zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 7 kwietnia 2026

recenzja: Robert Plant "Shaken 'n' Stirred"

7.04.2026  autor: Krasnal Adamu
okładka płyty
Nazwa zespołu: Robert Plant
Tytuł płyty: "Shaken 'n' Stirred"
Utwory: Hip to Hoo; Kallalou Kallalou; Too Loud; Trouble Your Money; Pink and Black; Little by Little; Doo Doo a Do Do; Easily Lead; Sixes and Sevens
Wykonawcy: Robert Plant - wokal; Robbie Blunt - gitara, syntezator gitarowy; Paul Martinez - gitara basowa, gitara; Jezz Woodroffe - instrumenty klawiszowe; Ritchie Hayward - instrumenty perkusyjne; Toni Halliday - chóry
Wydawcy: Es Paranza
Premiera: 1985
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Z każdym mijającym rokiem można się było poważniej zastanawiać, jak daleko niedawny wokalista Led Zeppelin chce odejść od hard rocka. Już na swoim drugim albumie solowym Robert Plant sięgnął po pop, a następnie, z grającym covery projektem The Honeydrippers, udał się w rejony rhythm and bluesa sprzed około trzech dekad. Czego należało się spodziewać po kolejnej pozycji w jego dyskografii, o tytule nawiązującym do koktajli i kolorowej okładce kojarzącej się z wakacjami na piaszczystej plaży nad falującym błękitnym morzem? Interpretacja ilustracji jest subiektywna, ale obawy - zasadne.

Jeśli już się czepiać oprawy graficznej, to jedyny prawdziwy problem widzę w innym jej elemencie. Czcionka na "Shaken 'n' Stirred", chociaż zbliżona do tej z dwóch poprzednich albumów wokalisty, jest mniej czytelna - rozszyfrowanie części napisów wymagało ode mnie wysiłku. Tym razem żadne litery nie ułożyły się w imię i nazwisko Phila Collinsa, który bębnił na "Pictures at Eleven" i "The Principle of Moments". Odnoszący już sukcesy solowe członek Genesis i tak jednak nie należał w ekipie Roberta Planta do grona autorów, więc jego nieobecność nie powinna mieć odczuwalnego wpływu na kompozycje. Z Ritchiem Haywardem sytuacja od początku wyglądała inaczej. Wokalista Robert Plant, gitarzysta Robbie Blunt, klawiszowiec Jezz Woodroffe i basista Paul Martinez stanowili już zgrany zespół i wszyscy wnosili do materiału wkład autorski. Nowy perkusista dołączył do nich i jako wykonawca, i jako współkompozytor. Że oprócz Roberta Planta liczą się też jego koledzy, sugeruje zamieszczenie w albumie zdjęć wszystkich członków kwintetu. Nawet więcej zresztą, bo i dodatkowa wokalistka Toni Halliday się na fotografię załapała.

Początek "Hip to Hoo", pierwszego utworu z albumu, przypomina twórczość King Crimson z lat 80. Szybko robi się jednak pogodniej i bardziej popowo. W nagraniu pojawiają się dwa elementy charakterystyczne dla "Shaken 'n' Stirred". Jeden to żeńskie chórki, obecne w czterech z dziewięciu utworów. Trzeba przyznać, że partie lidera formacji i młodszej od niego o kilkanaście lat Toni Halliday dobrze się uzupełniają i ze sobą współgrają. Drugi, główny, to syntezatory. Tak dużo ich jeszcze u Roberta Planta nie było. Przepadły za to niemal całkowicie solówki gitarowe. Wyraźnie komuś nie pasowały do koncepcji. Pojawiają się na albumie zagrywki gitarowe tak krótkie lub schowane w tle, że nie mam pewności, czy można je uznać za solówki. W nielicznych przypadkach, gdy wątpliwości się pozbywam, jest to sygnał, że utwór zaraz się skończy wyciszeniem. Nie oznacza to, że gitary na "Shaken 'n' Stirred" zostały wyrugowane pod każdym względem i nie pojawiają się na pierwszym planie. Muzyka grupy Roberta Planta to wciąż zespołowa robota. Każdy członek kapeli jest tu podobnie ważny. Instrumentaliści zdają się co chwilę zaznaczać swoją obecność i robić miejsce kolegom. Również wokalista nie przestał dobrze śpiewać i nie zrezygnował z bluesowych ciągot. Z harmonijki ustnej jednak w żadnym nagraniu nie skorzystał.

Jeśli ktoś syntezatorów nie lubi i woli brzmienie typowo rockowych składów, do słuchania z całego 42-minutowego albumu zostaje mu tylko "Trouble Your Money". Z dwóch nowofalowych ballad na "Shaken 'n' Stirred" za lepszą uważam jednak "Sixes and Sevens". Wokal w finiszu końcowego kawałka zdaje się zaznaczać punkt wyjścia do koncertowych improwizacji. Na przeciwnym biegunie znajduje się "Too Loud". Utwór, m.in. przez stosunkowo mało melodyjne zagrywki i zapętlone postękiwanie, zalatuje hip-hopem. Miłośników hard rocka odrzuci. Słuchaczom, którym daleko do ortodoksji, może się spodobać. Muzyka na "Shaken 'n' Stirred" - jakiej by nie mieć opinii o synthpopie - jest bowiem żywa, pełna uczucia luzu, czasami prawie porywająca do tańca. Piosenki są w większości lekkie i niepoważne. Jeśli nawet jakiś fragment zabrzmi agresywniej, szybko jest to łagodzone. Szczególnie wyróżnia się "Little by Little" - kawałek nie z tych radosnych, ale przebojowy, z chwytliwymi motywami. Z weselszych najlepiej wypada rozbujany "Kallalou Kallalou". Klimatem to on najbardziej pasuje mi do okładki. Skojarzyć mógłbym z nią też niektóre zagrywki z albumu przypominające mi temat przewodni z serialu "Policjanci z Miami". Z innej beczki, parę motywów ma posmak nieco orientalny, co u Roberta Planta nie jest niczym nowym. Uwagę zwraca jeszcze riff "Doo Doo a Do Do" z podciąganiem struny gitary basowej. Szkoda, że wrażenie psuje popowy refren. Czego jednak oczekiwać od piosenki o tańcu?

Na "Shaken 'n' Stirred" Robert Plant skupił się na nowej fali z domieszką synthpopu. Część fanów Brytyjczyka album może zrazić stylistyką i powierzchowną błahością, jest to jednak dobry materiał, z udanymi motywami, nieco zaskakujący młodzieńczą energią. Zespół nie unikał przebojowości, ale też z nią nie przesadził. Robert Plant jest tu w formie i jako wokalista, i jako muzyk firmujący swoim nazwiskiem pracę grupową. Wchodzi na nowy teren, ale robi to jak kobieta z utworu "Easily Lead": "so professional!".

Komentarze
Dodaj komentarz »