zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 20 października 2017

recenzja: Fanthrash "Duality Of Things"

26.12.2011  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Fanthrash
Tytuł płyty: "Duality Of Things"
Utwory: Intro; Allocation Of The Soul; Aggressor; Forced; Duality Of Things; Under The Open Sky; Trauma Despotic; Green Tatoo; Lizard Skeleton; Toxic Mind; Domino; Rita From The Hills
Wykonawcy: Grzegorz "Greg" Obroślak - gitara; Mariusz "Mary" Ostęp - gitara basowa; Wojciech "Pilate" Piłat - gitara; Radek "Radd" Grygiel - instrumenty perkusyjne; Less - wokal
Rok wydania: 2011
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Nauka życiowa prawi, iż najbardziej nieoczekiwane ciosy spadają na nas znikąd. Nie żeby zespół Fanthrash był "znikąd" lub nie wiadomo kim. Wręcz przeciwnie, z tego, co twierdzi człowiek podrzucający mi ich najnowszą płytę "Duality Of Things", kapela szyje już od 86 roku, jak więc możliwe, że jeszcze o niej nie słyszałem? Pomijając fakt, że grzebię z reguły w kupie wydalonej z mainstreamu wszelakich odcieni i na niczym więcej się zwyczajnie nie znam i znać być może nie chcę, trochę to dziwna sprawa. Mogą rodzić się podejrzenia, że albo ktoś mi tutaj ściemnia, względnie band jest tak kulawy, że nikomu w gazecie nie chciało się o nim napisać. Spytajcie redaktor MM - przecież ona wie wszystko.

Tym razem nic bardziej mylnego. Fanthrash - jak sama nazwa wskazuje - lubują się... no kto zgadnie... of course w thrash metalu. Ale tutaj już uprzedzam, że w tym technicznym, z brutalniejszymi naleciałościami, jak ongiś czynili arcykapłani z Sadus. A żeby choć przywodzić na myśl swoimi pomysłami legendę z Antioch, trzeba dysponować warsztatem technicznym, który wykracza daleko poza tzw. przeciętną. I takowy też muzycy Fanthrash bez dwóch zdań posiadają. Choć ich logo bardziej przypomina Immolation, z którym skojarzeń po tym wierzchnim naskórku chciałem szukać, zapomnijcie w ich wypadku o miażdżeniu tzw. "grzanym", obuchowym brzmieniem. Fanthrash lubują się w żyletkowych cięciach po gołej skórze, zataczających dzięki technicznej, acz zrozumiałej i nieprzesadzonej finezji morderczo fantazyjne, krwawe wzory na percepcji słuchacza.

Już w otwierającym stawkę "Allocation Of The Soul" mocno haratają nie tylko wymienione atrybuty, ale także odwołania do klasycznej szkoły thrashu spod znaku Slayer i patenty solowe, które często wywalał na swoich albumach maestro Schuldiner. Muzycy Fanthrash znajdują więc w tym lekko pojechanym kotle parę sekund na melodyjne przecinki kniei riffów, czyniąc kompozycję atrakcyjniejszą i bardziej strawną. Kolejny "Aggressor" to już metal wyniesiony na jeszcze wyższy etap matematyki, której wykład rozpoczyna wir riffów, przechodzący w zawijki znane z takich płyt, jak "Individual Thought Patterns", a i koneserzy na siłę doszukają się tutaj sekundy wynalazków Atheist w środku. Króluje tu jednak znów mistrzowskie solo. Jeszcze lepiej rzecz ma się z "Forced" - pięciominutową kompozycją, która mimo czasu trwania ilością zmian tematycznych urasta do mian epickiego kawałka, w którym zwalniające piski Machine Head uzupełniają skład precyzyjnego, pełnego wirtuozerii szycia. Mniej więcej tą samą drogą podążają pozostałe numery. Raz zwalniając ("Duality Of Things"), raz stawiając na pozornie spokojniejsze, lecz niepokojące wejścia a'la "Elements Of Anger" Sadusów ("Under The Open Sky"), flynnowe zwolnienia i mielenie stopą wsparte monumentalnymi melodiami ("Trauma Despotic"), digiorgiowe zawodzenie basowe i znów "ateistyczne" korkociągi ("Lizard Skeleton"). Po prostu mistrzostwo świata, którego jednak...

...nie sposób odkryć za pierwszym przesłuchaniem. "Duality Of Things", mimo iż zachowuje złoty środek między odlotem, a radosną czytelnością, początkowo nie wydaje się niczym wyjątkowym. Dopiero po wysłuchaniu materiału w skupieniu można odkryć jego prawdziwie wielki potencjał i wciągającą manierę. Wszystko zgadza się tutaj, jak w szwajcarskim zegarku. Są prujące odbyt riffy, jest wymiatanie basowo - solówkowe, w końcu jest to, co tech - thrash - death kochają najbardziej: wyzierające z każdej nuty wspomnienie nazwisk - Schuldiner - DiGiorgio - Travis, są w końcu kompozycje przez wielkie "M".

Jest jednak też i kilka wad, które mnie osobiście wkurwiają i nie pozwalają odhaczyć materiału jako skończenie pozytywnego. Pierwsza sprawa to czas trwania - mimo rewelacyjnych rozwiązań - 12 strzałów w tym stylu może zniechęcić słuchacza i pozostawić go w przesycie. Takiego "Domino" z nieco sztampowym riffem, który kiedyś milion razy słyszałem u amatorów na składankach "Blood To Come", z którymi w dodatku nigdzie nie zaszli, mogłoby tu nie być. Druga i ostatnia rzecz to pan wokalista, którego twarz wydaje dźwięki w taki sposób (barwa), jak czynili to "drudzy" koncertowi wokaliści takich sław, jak Acid Drinkers i... Matallica. Nigdy nie lubiłem wokalu Litzy czy Newsteda. Darcie japy, mniej warsztatu i emocji czy też zacięcia. Byle podwoić. Aranż też pozostaje za resztą muzyki daleko w tyle. Inną sprawą, niestety, jest także szeroko pojęte "pronunciation". Będąc miłosiernym, przytoczę jako porównanie płytę "Requiem" Hunter. Wiadomo o co chodzi? Moim zdaniem lepiej by to wszystko zabrzmiało po polsku, a jeżeli w ten sposób chciałoby się zaistnieć na zachodzie... cóż chyba nie te czasy i nie te standardy. Ta wpadka kosztuje w tym przypadku aż trzy punkty, bo nie lubię, kiedy ktoś mi wmawia, że 400-konny Ford Mustang rozwija swoją moc z zawieszeniem Ursusa C 330.

Komentarze
Dodaj komentarz »