zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 20 stycznia 2019

relacja: Castle Party, Bolków 30-31.07.1999

27.08.1999  autor: Skrzat "Werewolf" Skrzaciasty
wystąpili: Closterkeller; Artrosis; 1984; Endraum; Aion; Batalion D'Amour; Tower; God's Own Medicine; Devian
miejsce, data: Bolków, 30.07.1999
wystąpili: Clan Of Xymox; Moonlight; Fading Colours; Agressiva 69; XIII Stoleti; God's Bow; Sepulcrum Mentis; TRH; Jude
miejsce, data: Bolków, 31.07.1999

VI Międzynarodowy Festiwal Castle Party '99 30-31.07.99 Zamek w Bolkowie

Postanowiłem na świeżo skrobnąć Wam parę zdań o tej wspaniałej imprezie. Pociągi nie dojeżdżają do samego Bolkowa, więc trzeba się ratować PKSem (z Wrocławia najtaniej przez Świebodzice) lub własnymi nogami (bo np. z Marciszowa do Bolkowa jest 10 km). Około 10 minut drogi od zamku, w którym odbywają się koncerty, jest przyzwoite pole namiotowe z basenem (5 zł od osoby, 3,5 zł od namiotu). Znaliśmy (my czyli część ekipy leszczyńskiej - pozostali, czyli chłopacy ze zdecydowanie najciekawszej leszczyńskiej formacji metalowej Nihilum, dotarli dopiero na drugi dzień) godzinę odjazdu tylko jednego autobusu ze Świebodzic do Bolkowa, więc na zamek dotarliśmy dopiero około 17:00, lecz niestety po to, by dowiedzieć się, że zabrakło biletów wstępu :( Całe centrum miasta było dosłownie oblężone przez młodzież w czerni, nierzadko w dość wymyślnych kostiumach. Wśród czarnych koszulek królowały te z Lacrimosą, Artrosis, Cradle of Filth i Satyriconem, a odkąd spostrzegłem na jednej z nich napis "Good guys wear BLACK", naprawdę przez długi czas czułem się nieswojo w moich mocno wytartych dżinsach i adidasach.

Po rozbiciu namiotu wróciliśmy na zamek no i na szczęście bilety były znowu w sprzedaży (karnet na dwa dni kosztował 50 zl). Mój karnet miał numer 1718, drugiego dnia na Castle Party obecnych było już grubo ponad trzy tysiące ludzi.

Na scenie zainstalował się właśnie Batalion d'Amour (nie napiszę o występach poprzednich kapel, bo według obecnych na nich kumpli nie są warte wspomnienia). Kapela, z wokalistką Ania Zachar i świetnie śpiewającym basistą naprawdę zrobiła na mnie miłe wrażenie. No i te wyśmienite solówki Roberta Koluda, iście progresywne :) Sympatycznie w ich wykonaniu wypadły covery "Personal Jesus" Depeche Mode oraz "Temple Of Love" Sisters of Mercy.

W przerwie udaliśmy się za drugą bramę zamku, gdzie przy starych płytach nagrobkowych znajdowało się stoisko Morbid Noizz. Była wyprzedaż, można było trafić na kasety za 5 zł, a nawet płyty kompaktowe w tej samej cenie. Ceny "zwykłych" płyt były raczej przyjazne (np. nowe edycje płyt Closterkellera za 35,-), ale np. płyty XIII.Stolet w cenie 53 zł odstraszały (w czeskich supermarketach są znacznie tańsze, a w Polsce ich dystrybucją zajmuje się Pepik - polecam!).

Jako następny wystąpił zespół 1984. To, co mnie z początku trochę odrzuciło, czyli brudne brzmienie gitar i iście punkowy śpiew wokalisty, jednak w połączeniu ze świetnymi tekstami bardzo szybko sprawiło, że zostałem oczarowany tą muzą. I już po zakończeniu festiwalu muszę przyznać, że ich występ, choć dość krótki (na bis zagrali ponownie utwór "Plastikowy świat"), należał do najlepszych punktów Castle Party.

