zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 18 listopada 2019

recenzja: Wardruna "Runaljod - Yggdrasil"

7.05.2013  autor: Marcin Dorosz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Wardruna
Tytuł płyty: "Runaljod - Yggdrasil"
Utwory: Rotlaust tre fell; Fehu; NaudiR; EhwaR; AnsuR; IwaR; IngwaR; Gibu; Solringen; Sowelu; Helvegen
Wykonawcy: Einar Kvitrafn Selvik; Lindy-Fay Hella; Gaahl
Wydawcy: Indie Recordings
Rok wydania: 2013
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Kiedy w 2007 roku Maestro (baczność!) Ihsahn (spocznij!) wraz ze swoją małżonką i nieznanym mi bliżej jegomościem o swojsko brzmiącym imieniu Knut wydali na świat debiutancki album Hardingrock, byłem przekonany, że już lepiej nie da się oddać w muzyce norweskiego folkloru. "Grimen" doskonale obrazował tajemniczość, mrok i specyficzną groteskowość północnych krain, a co najważniejsze robił to w sposób diametralnie inny niż masa innych folkowo - metalowych kapel, które po trzech - czterech taktach wywoływały u mnie dotąd odruch, który dopuszczam u siebie tylko w przypadku nadmiernego spożycia napojów zbożowo - chmielowych.

Tak czy inaczej, kiedy dwa lata później miałem okazję odwiedzić słynne na cały świat muzeum drakkarów w Oslo, z odtwarzacza sączyły mi się do uszu właśnie dźwięki "Grimen", łagodząc tym samym ból krwawiących od klęczenia przed Absolutem kolan. Wtedy sądziłem, że już lepiej być nie może.

Jakże się myliłem.

Tuż po powrocie z kraju Wikingów w łapy wpadł mi bowiem debiutancki album Wardruny. Mroczny, do bólu pierwotny, prawdziwy, szczery, "korzenny", rytualny i Odyn wie, jaki jeszcze. Byłem kupiony już po pierwszym odsłuchu.

Na najnowsze dzieło Norwegów czekałem zatem z wypiekami na twarzy i z toporem przywiązanym u pasa, na wypadek gdyby listonosz przyniósł uszkodzoną paczkę. I choć polowanie na limitowaną edycję albumu trochę trwało, a jego cena przewyższyła, jak zakładam, roczny kwaterunek w izbie wąsatej wikińskiej baby, było warto.

Magia.

To słowo towarzyszy mi za każdym razem, gdy zagłębiam się w zawartość "Yggdrasil". Nie ma tu zbędnych dźwięków czy wymuszonych zabiegów stylistycznych, które miałyby na celu porwać ewentualną publiczność do wieśniackiej polki czy przytupywania rodem z kowbojskich saloonów. Nie ma też zwyczajnych instrumentów, których można by się spodziewać po muzyce z tego typu "przesłaniem". Nie ma silenia się, nie ma sztuczności, nie ma tego wszystkiego, co może odpychać na sam dźwięk terminu "folk-metal". Bo metalu też tu nie ma, a przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jest za to coś więcej.

Magia.

Jest przekonanie, że obcujemy z czymś niezwykłym. Utwory zdają się żyć, oddychać tym, o czym traktują. Mamy tu zatem naturę - potężną, nieokiełznaną, dziką i tajemniczą, oddaną tak wyraziście i namacalnie, że łatwo wyobrazić sobie gonitwę po gęstych północnych puszczach czy przytłaczającą potęgę nordyckich szczytów. Nie bez przyczyny zresztą Kvitrafn i spółka po raz kolejny wykorzystali do tworzenia muzyki własnej produkcji instrumenty z naturalnych materiałów - drewna, zwierzęcych skór, kości. Co więcej, spora część "Yggdrasil" została zarejestrowana w prawdziwym "terenie", a nie w martwym studio. I uwierzcie - słychać tę szczerość. Obok przyrody stoi również człowiek, walczący z żywiołami i próbujący je poskromić i zrozumieć. Pojawiają się zatem runy, pradawne wierzenia, bogowie, rytuały i wspomniana już magia.

