zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 17 listopada 2019

recenzja: Archive "Controlling Crowds"

20.06.2009  autor: tjarb
okładka płyty
Nazwa zespołu: Archive
Tytuł płyty: "Controlling Crowds"
Utwory: Controlling Crowds; Bullets; Words of Signs; Dangervisit; Quiet Time; Collapse / Collide; Clones; Bastardised Ink; Whore; Kings of Speed; Chaos; Razed To The Ground; Funeral; Killing All Movement; Children They Feed; Day That You Go; Neatly Folded
Wykonawcy: Danny Griffiths; Darius Keller - instrumenty klawiszowe; Pollard Berrier - gitara, instrumenty klawiszowe, wokal; Maria "Q" - wokal; Dave Pen - gitara, instrumenty klawiszowe, wokal; John Rosko - wokal; Smiley - instrumenty perkusyjne; Steve Harris - gitara; Jonathan Noyce - gitara basowa; Pete Barraclough - gitara; Graham Preskett - pianino
Wydawcy: Warner Music Poland
Rok wydania: 2009
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6

Archive to w pewnym sensie takie współczesne Budgie. Bo chyba w żadnym innym kraju ten zespół nie dorobił się takiego statusu, a jego kolejne dokonania nie są przyjmowane tak bezkrytycznie, jak w Polsce. W sumie - niech się chłopaki cieszą. Grają fajnie i niech to robią nawet do końca świata, skoro tylko czerpią z tego satysfakcję. Tym razem jednak, moim zdaniem trochę przesadzili.

Pisząc tę recenzję zastanawiałem się, czy słusznie się czepiam. Przecież kogo nie zapytam, wszyscy moi znajomi zgodnie zachwycają się "Controlling Crowds" i tylko ja marudzę. Fakt, są na tej płycie liczne, dobre fragmenty. Nawet świetne. Ale jeśli udaje mi się jej wysłuchać w całości, to głównie wtedy, gdy myślami powędruję w zupełnie innym kierunku. Bo to, co dla niektórych stanowi zaletę tego albumu - jego spora różnorodność, dla mnie oznacza po prostu, że jest on cholernie nierówny.

Muzycy Archive nagrali płytę, którą śmiało można by określić jako podróż po całym przekroju twórczości grupy. Mamy tu zatem długie, pełne klimatycznych partii instrumentalnych kompozycje, z drugiej strony zaś triphopowe jazdy z rapowanymi wokalami, wszystko to doprawione próbami grania lekkiego i przyjemnego. Miała wyjść z tego smakowita mieszanka, a jak dla mnie wyszedł po prostu miszmasz, raz po raz wytrącający z klimatu, który starają się budować co bardziej udane kompozycje.

Pewnie i miało to w zamyśle muzyków jakiś głębszy sens. Założyli sobie spory koncept tekstowy, który podzielili na trzy części i nagrali łącznie niemal osiemdziesiąt minut muzyki, jeśli liczyć tylko podstawową płytę z normalnej edycji. Niestety jedynie połowa tego materiału jest na tyle dobrej jakości, abym mógł go komukolwiek z czystym sumieniem polecić. Ze względu zaś na mało czytelne teksty, cała historia umyka gdzieś i pozostaje jedynie zmarnowany potencjał, który objawiłby się w pełni, gdyby album był zdecydowanie krótszy.

Part I

Zacznijmy od tego, co na tej płycie warto pochwalić. Daleko szukać nie trzeba - tytułowy kawałek "Controlling Crowds" stanowi znakomite wręcz otwarcie. Floydowskie, atmosferyczne intro, po którym przechodzimy w tętniącą rytmem, mroczną piosenkę z transowymi wokalami Pollarda Berriera. Akustyczne wtręty, jakie pojawiają się po refrenach, dają pyszny kontrast dla następujących po nich mocniejszych partii. Kompozycja ta zdecydowanie należy do najlepszych w całej historii Archive i aż szkoda, że nie dostaliśmy tu na koniec zgrabnego, instrumentalnego show.

