zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 17 listopada 2019

recenzja: Pearl Jam "LIVE On Two Legs"

12.02.1999  autor: GSB
okładka płyty
Nazwa zespołu: Pearl Jam
Tytuł płyty: "LIVE On Two Legs"
Utwory: Corduroy; Given to Fly; Hail Hail; Daughter; Elderly Woman Behind a Counter in a Small Town; Untitled; MFC; Go; Red Mosquito; Even Flow; Off He Goes; Nothingman; Do The Evolution; Better Man; Black; Fuckin' Up
Wydawcy: Epic Records, Sony Music
Rok wydania: 1998
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Nie jestem absolutnie wielkim fanem tejże grupy ("zawodowo" słucham Pink Floyd), ale musze powiedzieć, że chlopaki z Pearl Jam bardzo się postarali, by ten album sie podobał. Ja odkryłem tu zupełnie innego, nowego Pearl Jama, który podobał mi się swojego czasu tylko na koncertowych bootlegach. Album został wydany podobnie jak trzy ostatnie ich plyty: (przypomnijmy: "Vitalogy", "No Code", "Yield") w starannie zrobionym kartonowym, lekko matowym opakowaniu. Jakość dźwięku jest wspaniała, a CD dograny do końca (72 min.)

Zaczęli utworem "Corduroy" (w tej chwili moim ulubionym), potem "Given to Fly" z ostatniego albumu "Yield", także świetnie zagranym (niestety z malutkim solem gitarowym po drugiej zwrotce; to chyba najkrótszy kawałek na tej płytce), później "Hail, Hail" i wreszcie "Daughter" z "VS". Następnie akustycznie zagrany "Elderly Woman Behind a Counter In a Small Town" - brzmi prawie jak ten studyjny - jedyna różnica: "cała sala śpiewa (...)". Przez "Untitled" i "MFC" dochodzimy do "Go". Jest to chyba najmocniejszy kawałek na "VS" i właśnie na tej koncertówce. Następne nagranie "Red Mosquito" z "Yield" zupełnie nie pasuje do całego albumu; zabarwiony jakby czymś z country - człowiek czuje się, jak gdyby nie był na koncercie, lecz na teksańskiej pustyni, spokojnie zmierzając do swojej wioski na koniu... Na jego miejsce możnaby wstawić piękny "Who You Are"... Po "Red Mosquito" zaczyna się ta częśc koncertu, którą możnaby słuchać na okrągło. Zacznijmy od ostrego "Even Flow", przez "Off He Goes", do spokojnego "Nothingman". Potem, obdarzony teledyskiem "Do The Evolution" - brzmi sto razy lepiej niż w studiu. Nie ma porównania. No i na koniec trzy najlepsze: absolutnie przewspaniały "Better Man", następnie 7-minutowy "Black" no i czadowy "Fuckin' Up" autorstwa Neila Younga.

Podsumowując: płyta wspaniała, nawet dobrze jej zrobiło to, że nie znajdziemy tu hitów takich jak "Jeremy" czy "Alive", bo zepsułyby cały album. Gorąco polecam.

Komentarze
Dodaj komentarz »