zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 22 listopada 2019

recenzja: Motorhead "Birthday Party. Live At Hammersmith Odeon, London 1985 (reedycja)"

17.03.2012  autor: Mikele Janicjusz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Motorhead
Tytuł płyty: "Birthday Party. Live At Hammersmith Odeon, London 1985 (reedycja)"
Utwory: Iron Fist; Stay Clean; The Hammer; Metropolis; Mean Machine; On The Road; Killed By Death; Ace Of Spades; Steal Your Face; Nothing Up My Sleeve; We Are The Road Crew; Bite The Bullet; The Chase Is Better Than The Catch; No Class; Overkill; Bomber; Motorhead
Wykonawcy: Ian "Lemmy" Kilmister - wokal, gitara basowa; Michael "Wurzel" Burston - gitara; Phil Campbell - gitara; Pete "Frank" Gill - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: SRP
Rok wydania: 2007
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Jeszcze przed wydaniem regularnego albumu, jakim miał być "Orgasmatron", Motorhead wystąpił 29 czerwca 1985 roku przed blisko 10-tysięczną publicznością w legendarnym klubie "Hammersmith Odeon" przy Queen Caroline Street w Londynie. Okazją ku temu była 10. rocznica powstania zespołu, dobrze się stało, że wydarzenie zostało zarejestrowane na potrzeby VHS. Pierwotnie rzecz ukazała się nakładem Wienerworld i Virgin w 1988 roku pod tytułem "The Birthday Party", dwa lata później koncert wysmażyło kilka wytwórni (m.in. Roadrunner i GWR) w postaci CD i MC, w 2003 po raz pierwszy zapis wideo przeniesiono na format DVD. W mojej kolekcji mam płytę DVD, do której prawa rości sobie zupełnie mi nieznana firma SRP. Ze spraw technicznych: obraz jest w formacie 4:3 w systemie NTSC, a dźwięk niby w Dolby Digital. Podpisów brak. Tytuły kompozycji na obwolucie są czytelne, ponumerowane, z dodanym czasem trwania. "Książeczka" - dwukartkowa wkładka - jest; i tyle w zasadzie można o niej powiedzieć. To wszystko sprawia, że wydawnictwo mocno odbiega od dzisiejszych standardów i gdyby nie to, że jest to materiał sprzed ery cyfryzacji, że ma on wartość historyczną itd., to można by go poddać ostrej krytyce.

DVD jest pomyślane w ten sposób, że po włożeniu krążka do odtwarzacza od razu startuje program główny, tzn. nie ma menu. Znaczy to, że naprawdę nie ma menu, nawet po wciśnięciu odpowiedniego przycisku na pilocie. Czyli... oględnie mówiąc... tandeta, panie. Wita nas więc ryj Warpiga i gromkie "Happy Birthday" odśpiewane przez fanów. A potem początek show w zadymionej jak dziewiętnastowieczna parowozownia hali "Hammersmith Odeon". Z kłębami dymu wzbijającego się aż pod sufit miesza się hałaśliwy "Iron Fist". Na tym wydawnictwie można po raz pierwszy usłyszeć i zobaczyć numery z "No Remorse" i nadchodzącej "Orgasmatron" w wersji live. Set został wykoncypowany tak, by miał iście dramaturgiczny przebieg: zaczyna się konkretnym przyłożeniem (po "Iron Fist" następują "Stay Clean", "The Hammer" i "Metropolis"), potem nowości ("Mean Machine", "On The Road", "Killed By Death"), potem mega hicior "Ace Of Spades", znów świeżynki ("Steal Your Face", "Nothing Up My Sleeve"), a od tego momentu do samego już końca napięcie z każdym numerem wzrasta. W sumie zespół przygotował 17 kawałków, które trwają... 59 minut i 32 sekundy. Krótko. Motorhead zawsze pędzili na złamanie karku, ale tu pobili chyba wszelkie rekordy. Wciąż mnie to zastanawia, czy kapele zawsze grały takie krótkie sety przed 1990 rokiem. Jak się tak zastanowić, to wszystkie te legendarne koncertówki ikon rocka trwają ok. 70 minut. Dziś standardem są co najmniej 100-minutowe występy.