Dostajemy za to singlowy "Bullets". To kolejny świetny kawałek, który wraz z teledyskiem znaliśmy już wcześniej. Bardzo podoba mi się to, co dzieje się tu z głosami - hipnotycznymi, powtarzającymi się w kółko niczym wokalna sekcja rytmiczna. Pierwsza połowa piosenki jest wyciszona, jakbyśmy oczekiwali wraz z muzykami na coś, co ewidentnie czai się gdzieś w ciemnościach, bo klimat jest tu wybitnie mroczny. Później aranżacje zostają wzbogacone i przechodzimy do ciekawego finału, po którym jeszcze czeka nas tajemniczy epilog rodem z filmu science-fiction.

"Words of Signs" to typowa dla tej grupy, krótka piosenka, z charakterystycznym śpiewem Dave'a Pena i typowo "archiwalną" melodią. W przeciwieństwie do początku płyty, nie jest to jednak utwór, który wyróżniałby się czymkolwiek na plus. Dla mnie jest w tym miejscu zupełnie niepotrzebny i może fajnie nadawałby się na stronę B singla lub płytę bonusową, ale tutaj jedynie psuje zbudowany wcześniej nastrój. Stanowi zatem siłą rzeczy pierwszy moment, gdy mam ochotę przejść do kolejnej kompozycji.

Zwłaszcza, że jest do czego. Już początek "Dangervisit" jest pyszny - klawisze wprowadzają nas w delikatną, hipnotyczną piosenkę, po której otrzymujemy równie miłą partię instrumentalną z wysokimi wokalizami i wyraźnie zarysowanym rytmem, a dalej wręcz ostrą jazdę bez trzymanki (oczywiście jak na Archive) i ponownie wyciszenie w postaci kolejnej ciekawej melodii, którą chętnie widziałbym jednak jako początek osobnej kompozycji. Tak, jak w przypadku "Controlling Crowds" i "Bullets", główną rolę grają w tym kawałku ciekawe wokale Pollarda Berriera. Stanowią one prawdziwą ozdobę krążka i okrutnie żałuję, że słychać je jedynie w kilku piosenkach.

Inne wokale stanowią zaś jedną z największych wad, jakie ma według mnie ten krążek. Nie wiedzieć czemu i po co, na płycie tej słyszymy znanego z debiutanckiego "Londinium" pseudorapera Johna Rosko, który... No cóż, do Tricky'ego niestety wiele mu brakuje. "Quiet Time" ratują częściowo triphopowe rytmy i fajny, instrumentalny finał, ale nie usprawiedliwiają tego, co napsuł w tym kawałku wokal. W ten oto niefortunny sposób kończymy zatem pierwszą część płyty.

Part II

"Collapse/Collide" to pierwszy utwór, w którym słyszymy kobiecy głos. Choć wspomagana przez Berriera Maria Q nie jest może wspaniałą wokalistką, jej głos idealnie pasuje do tego opartego (poza początkiem) na triphopowym podkładzie kawałka, który bardzo przyjemnie płynie w naszych uszach przez kolejnych dziewięć minut. Jest tu delikatnie i nastrojowo, co stanowi z pewnością miłą odmianę po "Quiet Time".

Uzupełnieniem "Collapse/Collide" jest sympatyczne "Clones". O ile już w poprzednim utworze odeszliśmy nieco od mrocznego grania, tutaj jest wręcz bajkowo. Kompozycja ta zbudowana jest jakby na gruzach "Collapse/Collide" - nowoczesne, triphopowe aranżacje i loopy wzbogacone są miłymi wokalizami. Bardzo podoba mi się też druga, głośniejsza część tej piosenki, z odważniejszym rytmem i ciekawymi efektami.

Tutaj niestety następuje seria utworów, które zdecydowanie burzą to, co grupie udało się wznieść za pomocą kilku naprawdę udanych kompozycji. Pierwszym z nich jest "Bastardised Ink" - kolejna piosenka, w której słyszymy rap. Jej początek (łącznie z melorecytacją) jest nawet fajny i nieźle komponuje się z "Clones", ale to, co dzieje się dalej, to już totalna porażka, w dodatku paskudnie wręcz zaaranżowana. Nasuwa mi się tylko pytanie - jak można było? Bo po co, to chyba sami muzycy nie wiedzą.

O ile początkowo do "Kings of Speed" nie mogłem się przekonać, przyznaję, że chwilami kawałek ten zdradza swoje bardziej urodziwe oblicze, gdyż jego instrumentalna partia to najbardziej rockowy fragment płyty. Pod względem melodii i wokalnie jest tu już jednak słabiej. Kolejnym zapychaczem jest, bazująca na najbardziej popowej melodii, śpiewana przez Marię Q piosenka "Whore". Aż żal, że kojarzący się z wojskowymi śpiewami, nieco patetyczny finał pojawił się właśnie w tak słabym utworze, bo został przez to zupełnie zmarnowany.

