|
|
| relacja: Iron Maiden, Dirty Deeds, Katowice "Spodek" 20.06.2...
|
| wystąpili: |
Iron Maiden; Dirty Deeds
|
miejsce, data: Katowice, Spodek, 20.06.2000
Wreszcie w Polsce, wreszcie z Dickinsonem... Nie trzeba przekonywać, jak
bardzo wyczekiwany był ten koncert, tym bardziej że poprzedni, zagrany
przed dwoma laty z Blaze'em Bayleyem na wokalu, mógł pozostawić pewien
niedosyt. Katowicki "Spodek" miał więc przeżyć ponowną inwazję fanów
metalu, którzy przybieżeli tu obejrzeć i wysłuchać na żywo prawdziwej
legendy swojej ukochanej muzyki.
Licznie przybyłą publiczność miała rozgrzać i przygotować na nadejście
wielkich grupa Dirty Deeds. Zespół zaprezentował dość typową
porcję metalu w stylu, a jakże, "ironowskim". Przyznam szczerze, że w
porównaniu z większością supportów zabrzmieli nawet całkiem ciekawie,
nie aż tak strasznie monotonnie i nużąco, czym zdobyli sobie nawet wśród
publiczności coś w rodzaju sympatii i aprobaty. Głośne i liczne owacje
wieńczące ich utwory oraz stosunkowo późno zaczynające się pojawiać
skandowania: "Iron Maiden!" można uznać za sukces grupy, jako że
nie jest łatwą sztuką nie zostać wygwizdanym, grając przed takiej klasy
zespołem jak Iron Maiden.
Po dość długiej przerwie doczekaliśmy się wejścia Żelaznej
Dziewicy. Panowie musieli oczywiście wejść w nieprzeciętnie efektowny
sposób, myślę, że eksplozja czerwonego ognia była pomysłem na to całkiem
udanym. Zaserwowano nam na dzień dobry "Wicker Man", który musiał
pojawić się tego wieczora jako najbardziej promowany z nowej płyty -
utwór zdecydowanie pasuje jako start, ja jednak troszkę rozczarowałem
się nie usłyszawszy "Aces High"... Repertuar koncertu miał się okazać
całkiem bogaty w nowe numery. Po "Wicker Man" usłyszeliśmy jeszcze "Ghost
Of The Navigator" oraz "Brave New World", po czym przyszedł czas na starszy
"2 Minutes To Midnight" - żelazny punkt każdego koncertu Ironów.
Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć Ironów z trzema gitarzystami. Muszę
przyznać, że scena wydawała mi się trochę zatłoczona... Byłem też
od początku ciekaw, jak panowie wioślarze dogadają się w sprawach
solówek. Jak się okazało, większość wziął na siebie Murray, co mnie
zresztą ucieszyło, gdyż jest z całej trójki niewątpliwie najsprawniejszy
technicznie i najbardziej pomysłowy. Reszta solówek prawie w całości
przypadła Gersowi, natomiast Smith praktycznie wyłącznie skupiał się na
grze rytmicznej. Harris jak zwykle z niezwykłym zapałem podśpiewywał sobie
pod nosem wszystkie dosłownie teksty, Dickinson natomiast hasał żwawo po
całej scenie, niejednokrotnie wspinając się na specjalnie przygotowane
podesty. Co jakiś czas raczył nas również informować o stanie meczu,
który odbywał się równolegle z koncertem - należy pamiętać, że panowie z
Iron Maiden są zagorzałymi fanami piłki nożnej, a w trakcie koncertu ich
ojczysta reprezentacja Anglii grała z Rumunią o wyjście z grupy. Bruce
nie krył swoje dezaprobaty, kiedy wyszedł poinformować nas, że Rumunia
strzeliła drugiego gola i jest remis 2:2.
Jak na Ironów przystało, koncert musiał być przy okazji niezapomnianym
widowiskiem. To chłopakom zdecydowanie wyszło, przygotowanie sceny i
liczne efekty robiły wrażenie potężne, znacznie większe niż dwa lata
temu. Najlepszy punktem koncertu według mnie - zarówno pod względem
muzycznym, jak i widowiskowym - był "Sign Of The Cross"... Podczas
ciężkiego, instrumentalnego początku, będącego niejako preludium do
ostrej, wokalnej części utworu, zza sceny wyjechał w górę uskrzydlony
krzyż z rozciągniętym nań Dickinsonem... Tłum po prostu oszalał. Był
oczywiście i Eddie - najpierw stosunkowo nieduży, może 4-metrowy,
pobłyskujący czerwonawo oczami - przyszedł, aby pobić się z Gersem. W
ostatnim przed bisami utworze "Iron Maiden" natomiast pojawił się potężny
słomiany Eddie w tyle sceny, z którego brzucha najpierw Dickinson
wyciągnął kilka śnieżnobiało odzianych dziewcząt, a który potem cały
spłonął w potężnych (choć nieprawdziwych) płomieniach. Całości widowiska
dopełniły świetnie akcenty w "The Number Of The Beast", pierwszym z bisów,
podkreślane potężnymi wybuchami żywego ognia wzdłuż całej sceny.
Nie wiem jak innych, mnie jednak nieco rozczarował repertuar
koncertu. Dużo nowych numerów - oprócz wymienionych było jeszcze "Dream
Of Mirrors" i "The Mercenary" - taki już zwyczaj panów z Maiden. Nie chcę
narzekać, zabrakło jednak kilku sztandarowych klasyków. Utwory, których
mi brakowało to "Aces High", "Afraid To Shoot Strangers" no i przede
wszystkim "Run To The Hills" - to był przecież zawsze żelazny repertuar
Ironów, tak wiele wnoszący w ich koncerty. Czyżby panowie znudzili się
graniem tych numerów i nie zważając na oczekiwania fanów postanowili
wciskać nam tylko nowy materiał? Oczywiście musiało być i było "Fear Of
The Dark", w którym Dickinson okazał się być niezłym inscenizatorem -
zaczynając śpiewać miał totalnie przerażoną twarz i rozglądał się wokoło z
ujmującym niepokojem. Nie zabrakło również (na szczęście) "Hallowed Be Thy
Name", zagranego jako drugi bis, a także takich utworów jak "The Trooper",
"The Evil That Man Do" i, zagrane jako trzeci bis już na samo zakończenie,
"Sanctuary". Pojawiły się dwa utwory nagrane z Bayleyem - wymieniony już
"Sign Of The Cross" oraz "Clansman". Muszę przyznać, że byłem bardzo
ciekaw, jak zabrzmią w wykonaniu Dickinsona. Jak się okazało, jest on
jednak niesamowitym wokalistą, trudnym do przebicia przez kogokolwiek -
Blayze'owe utwory nabrały dzięki niemu prawdziwej mocy i wyrazu.
Koncert Iron Maiden był na pewno świetny i niezapomniany. Muzykom tej
klasy naprawdę ciężko jest zagrać słaby koncert. Niesamowite widowisko
pozwala wierzyć, że Ironi jednak chcą, aby publiczność czerpała z ich
występów jak najwięcej satysfakcji. Myślę jednak, pomimo jak najlepszych
wrażeń wyniesionych z wtorkowego spotkania z Żelazną Dziewicą, że legendę
ciężkiego metalu stać jednak na troszkę więcej...
autor: Maciej Mąsiorski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|