zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 9 maja 2026

relacja: Suchy Pion, No Pesos, Wrocław 29.04.2026

9.05.2026  autor: Krasnal Adamu
wystąpili: Suchy Pion; No Pesos
miejsce, data: Wrocław, Alive, 29.04.2026

Zrezygnowałem z wizyty na występie amerykańskiej gwiazdy, bo się zorientowałem, że mocno ograniczyła jazgotanie na gitarze. Równocześnie zbojkotowałem nielubianego organizatora koncertów. Dla odreagowania prawie poszedłem zobaczyć dwie nieznane mi punkowe kapele, ale odpuściłem sobie, bo chłopaki śpiewają najchętniej o genitaliach i wydalaniu, a ochotę miałem na inną jazdę. W końcu na zastępstwo wybrałem Suchy Pion - wrocławski zespół, który widywałem już na żywo i jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. No Pesos, skądkolwiek się wziął, też nie zapowiadał się źle.

Zastanawiałem się, dlaczego zupełnie nie kojarzyłem trzebnickiego zespołu. Ze swojego miasta do klubu ma zaledwie około 25 kilometrów. Tyle samo lat podobno już istnieje - ćwierć wieku. Wytłumaczeniem mojej nieznajomości może być informacja, że No Pesos działa z przerwami, a w dorobku ma chyba tylko jeden album, wydany dawno temu. Tłumów kapela o tak ograniczonej aktywności na koncert w środowy wieczór nie ściągnęła. Gdy otwierała imprezę, na widowni siedziała garstka widzów, którzy do tego do młodych nie należeli - chyba byli to głównie znajomi muzyków. Zespół natomiast nie wyglądał, jakby spodziewał się grania dla pustej sali. O starannym przygotowaniu świadczyły przede wszystkim stroje. Członkowie grupy ubrali się na biało, przy czym koszule mieli chyba nawet jednego kroju i producenta - tylko klawiszowiec swoimi ciuchami trochę od kolegów odstawał. Wśród dodatków do garderoby znalazły się duże ciemne okulary na twarzy wokalisty.

Zespół zaczął mocnym akcentem - set otworzył "Saddam". Nie wywołał on jednak jeszcze takich reakcji jak kolejna pozycja w zestawie. Pierwszym taktom drugiego kawałka towarzyszyły owacje fanów, którzy szybko rozpoznali, że to "Sekretarze". Podczas marszowego utworu, w przerwach od śpiewania wokalista grał na gitarze powietrznej. W trakcie "Prezydenta" część muzyków zaczęła się rozbierać - za gorąco było przede wszystkim frontmanowi i perkusiście. Żeby wykonać początek "Mrówek", lżej już odziany bębniarz wstał. Tymczasem gitarzysta, najmniej ekspresyjny pod względem ruchu i mimiki członek kwintetu, przeciwnie - usiadł. Podczas piątego utworu, dotyczącego przebierańca mającego przynosić dzieciom prezenty, wokalista głaskał się po wypiętym brzuchu. Do tej pory No Pesos pozytywnie mnie zaskakiwał. Czułem się, jakbym oglądał jakąś zapomnianą perełkę, która mogłaby zastępować Kult. W czterech kolejnych kawałkach było już jednak mniej ognia. Na tę wciąż dobrą, ale spokojniejszą część setu, złożyły się "Coroner", "Pająk", dedykowany fankom "Kanapkowy" oraz "Mr. Jekyll, Dr. Hyde". Następnie, jakby w odpowiedzi na życzenie widza, żeby dodali gazu, muzycy wykonali "Radio Star", "Sailor Man" i "Rybny sklep". Po tym, jak wokalista przedstawił wszystkich członków zespołu, usłyszeliśmy ostatni kawałek, o śmierci aktora w teatrze lalek. We wstępie tego mocnego finiszu trwającego trochę ponad godzinę występu frontman całkiem nieźle naśladował krakanie wrony, po czym poruszał złączonymi dłońmi, obrazując odlatującego ptaka.