Dodatkową atrakcją tego koncertu był udział gości. Pierwsi wychodzą dopiero przy 11 kawałku. To chyba technicy, którzy w rytm "We Are The Road Crew" tańczą jakiegoś upiornego kankana. Tak, jak na płycie studyjnej "Bite The Bullet" jest połączone z "The Chase Is Better Than The Catch". Na "No Class" Lemmy'ego wspomogła wokalnie Wendy O. Williams, ubrana w niebieskie dżiny i sam tylko stanik (nawiasem mówiąc cyce miała równie imponujące, jak głos). Teraz, po obejrzeniu tego koncertu, wiem już na pewno, że laska walczyła z ADHD. Podczas "Overkill" małe wybuchy na scenie, a potem deszcz iskier. Deszcz? Mało powiedziane, prawdziwa ulewa. Na "Bomber" uruchomiono bombowiec, który zniżył swój lot tuż nad głowy muzyków. Tak, to był naprawdę kawał machiny. Jej obsługą zajmował się Colin Jones. Po tym kawałku drum solo, ale ledwo zauważalne. Na deser Motorhead serwuje "Motorhead", który wykonany został przez niemal wszystkich muzyków, jacy przewinęli się przez zespół w ciągu 10 lat. Jest więc Taylor za garami, które postawiono przed zestawem Gilla, jest Clarke, jest Robertson, jest także Fox, któremu dano gitarę do rąk. Na imprezie zjawił się też Phil Lynott, który w pewnym momencie nie wytrzymał i wskoczył na scenę. A Heinkel He 111 wciąż w akcji. W tym czasie na scenę wjechał imponujący tort, z którego wyskoczyła... Nic już nie mówię.

Od samego początku Motorhead zdaje się być na najwyższych obrotach. Widać na szkiełku autentyczną radość grania, zaangażowanie młodych gitarzystów, dobrą formę wokalną czterdziestolatka, spore umiejętności techniczne Gilla. Gitarzyści nieustannie tasują się na scenie z tymi swoimi fenderami: jak Phil jest po lewej stronie, to Michael po prawej, jak są obaj po jednej stronie, to tylko na chwilę. Są też wypady do krawędzi sceny. Standardowo są jednak przypisani - Phil do lewej części, a Wurzel - do prawej. Mamy również czaderskie pochody Lemmy'ego i Wurzela podczas "Metropolis". Sporadycznie założyciel kapeli coś tam zapowiada, głównie nowe kawałki. Po "Ace Of Spades" technik doniósł piwo tudzież inny napój gaszący pragnienie. Kilmister uniósł plastikowy kubek w geście pozdrowienia, chlusnął połowę zawartości za swój kołnierz, a resztę śwignął w kierunku widowni. Wspominam o tym tylko dlatego, że takie pozornie nieistotne detale często pozwalają przypomnieć koncert. "Tak, to było na tym koncercie rocznicowym z osiemdziesiątego piątego..." - kiedy przyjdzie do dyskusji z kumplem na temat danego DVD.

Lemmy na tę okoliczność ubrał się doprawdy odświętnie: rozpięta do pępka czarna koszula odsłania nagi tors naszego Casanovy, co by po koncercie lepsze branie było; dół koszuli wsadzony w portki opięte pasem z nabojami. Rickenbacker imitujący drewno bukowe przewieszony na szerokim pasie. Basista używał wtedy białych kostek do szarpania strun (widać je przy statywie) - przypominam to, bo obecnie ma na podorędziu kostki fioletowe. Wurzel jest znany z tego, że na każdym koncercie pojawiał się w koszulce z nadrukiem Motorhead; tak ubranego i tym razem go widzimy. Phil w modnym w owych czasach czarnym błyszczącym bezrękawniku. Gill wali po garach, będąc ubranym w szary podkoszulek i same gacie. Za to widzi mi się jego zestawik marki Sonor, z efektownie przyozdobionymi werblem i półkotłami - naciągi mają nadrukowane różne ciekawe symbole, w tym skarykaturowaną gębę Lemmy'ego.

Koncert jest dość surowo zaaranżowany. Za to imponujące wrażenie robią piętrowo rozstawione marshalle wzdłuż całej sceny, sporo też podwieszono świateł na rampie, jest też obowiązkowe logo zespołu wywieszone na tylnej ścianie. (Z dzisiejszego punktu widzenia) zdumiewa totalne niechlujstwo na scenie. Panuje tam taki syf, że nie wiem, jak muzycy to strawili: jakieś rolki papieru, kartki, szmaty, butelki, puszki. Obecnie przed każdym koncertem headlinera sprzątacze zamiatają dechy do ostatniego peta (to pewnie jakaś forma pedantycznej ekologii). Widocznie wówczas odrobina śmieci nikomu nie wadziła.

