- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
recenzja: Ukć "Anomalie - Upadek konającego ćwierćwiecza"
Do pierwszych nagrań sygnowanych nazwą Ukć podchodziłem z zainteresowaniem, ale i sceptycyzmem. Nie byłem przekonany, że znany mi głównie ze współpracy z różnymi blackmetalowymi zespołami Łukasz "Icanraz" Sarnacki jest w stanie samodzielnie stworzyć coś wciągającego. Przed premierą drugiego albumu solowego projektu perkusisty już mu kibicowałem. Przez tytuł "Anomalie - Upadek konającego ćwierćwiecza" zacząłem tylko odczuwać niepewność odnośnie nazwy. Czyżby dziwaczne słowo Ukć było skrótem? Gdy znalazłem informację od samego Icanraza, jakie jest rzeczywiste pochodzenie tego zestawienia trzech liter, niedręczony już pytaniem mogłem się skupić na muzyce.
W książeczce z czarno-białymi zdjęciami, głównie przyrody i mężczyzny w łodzi, znalazły się krótkie fragmenty tekstów - po jednym zdaniu na utwór. Pod dwoma tytułami nie zamieszczono nic. To instrumentalne intra: "Upadek konającego ćwierćwiecza" płynnie przechodzi w "Anomalie", a "Czyściec" - w "Odmęty". Album to więc właściwie tylko sześć kompozycji, trwających razem 36 minut i 36 sekund. Można przynajmniej mieć nadzieję, że tym razem otrzymaliśmy od razu ostateczną formę. Odpowiadałoby mi to bardziej, niż debiut, który dzielę na aż trzy pozycje, jakby kompletny materiał był porcjowany: najpierw wydano minialbum "Przemijanie", następnie złożony w większości z innych utworów długograj "Coming Out", a na koniec wszystkie kawałki z tych dwóch publikacji, tylko w wersjach anglojęzycznych, zebrano na "Coming Out - Love & Hate Diaries". Wolę raz, a dobrze.
Odnośnie gatunku muzycznego, Ukciowi coraz trudniej jest przypiąć łatkę. Wcześniej pasowały do niego określenia post-black, progresywny blackened death i kilka innych, ale w każdym razie metal. Tym razem wyszedł nawet poza te szerokie ramy. Po mrocznym, niepokojącym, podniosłym wstępie, w singlowych "Anomaliach" projekt atakuje jeszcze blackowymi zagrywkami. Po kilku minutach, wciąż w tym samym utworze, przychodzi jednak czas na uspokojenie i projekt nie spieszy się z powrotem do ostrej nawalanki. "Nieobecność", chociaż ma w sobie ciężar i odrobinę wściekłości, jest już bardziej nastrojowa. Kulminacja stopniowego wygaszania ognia następuje w pięknych "Ślepych uszach", w których słuchacz nie znajdzie już nawet śladu metalu. Do ekstremalnych zagrywek Ukć wraca w "Mętnych słońcach", ale pomimo tego uderzenia dominują tu przestrzeń i smutek, a nie agresja. W "Odmętach" Ukć prezentuje trochę inną odmianę metalu, powolniejszą. Gitarowy riff z tego utworu to najbardziej zapadający w pamięć motyw na albumie. Materiał wieńczy ballada "W ciszy", która po trzech minutach nabiera metalowego charakteru. Nie jest więc na "Anomaliach - Upadku konającego ćwierćwiecza" monotonnie, a całość skomponowana została z głową.
Do zalet wcześniejszych nagrań Ukcia należały przejmujące pierwszy plan solówki gitarowe. Trochę szkoda, że na nowym albumie Icanraz z nich zrezygnował. Może zwyciężyło przywiązanie do głównego instrumentu - muzyk bardziej popisuje się grą na perkusji, np. w "Anomaliach", chociaż na niej też nie wykonał żadnej solówki. Tu i ówdzie, głównie w tle, słychać ponadto dodatki w postaci klawiszy, pianina i jakby wiolonczeli. Oczywiście więcej uwagi przyciąga wokal, nad którym Icanraz chyba trochę popracował. Wcześniej jego główne partie często brzmiały jak krzyczane melodeklamacje i - chociaż szybko się do nich przyzwyczaiłem - uważałem je za najsłabszy element nagrań. Nowy materiał pod tym względem budzi we mnie raczej skojarzenia z Frontside. Z drugiej strony jest też na albumie garść zwyczajnie mówionych monologów, w tym dziecięcy w "Anomaliach". Słychać ponadto kilka prostych wokaliz - co znawców dotychczasowych publikacji Ukcia nie powinno dziwić - ale niestety żadna nie dorównuje chwytliwością tym z "Przemijania" i "Głuchych oczu". Część swoich tekstów Icanraz oczywiście nadal ładnie wyśpiewuje. Gdy słucham jego lekko przetworzonych partii w "Ślepych uszach", na myśl przychodzi mi nawet Kombii. Na początku "W ciszy" z kolei - gdy muzyk akurat nie śpiewa, tylko szepcze - zastanawiam się, czy Łukasz Sarnacki chciałby dysponować głosem Michała Żebrowskiego. Skorzystano też ze środków dodatkowych w formie nieco teatralnego krzyku i płaczu oraz śpiewu muezina w finiszach odpowiednio "Ślepych uszu" i "Mętnych słońc". Mieszanka ta należy do zalet materiału, a najlepiej działa w bezpośrednim zestawieniu - połączenia dwóch różnego rodzaju, równocześnie słyszanych wokali dały świetny efekt w depresyjnym refrenie "Odmętów", we "W ciszy" oraz w końcówce "Nieobecności".
Teksty od początku były ważną składową twórczości projektu Ukć. "Ślepe uszy" nawiązują oczywiście do "Głuchych oczu" z poprzedniego albumu, co sugeruje pewną kontynuację obranej wcześniej drogi. Icanraz wyraźnie nadal chce się dzielić swoimi przemyśleniami i uczuciami. Równocześnie jednak w nowszym materiale wyczuwam mniej dosadności i nie mam już tak silnego wrażenia, że muzyk opisuje siebie i swoje otoczenie. W pewnym stopniu przyczyniło się do tego wspomniane włożenie dojrzałych słów w usta dziecka w "Anomaliach", które swoją drogą wypadło trochę sztucznie. Na szczęście teksty nie osiągnęły poziomu z okładki albumu. Drugi człon tytułu wygląda przecież jak esencja napompowanego infantylnością black metalu, w którym każdy wyraz ma brzmieć poważnie i złowieszczo, a po polsku rzuca się to w oczy jeszcze bardziej.
Najgorsze, co znalazłem na drugim długograju Ukcia, to słowa "Upadek konającego ćwierćwiecza" - grafomański potworek rozwijający na siłę coś, co nie powstało jako skrót. Zawartość albumu porównałbym tymczasem raczej do łabędzia albo po prostu stwierdziłbym, że czarno-białe zdjęcie mężczyzny na łodzi dobrze ją reprezentuje. To poruszający, niebanalny materiał, w który warto się wgłębić. Na tle nagrań z okresu "Coming Out" widzę pewien postęp - przede wszystkim trochę lepszy wokal. Warstwa instrumentalna pomimo drobnych zmian, które nie każdemu przypadną do gustu, trzyma poziom. Zdarzają się odejścia od metalu, zabrakło gitarowych solówek, ale to wciąż ciekawy projekt.