Jeden z muzyków Suchego Pionu nazwał No Pesos lekarzami - może w nawiązaniu do białych strojów, chociaż wprost odniósł się do tytułowego utworu z albumu "Coroner". Po krótkiej, dowcipnej pochwale poprzedniej kapeli, kwartet bez przerw wykonał kawałki "Cyfrowe ja", "Wiosna", "Tower" i "Operator". Głośniki kipiały punkowo-metalową energią. Dalszej części setu ciężar towarzyszył w mniejszym stopniu, ale przecież charakter występów kapeli nie ogranicza się do niego. Suchy Pion na żywo to trzej wokaliści, czterej muzycy o umiejętnościach frontmanów, ruch i zmiany stanowisk na scenie, dużo pozytywnej atmosfery i dowcipkowanie. Wkrótce po "Pinky Baby" zespół zapowiedział utwór jazzowy - a "Wjechał we mnie czołg" zdecydowanie taki nie jest. To bezkompromisowa jazda naprzód, przy której korzystanie z tytułowego wozu bojowego w "GTA 2" było jeszcze mało hardcore'owe. Nawiązuję tu do postawionego chyba przez basistę pytania, czy widział ktoś kiedyś czołg na ulicy. Zmylających zapowiedzi usłyszeliśmy podczas występu więcej, np. jeden kawałek miał być w stylu country. Określenie jako reggae przypadło utworowi "Chciałbym mieć" ze zwrotką skierowaną do fotografki pod sceną, a dotyczącą jej aparatu, oraz z finiszem, w którym basista wskazywał po kolei widzów i wymieniał ich przedmioty - takie jak telefony komórkowe - w których posiadanie chciałby wejść.

Na set złożyły się jeszcze m.in. "Muazin", zagrany rzekomo na uspokojenie "Brain", "Tak to jest" i "Ala ma". Możliwe, że o jakimś kawałku zespół zapomniał - z rozmów muzyków wynikało, że gubili się w kolejności. Na finisz kwartet wybrał dwa utwory, które nie miały prawa się nie sprawdzić. Wykonując "Fitness", perkusista, gdy tylko mógł, rytmicznie machał jedną ręką nad głową. Pod koniec również jeden z gitarzystów, nie przestając grać, imitował ćwiczenia gimnastyczne, konkretnie chyba na orbitreku. Najważniejsze, że publiczność coraz mocniej dawała się porwać - pod sceną szalały już aż trzy osoby. Jednej z nich basista podczas ostatniego refrenu przekazał mikrofon. Następnie widzom rozdane zostały "recepty" - karteczki z tekstem utworu "Idziemy do lekarza". Dla niezorientowanych: w piosence w kółko powtarzane jest tytułowe zdanie. Kwartet zaprosił do wspólnego wykonania kolegów z widowni. Jeden stanął przy mikrofonie. Drugi przejął instrument od basisty. Grał na nim pod sceną, gdzie na chwilę dołączył do niego jeden z gitarzystów. Basista tymczasem nie tylko sam udzielał się wokalnie, ale też podtykał mikrofon dwóm innym członkom zespołu, w tym perkusiście, którego przez moment wyręczał w uderzaniu w talerze. Przez te kilka minut działo się tyle, że nie wiadomo było, gdzie patrzeć. Tak się skończył 50-minutowy występ - może odrobinę za krótki, pozbawiony ballad, ale naładowany energią, która pozwalała wybaczyć nawet wadliwe nagłośnienie.

Po pierwszym kontakcie z No Pesos na żywo skłonny jestem zespół polecać i sam chętnie bym go jeszcze kiedyś zobaczył, ale równocześnie wątpię, czy długo podtrzymywałby moje zainteresowanie. Solidna rockowa kapela, dobry materiał, sprawni muzycy, fachowe wykonanie - tylko że na występ złożyły się głównie kawałki sprzed około dwudziestu lat. Swoją drogą stylistycznie robiły wrażenie jeszcze trochę starszych. Życzę grupie nowych albumów i udanej promocji koncertami z regularnie odświeżanymi setami - żeby widzowie się nie znudzili. Co do Suchego Pionu, podsumuję krótko: było czadowo.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!