zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 26 września 2021

recenzja: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"

9.06.2014  autor: Mikele Janicjusz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Black Sabbath
Tytuł płyty: "Live... Gathered In Their Masses"
Utwory: War Pigs; Into The Void; Loner; Snowblind; Black Sabbath; Behind The Wall Of Sleep; N.I.B.; Methademic; Fairies Wear Boots; Symptom Of The Universe; Iron Man; End Of The Beginning; Children Of The Grave; God Is Dead?; Sabbath Bloody Sabbath (intro); Paranoid
Wykonawcy: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - gitara basowa; Tommy Clufetos - instrumenty perkusyjne; Adam Wakeman - gitara, instrumenty klawiszowe
Wydawcy: Vertigo, Universal Music
Premiera: 26.11.2013
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6

Nie ostygły jeszcze emocje po premierze albumu "13" (2013), a okazało się, że będzie okazja przekonać się 11 czerwca 2014 roku, jak Black Sabbath wypadnie na żywo, także z nowym repertuarem. Co ciekawsi i bardziej niecierpliwi mogą podpatrzeć, jak Iommi i spółka zagrali u Kangurów, bo 26 listopada 2013 roku ukazało się DVD zatytułowane "Live... Gathered in Their Masses". W podstawowej wersji dostajemy zapis koncertu w formacie DVD lub Blu-ray, można też nabyć edycję delux box set z bonusową płytą (a na niej - trzy dodatkowe kawałki, wywiad z muzykami i "Showday - behind the scenes") lub zwykłe CD okrojone do dziesięciu kawałków.

Zawsze mi się wydawało, że zespoły z górnej półki nie powinny wydawać gówna. Takie było moje pierwsze odczucie, jeszcze przed obejrzeniem zawartości. Beznadziejne plastikowe pudełko skutecznie wołało w moim kierunku: jestem bootleg, jestem bootleg... Syfna okładka też nie pomagała dokonać zakupu. Zespół ukazany został na scenie w sposób nieciekawy, logo przejęte zostało z krążka "Master Of Reality" (1971) - palantom nawet nie chciało się zmienić koloru liter. Ale żeby nie wyjść na jakiegoś pieprzonego radykała, powiem że nie należę do tych, co oceniają książkę po okładce. Po prostu przyzwyczaiłem się do pewnego standardu i lubię, kiedy płyta jest starannie wydana. No dobra, rozdarłem folię i jest jakaś wkładka. Nawet ładna. 16 stron. Z wyraźnymi zdjęciami muzyków. Chyba z nudów wydawca dwa razy wydrukował listę utworów. Wydawca - to słowo jest tu kluczowe. To wydawca naciskał, by już, natychmiast, teraz, zaraz wydać "Live... Gathered in Their Masses", choć zarejestrowano dopiero czwarty czy piąty występ po przerwie i sami muzycy obawiali się, czy są wystarczająco zgrani. Całe szczęście, że koncert wypadł dobrze, bo jakby tu jeszcze było źle, to... strach pomyśleć, co by było.

Leworęczny gitarzysta Tony Iommi zajmuje miejsce z prawej strony sceny, porusza się powoli, oszczędza się. Wiedząc o tym, że walczy z rakiem, że się nie poddaje, należy mu się ogromne uznanie. Dyndający na piersiach krzyż ma odpędzać złe duchy, ale to już jest dla fanów nieodłączny symbol tego brytyjskiego muzyka i jego grupy. Czasem się uśmiechnie do fanów lub kolegów, ale generalnie jest przesadnie skupiony na swojej grze.

Koncert zarejestrowany został w Melbourne podczas trasy zespołu - złożyły się na niego dwa występy, zagrane odpowiednio 29 kwietnia i 1 maja. Ja zorientowałem się dopiero po pewnym czasie, że to, co widzę na ekranie, nie wydarzyło się podczas jednego show. Na dysku znajduje się interaktywne menu z podłożonymi dźwiękami "Black Sabbath" (dzwony i odgłosy burzy). Do wyboru "Track Listning", "Play Concert" i "Set Up" (a tu możliwości wyboru ścieżek: 2.0 LPCM, 5.1 Dolby Digital lub 5.1 DTS Surround). Po odpaleniu najpierw rzut oka na Melbourne przygotowujące się do przyjęcia Black Sabbath. Fajnie prezentują się łopoczące na wietrze flagi z logo kapeli. Widzimy też muzyków wysiadających z samolotu, jadących do hotelu, ćwiczących na instrumentach, ale najlepszy jest Ozzy zapierdalający na stacjonarnym rowerku. No bo weźmy pod uwagę, że są to ludzie, którzy mogliby już spędzać czas na zasłużonej emeryturce, ale jednak chce się im kontynuować to, co rozpoczęli w 1968 roku, podejmować trudy związane z trasą i występować na żywo. Ujęcia te przeplatają się ze zdjęciami techników przygotowujących scenę. Obowiązkowo są też "kangurzaści" fani.

