zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 14 listopada 2019

recenzja: Children Of Bodom "Tokio Warhearts"

4.01.2000  autor: Eld
okładka płyty
Nazwa zespołu: Children Of Bodom
Tytuł płyty: "Tokio Warhearts"
Utwory: Intro; Silent Night; Bodom Night; Lake Bodom; Warheart; Bed of Razors; War of Razors; Deadnight Warrior; Hatebreeder; Touch the Angel of Death; Downfall; Towards Dead End
Wydawcy: Nuclear Blast Records, Mystic Production
Rok wydania: 1999
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Nie będę ukrywał, że, moim skromnym zdaniem, Children of Bodom to największa nadzieja metalu. Jest to kapelka, która, jak chyba żadna inna, ma ciekawe pomysły i wyśmienity warsztat muzyczny. I chociaż są młodzi wiekiem, to już nieźle zamieszali na rynku muzycznym dwiema świetnymi płytami "Something Wild" (1998) oraz, wydaną w kwietniu tego roku, "Hatebreeder". Płytki te zapewniły dzieciakom miejsce w elicie metalu, a oni tymczasem postanowili jeszcze bardziej ją ugruntować, nagrywając krążek koncertowy. Jak postanowili, tak uczynili, skutkiem czego mamy "Tokio Warhearts", czyli zapis ich letnich występów w stolicy Japonii.

Intrygująco wygląda już samo opakowanie "Tokio Warhearts". Duże pudło formatu A5 oprócz kompaktu zawiera zdjęcia z pobytu dzieciaków w Kraju Kwitnącej Wiśni. Śmiesznie są fotki Alexiego, rozdającego autografy kolesiom w nieskazitelnych garniutkach ;). To jednak tylko opakowanie. Muzycznie jest równie rewelacyjnie. Prawie 45 minut znakomitej muzy. 9 kawałków z obu płyt Children of Bodom oraz intro i "wojna Laiho vs. Janne". Muszę przyznać, że obie te wstawki są równie dobre, jak klasyczne utwory dzieciaków. Intro to nic innego jak melodia znana wszystkim z... serialu Miami Vice! Przyznam się, że oniemiałem, jak to usłyszałem. Ale po intro następuje już istne tornado w postaci popisów zespołu. Po pierwsze genialne jest już samo brzmienie tej płyty. Słychać dosłownie wszystko! Kiedy pomyślę o koncertach w Polsce, to się w głowie nie mieści, że można tak nagłośnić występ na żywo. Po drugie warsztat Children of Bodom. Wszystkie kawałki zostały odegrane z niesamowitą precyzją. Żadnych, chociażby najmniejszych, wpadek. Jedyną chyba różnicą pomiędzy studyjnymi dzieciakami, a koncertowymi są solówki Alexiego. Na żywca nabierają one jeszcze większej ostrości i jadu. Drugi frontman, czyli Janne, też sobie nie żałuje, ostro katując klawisze. Resztą kapeli również odgrywa wszystko z dokładnością szwajcarskiego zegarka. Cuuudo!!! Miodzio!!! I co tam jeszcze chcecie. Po prostu perfekcja. Po trzecie całkiem nieźle radzi sobie Alexi z liczną (to słychać!) publiką. Podoba mi się zwłaszcza tekst z początku płyty, gdy Alexi wita się z fanami: "Good evening Tokio. We are Children of Bodom. We are come from fucking Finland!" i zaczyna się jazda na maxa.

Szczerze mówiąc nie cierpię koncertówek. Tak się składa, że zawsze wypadają gorzej niż płytki nagrane studyjnie. Jak do tej pory jedynie Hypocrisy "Destroys Wacken" potrafiło mnie wciągnąć i po koncertowych dzieciakach nie spodziewałem się czegoś niesamowitego, a jednak... "Tokio Warhearts" to wspaniała i cudowna płyta!!! Bez wątpienia najlepsza płyta koncertowa, z jaką się zetknąłem. Powinien ją mieć na swojej półce każdy fan dzieciaków i nie tylko. Bo jeżeli lubisz metal, to koło Children of Bodom nie można przejść obojętnie!

Komentarze
Dodaj komentarz »