Reżyserem koncertu był Derek Hanlon. Ekipa pod jego wodzą zrobiła - patrząc z pozycji fana - dobrą robotę. Doliczyłem się czterech kamer i właśnie tylu operatorów wymieniono w napisach końcowych. Kamerzyści w miarę sprawiedliwie rozdzielili czas na ujęcia poszczególnych muzyków, może jedynie perkusista nie był zbytnio rozpieszczany zainteresowaniem. Dużo dobrego można powiedzieć o montażu, szybko reagującym na to, co dzieje się na scenie. Niektóre ujęcia są świetne. Niestety rzadko pokazywani są fani, a to przeważnie ich rozentuzjazmowane mordy podnoszą wartość percepcyjną widowiska. Za to przed "Killed By Death" jest kapitalne ujęcie legendarnej sali z balkonami w tle. Piękny moment, z którego też wynika, że przybył chyba nadkomplet widzów. Obraz jest trochę zamglony, choć nie jestem pewien, czy to tylko za sprawą sztucznej mgły. Chyba jednak wydawca nie przepuścił starych taśm wideo przez proces pełnej digitalizacji obrazu. W sumie ma to nawet swój urok, na szczęście sygnał jest stabilny i nie ma żadnych przebarwień, co było zmorą dawnych nagrań. Podpisy z tytułami poszczególnych songów wzbudzają mieszane uczucia, tzn. ortodoksyjny fan powie: "A na co to gówno. Przecież wiem, co to za numer", ktoś bardziej wyrozumiały stwierdzi: "W sumie napisy niczemu nie przeszkadzają". Ujmuje dobra gra świateł, główny snop światła podąża przeważnie za szefem kapeli.

Warto jeszcze przypomnieć, że Motorhead zadebiutował na scenie 20 lipca 1975 roku (klub "Roundhouse"), a już w październiku grupa rozgrzewała publiczność przed Blue Oyster Cult właśnie w "Hammersmith Odeon".

Komentarze
Dodaj komentarz »
Chłopak pisze poprawnie
Marcin Kutera (wyślij pw), 2012-09-25 13:03:11 | odpowiedz | zgłoś
Każda recenzja danego albumu się liczy! Nie ważne czy to koncert, album EP czy LP starego bądź nowego zespołu.
Ważne by recenzja była napisana merytorycznie bez laictwa, rzeczowo, bardziej obiektywnie niż subiektywnie.
Ten chłopak Mikele akurat pisze recenzje o Motorach bardzo poprawnie, dobrze się to czyta, miejscami trochę subiektywizmu, no ale skoro to fan Motorów ciężko to wyeliminować. W każdym razie takie recenzje też coś wnoszą jeśli pisane są z sensem a jego bynajmniej do takich należą
a kto
boleń (gość, IP: 77.237.16.*), 2012-03-20 13:00:24 | odpowiedz | zgłoś
wam zabronil samemu pisac recenzje mlodych, nieodkrytych kapel? do roboty a nie malkontenctwo; facet chce pisac o motorhead i robi to dobrze wiec po kij te kasliwe uwagi?
re: a kto
wac (gość, IP: 62.21.34.*), 2012-03-20 16:14:09 | odpowiedz | zgłoś
ale ja nie pisałem, że młodzi są świetni a starzy nie więc po co te złośliwe docinki??
Live
Mikele (gość, IP: 81.18.212.*), 2012-03-20 07:55:03 | odpowiedz | zgłoś
To za karę wysyłam do redakcji następną recenzję koncertówki, a wy dwaj się bierzcie za recenzowanie młodych świetnych zespołów. Ja tam zostaję przy starych dziadkach.
recenzje kocertów
saxon01 (gość, IP: 178.43.53.*), 2012-03-18 21:37:44 | odpowiedz | zgłoś
no niema to jak recenzja koncertów gdzie jak wiadomo wszyscy grają najwieksze kawałki i promuja nowe dzieła,to waaarto recenzować,pomijajac recenzje wielu wspaniałych płyt małoznanych zespołów,no ale recenzja koncertu jest tak trudna ze niema czasu na odkrywanie nowych kapel,braawo,dzieki nim odkrywamy nowe wspaniałe zespoły koncertowe....:)))
niedługo
wac (gość, IP: 62.21.34.*), 2012-03-18 12:51:51 | odpowiedz | zgłoś
czas na bootlegi ze Stadionu Xlecia chyba...