Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
23% |
| liczba ocen: |
13 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
Nazwa zespołu: Sally
Tytuł płyty: "Sally"
| Utwory: |
Lord Of The Trees; Monolick; Uno; Four Twelve; Rolling Thunder; Monkey Steals The Peach; Kentucky Fried Motherfucker; Sonic Mountain |
Wydawcy: Rise Above Rec. / Metal Mind Productions
Rok wydania: 1999
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6
Zaraz zaraz... Wiecie, coś mi tu nie gra. Powiedzcie mi, ino szczerze:
my za kilka miesięcy będziemy mieli XXI wiek, prawda? Ale jesteście tego
absolutnie pewni? Choroba, tak myślałem... To teraz właściwe pytanie:
kto w tej hipernowoczesnej erze nagrywa muzykę à la Black
Sabbath? Prosta odpowiedź: Sally! Nie wiedzieć czemu, okładka krążka
(przedstawiająca roznegliżowaną panią z dwiema gwiazdkami w miejscach,
w których akurat najmniej chcielibyśmy je widzieć) w połączeniu z lekko
niefrasobilwą nazwą bandu i tytułami niektórych utworów ("Kentucky Fried
Motherfucker" na przykład), kazały mi oczekiwać czegoś w rodzaju mało
apetycznej kapeli, wabiącej się Nashville Pussy. Ale nic to, z lekką
odrazą włożyłem płytkę do odtwarzacza... i zdziwiłem się nieco.
Zaryzykuje swą wiarygodność jako pewnego siebie recenzenta i znów
użyję tego zwrotu: nie wiem dlaczego, ale to mi się autentycznie
podoba! Oryginalności w tym niemal za grosz, ale... w tym właśnie
tkwi oryginalność Sally. Po prostu patenty są na tyle stare i - w tak
czystej, skondensowanej postaci - od dawna nie praktykowane, że mogą
zaintrygować. Duch Sabbs (a najbardziej Geezera Butlera, gdyż pulsujący,
łomoczący bas wysuwa się w Sally na pierwszy plan) trzyma nad amerykańską
kapelą swoje łapska od pierwszego szarpnięcia gitar aż do wybrzmienia
ostatniego dźwięku i ani myśli choć przez chwilę podrapać się w siwiejącą
łepetynę. Brzmienie płyty również robi wrażenie, jakby była nagrana 30 lat
temu i do tego na kiepskim sprzecie. Oczywiście byłbym niesprawiedliwy,
próbując wcisnąć Wam kit, że to Sabbs i nic więcej. Panowie z Sally
pochodzą w końcu zza Wielkiego Bajora, toteż nie mogli nie tchnąć w
swoją muzykę trochę tej "zabajorowości". Płyta żadną miarą nie może
konkurować pod względem klimatu i mroku z klasykami Sabbathów - z tej
prostej przyczyny, iż tych cech po prosu tu nie ma. Pobrzmiewa natomiast
momentami radosne amerykańskie granie (pod tym względem można by pewnie
znaleźć jakieś paralele ze wspomnianą na wstępie ekipą). Tu i ówdzie
chucha na nas także nowoczesność. Tu wokal wydziera się przez megafon,
gdzie indziej spod basowej jazdy nieśmiało wyłażą jakieś elektroniczne
dżingielki... À propos elektroniki: po ośmiu "przepisowych"
numerach następuje pół godziny przedziwnych kosmicznych dźwięków,
nie wiedzieć czemu (o matko! znowu!) potrackowanych aż na 18 części,
raz dłuższych (do 6min 16s), zwykle krótszych (do 36s). Ki diabeł (o
właśnie, ani chybi diabeł!)? - cholera wi...
Polecać, nie polecać? Nie podejmuje się (czym ostatecznie grzebię swą
wiarygodność). Chcecie - posłuchajcie. Ja w każdym razie na Waszym
miejscu bym posłuchał.
autor: Rafał "Negrin" Lisowski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
zespół: Sally
"Sally"
autor: Rafał "Negrin" Lisowski
|
|