Show rozpoczyna się od dźwięków syreny alarmowej, a zaraz potem - jak przed 15 laty na "Reunion" (1998) - "War Pig", absolutny klasyk tego zespołu. Kurtyna podnosi się do góry i widzimy czterech panów ubranych jednolicie na czarno - w końcu to nie kolorowy Sabbath, ale czarny jak smoła. DVD zrealizowane jest spokojnie - ujęcia nie są męczące, kamery nie skaczą niepotrzebnie to tu, to tam. Ale też muzyka nie wymaga użycia takich środków rejestracji obrazu, więc uważam, że wszystko jest jak należy. Na scenie dominują kolory niebieski i fioletowy, ale czasem muzyków oświetlają jupitery o świetle zbliżonym do naturalnego i wtedy zespół wypada najkorzystniej. Scena byłaby prosta, wręcz ascetyczna jak na taki zespół, gdyby nie trzy ekrany multimedialne rozstawione na tyłach, na których wyświetlane są albo motywy związane z poszczególnymi kompozycjami (np. płonąca "13"), albo zbliżenia muzyków.

Ozzy jest w dobrej dyspozycji. Zawodzi swoim rozpoznawalnym "sabbatowym" głosem może nie tak zajebiście, jak na "Reunion", ale i tak słucha się go z ogromną przyjemnością. Zdarza mu się poskakać przy mikrofonie, umoczyć łeb w wiadrze z wodą, a w końcówce koncertu bić wielokrotne pokłony przed australijską publicznością. No i te zawołania: "I can't fuckin' hear you! Louder!!!". Żarzą się Ozzy'emu ślipska jakimś piekielnym blaskiem niczym u prawdziwej scenicznej bestii.

Myślę, że warto skupić się głównie na nowym repertuarze, bo stary jest doskonale znany i wykonany w miarę wiernie. Z ostatniego krążka Black Sabbath zaprezentowali "Loner", "Methademic", "End of Begining" oraz "God Is Dead?". Utwory te robią na żywo wielkie wrażenie, choć najmniej może "Methademic". Niemniej zespół brzmi tu jak... klasyczny Black Sabbath, nieco histerycznie i majestatycznie zarazem. Najfajniejszy z nowych kawałków, ale też najlepiej wykonany, jest "End of Begining" - 8 minut zajebiaszczego bujania w starym stylu. Muzycy pozostawili sobie za mało miejsca na improwizacje. Odnosi się wrażenie, że głównym celem było po prostu dokończenie koncertu, a więc fizyczne wytrzymanie na scenie. Dlatego też nie ma tu tego piekielnego ognia, jaki buchał z albumu "Reunion", gdzie zespół brzmiał jak zapracowani kowale w kuźni.

Po lewej stronie od Ozzy'ego trzyma się Geezer Butler - ostatni muzyk z oryginalnego składu. Wygląda chyba najlepiej ze wszystkich - też widać, że to już stateczny pan w starszym wieku, ale trzyma się świetnie. Jego gra na basie wygląda imponująco, bo w rytm szarpania palcami strun wygina się całym ciałem, co pozwala wywnioskować, że obecność na scenie rzeczywiście go kręci. Super są jego wyczyny przed "N.I.B.".

Publiczność zachowuje się raczej niemrawo. Daje się to zauważyć szczególnie na początku "Black Sabbath", bo kiedy tylko puszczone zostają odgłosy burzy i dźwięki kościelnych dzwonów bijących na trwogę, na sali robi się zupełnie cicho. Aż Ozzy wkurza się i pokrzykuje na ludzi, by się trochę ruszyli i cokolwiek odezwali. Ale zamiast powszechnego aplauzu, daje się usłyszeć jedynie pojedyncze gwizdy i oklaski. Jednak czasem trzeba schłodzić stojących w pobliżu sceny wodą z kubła, co Ozzy bierze na siebie. Można zrozumieć, że publika nie reaguje na nowe kawałki tak żywiołowo, jak w przypadku starych hitów (wszelako koncerty odbyły się przed premierą "13"), lecz gdy nawet przy "Iron Man" ludzie stoją w bez ruchu, tylko parę rąk macha w powietrzu, to robi się groteskowo.

W trasę nie pojechał Bill Ward. Oficjalne komunikaty są sprzeczne - z jednej strony podaje się, że powodem było wyruchanie na kasie (Ward), z drugiej - powodem była słaba dyspozycja fizyczna perkusisty (zespół). Tak więc za garami widzimy Tommy'ego Clufetosa - perkusistę zarekomendowanego przez Ozzy'ego, członka jego solowego projektu. I może dobrze się stało, bo Clufetos to zajebisty fachowiec, a świeża krew w zespole czasem się przydaje. Swoje 5 minut brodaty Amerykanin (greckiego pochodzenia?) dostał przed "Iron Man" i jest to pokaz najwyższego kunsztu. Jego solówka jest i szybka, i przebojowa, i urozmaicona różnymi przerywnikami. W ogóle jego gra jest bardzo widowiskowa, bo facet ma manierę uderzania pałkami z wysoka. No i nie siedzi sztywno, jak niektórzy garowi.

