu Vnyz - dziwne połączenie mocnego wokalu, rocka i folku z Ukrainy. Dowiedziałam się wtedy, że jednak "Kropki" zagrają na dużej scenie przed TGOD i Das Ich. :) Problem miałam z głowy. Układało się zupełnie po mojej myśli. Tymczasem na scenie zainstalował się The Last Days Of Jesus, który dał naprawdę dobry koncert. Zanim popędziłam na Nirnaeth, udało mi się załapać na początek występu Lt-No. To było ciekawe doświadczenie. Wokalista śpiewał do mikrofonu przymocowanego do hełmu całkiem nagiego mężczyzny. Ten nagi człowiek wzbudził ogromna sensację wśród widowni, która niedowierzając wstawała i podchodziła bliżej sceny (czyli patent zespołu sprawdził się, bo przecież najważniejsze by zwabić słuchaczy/widzów...). Szczupły wokalista z czarnymi, raczej krótkimi włosami, ubrany w czerwoną marynarkę, krawat, krótkie błyszczące(?) spodenki i rajstopy przypominał połączenie dwóch osób/osobowości: Marilyna Mansona (ta mimika twarzy, ruchy i inne wygibasy + szczypta kontrowersji) oraz Briana Molko (na pewno głos... gdy po raz pierwszy usłyszałam wokal, zastanowiłam się, czy to nie aby Brianek zrobił wszystkim żart... + szczypta kontrowersji, jak u poprzedniego pana). Zespół pokazał swoje eksperymenty w zakresie elektroniki i tyle ich widziałam. Ruszyłam w stronę Domu Kultury, gdzie rozgrzewał się powoli Nirnaeth. Dwóch klawiszowców (Smrtan i Sammach) tworzyło podstawę, która czasami uzupełniana była o gitarę elektryczną. Troszeczkę ambientowo, gotycko, dekadencko. Tak właśnie było, tak. w skrócie wyglądał występ tego polskiego zespołu, który widzowie oglądali na siedząco. Tak czy inaczej, dla mnie ten czas nie był stracony. Nirnaeth bisował niezwykle delikatną wersją "Apart" Cure'ów. Kolejną kapelą występująca na małej scenie była Lahka Muza. Zapalono dwie świece, stojące przy krawędzi sceny. Wokalistka założyła pelerynę i okulary, takie które niegdyś zakładało się na bal maskowy. Rozpoczęły się czary, lecz niestety ja wyszłam w trakcie, aby nie przegapić całego Attrition. Powoli deszczyk dawał się we znaki podczas występu tej brytyjskiej grupy, która zgrabnie łączyła gotyk z elektroniką i czymś na kształt techno. ;) Koncert był udany, ale nad Bolkowem zaczęły zbierać się ciemne chmury, które nie wróżyły spokojnej, ciepłej i suchej nocy. Zaczynało błyskać się. Dowiedzieliśmy się, że reszta koncertów zostaje przeniesiona na małą scenę(!!!) Oj, jak dobrze, że nie wszyscy wpadli na pomysł by tam iść, choć już zaczynało prawdziwe padać. Z trudem dostałam się do Domu Kultury, w którym panował straszliwy zaduch (nie dziwne, przy takiej ilości osób w tak małym pomieszczeniu) i tłok. Jednakże muzyka żyła swoim życiem. Endraum, który teraz rozpoczynał koncert, był chyba bardzo zadowolony, widząc tak wielką widownię. ;) Przez prawie półtorej godziny niecodzienna aura roztaczała się po całej sali. Znów poczułam, że jestem świadkiem czegoś niesamowitego. Tak samo było podczas rewelacyjnego występu Legendary Pink Dots. Psychodelia mieszała się tu z pięknem. Nie wiem czemu, ale momentami wydawało mi się, że jesteśmy w latach 60-tych. :) Podczas koncertu pan, który grał na saksofonie, wskoczył w publiczność i grał na tym szlachetnym instrumencie wśród ludzi, którzy są wrażliwi na muzykę jaką tworzy zespół. To było niepowtarzalne wydarzenie, prawdziwa uczta dla duszy i uszu. Wspomnę również, że po jednym z utworów publiczność, na "prośbę" lidera, zaśpiewała po polsku "Sto lat" panu, który stał za ogromna ilością instrumentów klawiszowych. Nie zapomnę tego koncertu do końca życia, to jest pewne.

Kiedy po kilku bisach "Kropki" zeszły ze sceny, wyszedł jakiś facecik i powiedział, przy wyłączonym chwilowo mikrofonie, coś do siebie, a gdy już mikrofon włączono, krzyknął: "The Garden Of Delight i Das Ich nie zagrają. Zapraszamy za rok". Totalny nietakt, ale cóż poradzić. Tan śmieszny facecik dostał odpowiednią (a może zbyt małą) porcję gwizdów i schował się, a my wszyscy, świadkowie tylu przepięknych chwil, udawaliśmy się do wyjścia. Przyznam się, że nawet ucieszył mnie fakt, że na dziś koniec. LPD zeszli ze sceny około godziny drugiej i pozostawili za sobą tyle cudownych wspomnień, i niesamowite wrażenia, których nie chciałabym tak szybko pozbywać się na rzecz nowych i niepewnych. A deszczyk i burza właśnie skończyły się, unosząc nad Bolkowem orzeźwiające powietrze...

P.S. Gdy wychodziłam z DK po koncercie Legendary Pink Dots, usłyszałam wypowiedź jednego gościa, mówiącego do swojej dziewczyny: "Nic ciekawego nie było na tym festiwalu. No, jedyną wartą uwagi kapelą był Behemoth". Wiadomo, jeśli ktoś przyjeżdża na Castle Party, festiwal z założenia gotycki, w poszukiwaniu blacku i deathu, nie znajdzie dla siebie nic ciekawego. Ale zanim przyjedzie ponownie, niech lepiej postawi przed sobą pytanie, po co jedzie w takie miejsce i na taką imprezę....

Komentarze
Dodaj komentarz »

Zobacz inną relację

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Po ilu pożegnalnych trasach koncertowych uznajesz, że zespół rzetelnie się pożegnał?