Magia.

Rytualna atmosfera, panująca na albumie, to coś nie do opisania. Rzadko zdarza się, żeby płyta wprowadzała w swego rodzaju trans i w takim stopniu przenosiła słuchacza w rejony, o których opowiada. Na godzinę można zapomnieć, że leży się na tapczanie w małym pokoju z odrapaną ścianą i zalanym przez pijanego sąsiada sufitem. To 60 minut spędzonych przed płonącym wysoko ogniskiem, z niedźwiedzią skórą na ramionach i z kośćmi przodków rozsypanymi wokół. To czas na obrzędowe tańce, na rozmowę z wilkami, obserwację gwiazd i nieba rozświetlonego tajemniczą zorzą. To brodzenie po kolana w śniegu, wdychanie lodowatego północnego powietrza i walka o przetrwanie w głuszy.

Magia.

Jeśli zatem fascynują Was północne krainy, sięgajcie po ten album bez chwili wahania. Szybko dojdziecie do wniosku, że autentyczność i pierwotność dźwięków zawartych na "Yggdrasil" to dokładnie to, czego potrzebujecie, żeby w pełni docenić piękno i tajemniczość Skandynawii. A mistycyzmu i mroku tutaj nie brakuje - śmiem twierdzić, że druga propozycja Wardruny zżera pod tym względem na śniadanie 90% blackmetalowców ganiających z antenami zbiorczymi po lasach, jeśli wiecie, co mam na myśli. Poddajcie się zatem muzyce zawartej na tej płycie i do zobaczenia gdzieś na Północy. Ja już w garażu składam drakkara z Ikei.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Wardruna "Runaljod - Yggdrasil"
WardrunaFan (gość, IP: 88.156.43.*), 2014-05-04 14:46:52 | odpowiedz | zgłoś
Folk w najlepszej postaci. Aż mnie serce boli jak słucham naszego folku. Bogowie w swych zamysłach są nieprzewidywalni.
re: Wardruna "Runaljod - Yggdrasil"
binadra
binadra (wyślij pw), 2014-05-04 19:06:41 | odpowiedz | zgłoś
Dobrze, że w ogóle folku nie słucham. Nie mam kolejnego powodu żeby ponarzekać na polską scenę muzyczną hehe.
re: Wardruna "Runaljod - Yggdrasil"
Colocothra
Colocothra (wyślij pw), 2013-11-17 02:31:00 | odpowiedz | zgłoś
odpadam przy dźwiękach IngwaR ...rytualny folk(lor) w iście smolisto-tanecznej biesiadzie
re: Wardruna "Runaljod - Yggdrasil"
thrhxgtfhx (gość, IP: 178.36.234.*), 2013-05-13 17:49:15 | odpowiedz | zgłoś
Jak na razie płyta roku.
re: Wardruna "Runaljod - Yggdrasil"
DOD (gość, IP: 83.238.212.*), 2013-05-08 08:53:54 | odpowiedz | zgłoś
Płyta genialna. Inna niż pierwszy album. Po pierwszym odsłuchaniu byłem zdziwiony, bo spodziewałem się czegoś ala kontynuacja 1 albumu, a tu szok. Płyta wciąga coraz bardziej. Moje dzieciaki kiwają się do tych dźwięków jak zaczarowane :) Słucha się tego rewelacyjnie zarówno na pełnej mocy jak i wieczorem po cichu. Magia
re: Wardruna "Runaljod - Yggdrasil"
an_o
an_o (wyślij pw), 2013-05-07 21:40:27 | odpowiedz | zgłoś
... i choćby autor użył słowa "Magia" jeszcze dwadzieścia razy, i tak nie wystarczyłoby, żeby opisać ten album. Magia do nieskończoności. Płyta jeszcze bardziej niesamowita i porywająca niż debiut, o ile to w ogóle możliwe.