"Live... Gathered In Their Masses" ma parę niedostatków. Szkoda, bo mogło wyjść DVD jedyne w swoim rodzaju, tętniące energią, bogate w dodatki, zapadające w pamięć. Zespół pokazał się z dobrej strony, zabrakło tylko szacunku dla fanów ze strony wydawcy, który przedwcześnie skusił się na parę dolców.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
warlord
warlord (wyślij pw), 2017-01-10 14:15:39 | odpowiedz | zgłoś
Niestety koncert jest bardzo słaby... Najmniej przekonywająco wypada Ozzy, który bardzo często (zdecydowanie za często) podczas śpiewu posiłkuje się tekstem wyświetlanym na monitorach ulokowanych na podłodze przed nim. Ja wiem, Ozzy ma luki w pamięci od tony koksu, ale naprawdę podczas montażu można było wyciąć te momenty i zastąpić je np. ujęciami tłumu lub innych muzyków...
Drugi spory minus to Tony...wiadomo, to mistrz riffu, tego nikt nie neguje, ale jeśli chodzi o solówki to naprawdę strasznie przynudza :(
To, że zespół ma jeszcze moc świadczy ostatni kawałek "Paranoid". Nagle wszyscy się budzą z letargu, pojawiają się uśmiechy, Ozzy cieszy japę aż miło, ruch na scenie, niestety to tylko jeden ostatni kawałek...
Nic w sumie dziwnego, że wydawnictwo to ostatnio można kupić w ...Biedronce za 19.99 :/
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
Christophoros
Christophoros (wyślij pw), 2014-06-12 08:39:56 | odpowiedz | zgłoś
No to chyba można powiedzieć, że wczorajszy koncert wypadł zdecydowanie lepiej, niż ten z DVD :) Nie mogli zarejestrować tego w Łodzi? :D Niesamowity występ i świetna lista utworów.
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
cwiartek
cwiartek (wyślij pw), 2014-06-12 15:41:20 | odpowiedz | zgłoś
moim zdaniem różnica wynika trochę z tego, że zupełnie inaczej odbiera się muzykę na żywo niż przed ekranem, nawet na najlepszym sprzęcie. tym bardziej, że na żywo na jakieś drobne fałsze nie zwraca się uwagi, a przy przy odtwarzaniu już bardziej.
ale co ja gadam, koncert był przegegenialny! materiał z nowej płyty zabrzmiał bardzo dobrze.
jedna rzecz mnie zaskoczyła - czy zawsze (przynajmniej na tej trasie) przed Paranoid grali początek Sabbath Bloody Sabbath?
wiedziałem, że od dawna tego nie grali, ale jak usłyszałem ten riff, to przez chwilę wierzyłem, ze zagrają to w całości... niestety szybko zostałem sprowadzony na ziemię, ale przez te 30 sekund nawiedziła mnie niezła euforia, heh. dobre i to.
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
Christophoros
Christophoros (wyślij pw), 2014-06-12 17:31:55 | odpowiedz | zgłoś
Tak, po reaktywacji używają riffu z S,BS chyba przed każdym wykonaniem "Paranoid".
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
binadra
binadra (wyślij pw), 2014-06-12 18:46:16 | odpowiedz | zgłoś
Ja żałuje tego, że nic nie zagrali z SBS i Sabotage. Ale koncert świetny i udało mi się nawet złapać 2 kostki Tony'ego :D
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
Christophoros
Christophoros (wyślij pw), 2014-06-13 10:22:22 | odpowiedz | zgłoś
Ja gdybym miał się koniecznie przyczepić setlisty (a wcale nie chcę), to wymieniłbym "Fairies Wear Boots" na rozbujanego "Lord of This World" :) Zajebiście, że zagrali "Age of Reason", na żywo wychodzi kapitalnie. Ogólnie kawałki z 13 fajnie przeżerają się z klasykami.
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
cwiartek
cwiartek (wyślij pw), 2014-06-13 14:29:20 | odpowiedz | zgłoś
a ja niekoniecznie, dla mnie wróżki z butami były jednym z najlepszych momentów tego koncertu, zaraz obok 'war pigs' i 'black sabbath'.
'age of reason' i reszta numerów z 13 też dała radę.
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
Verghityax (wyślij pw), 2014-06-09 22:22:47 | odpowiedz | zgłoś
mi ten koncert zupełnie nie siadł. bardziej męczył, niż wciągał. a wydanie też skojarzyło mi się z bootlegiem.
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
Christophoros
Christophoros (wyślij pw), 2014-06-10 08:06:19 | odpowiedz | zgłoś
Czyli nie tylko mnie nie do końca przekonało to wydawnictwo :) Z jednej strony fajnie, że ta, było nie było, ważna (bo prawdopodobnie ostatnia) trasa doczekała się udokumentowania - choć chyba nikt nie wątpił, że koncertówka z niej musiała się pojawić - z drugiej jednak strony istotnie zrobiono to nieco za szybko. Przekonamy się jutro, w jakiej formy jest już rozgrzany i dotarty na nowo Sabbath :)
re: Black Sabbath "Live... Gathered In Their Masses"
vonsmroden
vonsmroden (wyślij pw), 2014-06-10 23:19:01 | odpowiedz | zgłoś
Spokojnie, będzie i jeszcze jedna studyjna i koncertówka...