Part III

Tutaj kończy się w warstwie tekstowej druga część płyty i następuje jej finał. Delikatny początek "Chaos" zwiastuje powrót do ciekawszego grania. Wita nas ciekawa melodia z delikatną aranżacją i bardzo przyjemnym śpiewem Pollarda Berriera, a dalej jest jeszcze lepiej. Ta piękna, rozmarzona kompozycja z mnóstwem dodatkowych smaczków to zdecydowanie jeden z najmilszych fragmentów tej płyty (jeśli nie całej dyskografii zespołu) i aż szkoda, że nastąpił on dopiero po trzech słabszych piosenkach.

A jeszcze gorzej, że później mamy "Razed To The Ground" - rzecz tak potworną, że radzę po prostu wcisnąć klawisz "next", nawet jeśli ostatnie, instrumentalne półtorej minuty jest trochę ciekawsze. Zamykający album "Funeral" to niestety piosenka mdła i niezbyt ciekawa, za to z sympatycznym finałem. W przeciwieństwie do "Razed To The Ground" nie mamy tu ochoty przeskakiwać dalej i możemy spokojnie poczekać do końca, aby jeszcze raz wysłuchać "Controlling Crowds" i "Bullets". Jednak na mojej idealnej liście kompozycji z tego albumu bym jej nie umieścił.

Po dwóch wspomnianych kawałkach przeskoczyłbym bowiem do "Dangervisit", dalej do "Collapse/Collide" i "Clones", a całość po prostu zamknął utworem "Chaos", który stanowiłby idealny finał albumu. Dałoby nam to 43 minuty naprawdę dobrego grania. Niestety jednak, muzycy postanowili uraczyć nas niemal dwukrotnie dłuższym materiałem i choć wypisane przeze mnie zestawienie dałoby mi podstawy do ocenienia tej płyty wysoko, moja ocena spadła w ten sposób w dół.

Co do aranżacji - warto dodać, że muzycy wspomagani są niekiedy przez orkiestrę i chór. Brakuje tu stanowczo dłuższych partii instrumentalnych, jakie znamy z niektórych kawałków Archive, albo choć jednej, melodyjnej solówki, ale mieszające się elektroniczno - rockowe i triphopowe podkłady stanowią bardzo przyjemne tło dla transowych wokali.

Bonus

W sprzedaży pojawiła się również wersja dwupłytowa albumu "Controlling Crowds". Czy warto wybrać właśnie ją? W mojej opinii tak. Te cztery dodatkowe piosenki chętnie usłyszałbym bowiem na głównym krążku, zamiast niektórych koszmarków, jakie się na nim znalazły, choć wybrane przeze mnie czterdzieści minut stanowiłoby najlepszą całość.

Zaśpiewany przez Dave'a Pena "Killing All Movement" to kawałek, który z nawiązką rekompensuje nam brak porządnego przeboju na głównym krążku. W porównaniu do "Words of Signs", "Kings of Speed" czy zwłaszcza "Whores", to niemal arcydzieło. Mamy tu piękną melodię i klimat, dzięki któremu piosenka ta znakomicie wpasowałaby się między takie kompozycje, jak "Controlling Crowds" czy "Dangervisit", a także duży radiowy potencjał, który może nie sprawi, że usłyszymy ją w RMF lub Zetce, ale z pewnością często będziemy ustawiać ją na naszych własnych playlistach.

"Children They Feed" to dość brudny, mocniejszy utwór, z którym kontrastuje wyjątkowo delikatny "Day That You Go", gdzie poza śpiewem Marii Q słyszymy jedynie bardzo ascetyczne plumkanie gitary i pojedyncze dźwięki klawiszy. "Neatly Folded" to z kolei jakby wypadkowa obu tych piosenek. Nie są one tak dobre, jak "Killing All Movement", ale na tyle miłe, aby warto było ich wysłuchać, z pewnością zaś o niebo lepsze od takich potworków, jak "Razed To The Ground" lub "Bastarised Ink".

Komentarze
Dodaj komentarz »