- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
relacja: Przysiady, Grimoire, Suchy Pion, Wrocław 20.06.2026
miejsce, data: Wrocław, Recepcja, 20.06.2026
W ramach tegorocznego, trwającego od piątku do niedzieli "Święta podwórka Ruska 46" wstępnie zamierzałem zobaczyć tylko Suchy Pion, jednak szybko poszerzyłem plan do wszystkich pięciu plenerowych występów drugiego dnia imprezy. Kilka godzin przed startem zaniepokoiły mnie prognozy pogody, według których zabawę mogła zakłócić burza. Ruszyłem na miejsce z nadzieją, że organizatorzy mają plan rezerwowy: w razie konieczności przeniosą koncert z płyty podwórka do któregoś z mieszczących się przy nim klubów.
Dzień muzyczny imprezy rozpoczął elektroniczno-kontrabasowy duet Michał Macewicz i Sound Experience. Według programu nie był to koncert, tylko performance, zatytułowany "Night Music Therapy". Wbrew nazwie, muzyki - improwizacji na instrumencie strunowym do przygotowanych wcześniej podkładów elektronicznych - słuchaliśmy jeszcze przy dziennym świetle. Gdy duet zwijał się z podestu na środku podwórka, konferansjer zapowiedział Ciasnoprzestrzeń, która instalowała się już na scenie w rogu, zadaszonej dwoma namiotami. Występ eksperymentującego tercetu potrwał zaledwie kilka minut. Perkusista nie przerwał gry, gdy tuż za nim, prawie na jego plecy, przewróciły się słupki z oświetleniem. Zaraz potem jednak ulewa zastopowała koncert. Widzowie chronili się przed deszczem, a przez moment też przed gradem, pod daszkami, w tunelu wjazdowym podwórka i w klubach. Woda lała się również na scenę, pomiędzy namiotami, a ekipa techniczna i muzycy ratowali sprzęt, wnosząc go na klatkę schodową obok.
Gdy pogoda się trochę uspokoiła, zaczęły się porządki. Część sprzętu, głównie nagłośnienie, odjechała furgonetką, a część, w pierwszej kolejności bębny, powędrowała do klubokawiarni "Recepcja", gdzie odbywała się niewielka giełda płyt winylowych i kompaktowych oraz kaset magnetofonowych. Na oficjalne ogłoszenie, co dalej z imprezą, trzeba było czekać ponad godzinę od jej nagłego przerwania. Deszcz zanikł całkowicie, zanim wreszcie konferansjer potwierdził, że koncert przenosi się do wnętrza, i przedstawił zaktualizowany harmonogram: Ciasnoprzestrzeń nie wracała do gry, Suchy Pion i Grimoire miały wystąpić zgodnie z planem, a Przysiady, które w momencie tej zapowiedzi powinny były się zbliżać do końca swojego setu, dostały nowe okienko czasowe, po pozostałych zespołach.
Po wykonawcach łączących elementy m.in. jazzu i różnych odmian muzyki elektronicznej, nadeszła pora na bardziej gitarowe brzmienia. Suchy Pion, który według zapowiedzi konferansjera zmienił w związku z deszczem nazwę na Mokry Poziom, nie wystartował o czasie. Dwaj gitarzyści w wakacyjnych koszulach i ubrany na czarno basista czekali na przybycie perkusisty. Muzycy zastanawiali się już nawet na głos, czy by nie zacząć bez kolegi. W efekcie usłyszeliśmy fragment "Tak to jest" z jednym z gitarzystów uderzającym w bębny rękami, potem jeszcze krótszy kawałek "Powiedz jej", a następnie drugie podejście do "Tak to jest", tym razem z dwoma członkami zespołu uprawiającymi beatbox. Niepełne i trochę niepewnie wykonane utwory wypadły niestety bardziej jak falstarty. Co najpierw mogło bawić publiczność, w końcu, wraz z przerwami pomiędzy, zaczęło się dłużyć. Wreszcie perkusista się zjawił i Suchy Pion pokazał, na co go stać.
Wśród pierwszych utworów znalazły się "Tower", "Izolator", chyba najłagodniejsza w secie "Kopia kopii", "Pinky Baby", "Wjechał we mnie czołg" i "Czarna krew". Do wykonania "Muazina", zapowiedzianego jako "arabski metal", śpiewający ten utwór gitarzysta chciał dostać na mikrofon efekt echa, ale akustyk gdzieś przepadł. I tak przez cały występ wokale były za słabo nagłośnione, więc brak tego ozdobnika raczej nie zrobił widzom aż tak dużej różnicy, jak by się mogło wydawać. Na potrzeby "Nieba" doszło do pierwszej roszady instrumentalnej: jeden z gitarzystów przejął sprzęt od basisty, który do rąk wziął mikrofon. Podczas utworu na widownię zespół rozsypał coś, co najpierw wziąłem za ulotki. Okazało się, że każdy papierek to banknot - "sto suchopionów polskich", które "uprawnia do zakupu nieba". Przy okazji zorientowałem się, że Suchy Pion ma taki sam skrót, co Skarb Państwa. Po "Cyfrowych jajach" i "Wiośnie" usłyszeliśmy "Chciałbym mieć". Członkowie grupy wyliczali w nim zauważone u widzów przedmioty, które chcieliby przejąć, ale przez wadliwe nagłośnienie zrozumiałem tylko wzmianki o czapeczkach i okularach. Muzyka wciąż zagłuszała słowa.
Po "Brain" nadszedł czas na szczególnie rozrywkowy finisz. Basista szukał na widowni kogoś, kto mógłby zagrać "Idziemy do lekarza" za niego. Padło na małą dziewczynkę. Pozostałym widzom zespół rozdał karteczki z tekstem utworu. Dodatkowo jeden z mikrofonów przejął konferansjer, który już wcześniej powiedział, że lubi tę piosenkę. Z partiami wokalnymi poradził sobie nie gorzej niż ze swoimi właściwymi obowiązkami. Następną, ostatnią pozycją w secie był "Fitness", pod koniec którego jeden z gitarzystów wszedł bez instrumentu między widzów, żeby rozkręcić młyn. Wcześniej wśród zgromadzonych sporo czasu spędzał - ale grając - basista. Wskutek jednego kontaktu zaliczył nawet upadek na plecy. Gitarzysta, choć celowo się rozpychał, na nogach się utrzymał. Publiczność przyjęła metalowo-punkowy występ bardzo dobrze i domagała się bisu. Ubłagany zespół wykonał krótki kawałek gitarowo-wokalny. Przez nagłośnienie nie rozpoznałem niestety, czy miał on jakieś słowa, czy muzycy przy mikrofonach uprawiali scat. Po zejściu ze sceny zaczepiani przez widzów członkowie kapeli m.in. rozdawali autografy na rękach fanek. Grupy z takim podejściem do odbiorców nie da się nie polubić, najbardziej jednak w tym kontekście spodobała mi się złota myśl wygłoszona przez głównego wokalistę, której dosłownie niestety nie zacytuję, ale sens zapamiętałem: Suchy Pion nie boi się publiczności, nawet gdy jej nie ma.
Giełda płytowa się zwijała, a na scenie instalował się Grimoire, promujący obecnie kilkunastominutowy materiał zatytułowany "The Madman, the Shiver and the Burning Sin". Set rozpoczął utworem "Runaway". Kwartet, w tym gitarzysta i basista bez koszulek oraz wokalista w kamizelce, od strony muzycznej i wizualnej prezentował się tradycyjnie. Doceniam jego oddanie staremu thrash i heavy metalowi, ale szybko uznałem jego występ za najnudniejszy. Faworytem publiczności tego wieczoru też zresztą nie był - tłum wyraźnie się przerzedził. Niektórzy widzowie stawiali sobie krzesełka tam, skąd podczas występu Suchego Pionu organizator je zabierał, żeby zrobić miejsce. Mimo to wśród tych, którzy pozostali blisko sceny, odbiór był niezły i headbangingu nie zabrakło. Dla mnie jednak sytuację wystarczająco poprawił dopiero gość. Zespół zaprosił na scenę wokalistkę Ulę, z którą wykonał dwa covery: "Rooster" Alice in Chains i "My Michelle" Guns N' Roses. Bardzo mi odpowiadało, ile w niej było energii, ile punkowej zadziorności i jak potrafiła się wydrzeć. Tak śpiewała i się ruszała, że wokalista Grimoire przestał się liczyć. Nie wiem, skąd się wzięła, ale chcę ją zobaczyć z pełnym setem. Tymczasem metalowa kapela, już bez dodatkowych członków, zagrała jeszcze "Lovehunt" i zwolniła miejsce ostatniemu zespołowi. Nie omieszkała też zareklamować kolejnej wrocławskiej imprezy ze swoim udziałem - czwartej edycji "Ataku Szczurów".
Z rytmicznych drgań podłogi wywnioskowałem, że piętro niżej ruszyło już afterparty. W koncercie jednak nie przeszkadzało, a Przysiady warto było zobaczyć, zamiast przenosić się na inną salę. Zespół zaczął prostym żartem - a przynajmniej tak myślałem. Basista zapowiedział występ jako "wieczorny trening - będą tylko i wyłącznie przysiady". Nie spodziewałem się, że między utworami rzeczywiście każe widzom wykonywać to ćwiczenie. Kilkanaście osób, które zostało do tej pory pod sceną, chętnie się podporządkowywało. Poza tym jednak muzykę tercetu skojarzyłbym raczej z relaksem, nie z gimnastyką. Gdy słyszę takie chilloutowe fusion, nie myślę o WF-ie. Z wykonawców najbardziej wyróżniał się klawiszowiec, przebierający szybko palcami po swoim instrumencie, korzystający z brzmień elektrycznego pianina i organów, wspomagający się elektroniką, np. tworzonymi na żywo loopami. Perkusista i basista nie służyli mu jednak tylko za tło - pokazali, że ich umiejętności wykraczają znacznie poza zwykłe nadawanie rytmu. Podobnie jak pozostałe zespoły - oczywiście oprócz Ciasnoprzestrzeni - zdolne trio grało przez około 50 minut. Instrumentalna grupa wykorzystała ten czas więcej niż zadowalająco. Przeniesienie na późny wieczór wyszło muzyce Przysiadów na dobre. Za dnia nie zrobiłby się taki klimat.
Suchy Pion i Przysiady jako grupy wykonujące odmienną muzykę trudno jest porównywać, ale oba zespoły umiliły mi wieczór. Cieszę się, że Grimoire nie zagrał jako ostatni. Mimo że gość podciągnął jakość finiszu jego występu, kapela zepsułaby mi końcowe wrażenie z imprezy. Ulewa, chociaż zdezorganizowała koncert, ostatecznie nie wpłynęła na niego zupełnie źle.