Nadszedł czas na Artrosis. Dali świetny, czadowny koncert, ściągnęli mnóstwo ludzi pod scenę. Zresztą mają wokalistkę, na którą naprawdę trudno nie zwrócić uwagi :) Ba, cała kapela wyglądała bardzo interesująco.

Ale tego wieczoru dla wielu, także dla mnie, najważniejszy był występ Closterkellera. Anja pośrodku sceny, spokojna i dość statyczna, niebo pełne gwiazd, tuż nad sceną księżyc... Przez pierwsze pięć czy sześć utworów stałem jak oczarowany, później czar prysł - było trochę kłopotów z nagłośnieniem, gościnnie śpiewająca w chórkach Ania Zachar była słabo słyszalna, do tego dołączyły się poważne problemy z uruchomieniem klawisza Anji (zapowiedziała, że zabije człowieka, który jej to sprzedał - biedny Dziubiński ;)

Niestety utwory z "Graphite" musiały się obyć bez niego, ale nie straciły zbyt wiele. Przepięknie wypadł mój ukochany "Czas komety", wykonany jak na płycie tylko z towarzyszeniem gitary. Podczas niego nad wieżą zamku można było zaobserwować najprawdziwszą spadającą gwiazdę!

Zespół wykonał też małą niespodziankę przygotowaną specjalnie na Przystanek Woodstock - "Zegarmistrza Świata", która jednak w porównaniu z oryginałem nie zachwycała.

Anja niestety po raz kolejny potwierdziła, że płyta "Graphite" zamyka rozdział pt. "Closterkeller", oraz że ona osobiście uważa tę płytę za wspaniałe ukoronowanie całej twórczości zespołu. Cóż, trudno się z nią nie zgodzić, pozostaje tylko wybrać się do Żar na prawdopodobnie ostatni (?) koncert w historii Closterkellera. Anja przekazała nam też swój artystyczny testament - prośbę o to, żeby nie dopuścić do podziałów na naszej scenie gotyckiej, np. "na tych, którzy lubią Artrosis i tych, którzy wolą Closterkellera, bo tępiony przez media rock gotycki zawiera przecież to co w muzyce najpiękniejsze".

Pierwszy dzień Castle Party zakończył się o drugiej nad ranem.

Na drugi dzień wspaniale przygrzewające słoneczko wypędziło nas z namiotu juz po ósmej, po porannej toalecie udaliśmy się na pobieżne zwiedzanie miasta. Zaplanowaliśmy też szczegóły powrotu do Leszna, o czym później. Błąkając się po okolicach zamku trafiliśmy na leśną polanę, przy której znajdowało się dzikie pole namiotowe. Uraczyliśmy się świetnie słyszalną tam próbą zespołu Moonlight (podobała mi się zdecydowanie bardziej niż sam koncert!).

Później wybraliśmy się na zamek, żeby na własne oczy zobaczyć formację Jude. Kolesie zafascynowani nacjonalizmem grają dość brutalną, a jednocześnie wyjątkowo prostą muzykę (rytmy wybijane przez "perkusistę" na dwóch beczkach po oleju silnikowym wręcz odstraszały swoją prymitywnością), z wyrzygiwanymi tekstami, których na szczęście nie rozumiałem. Występ dość szybko się skończył, przerwany incydentem, którego szczegóły tu przemilczę.

Jako następny wystąpił zespół T.R.H., z nowym wokalistą, momentami zdradzający zafascynowanie ostatnimi poczynaniami Tiamatu (oraz Paradise Lost, jak twierdzili ci, którzy słyszeli "Host"). Według mnie wypadli dość dobrze i ciekawie. Pewnie już wkrótce zainteresuję się ich twórczością, podobnie jak twórczością niemieckiego Sepulcrum Mentis, który wystąpił tuż po nich. Z daleka zwracał na siebie uwagę ich wokalista. Miał bezprzewodowy mikrofon, więc mógł sobie poszaleć na scenie :) Wyjątkowo agresywny osobnik, słyszałem że przed południem atakował przechodniów karabinkiem na wodę! ;) A muzyka? Sepulcrum Mentis kojarzyli mi się trochę z Sisters of Mercy, grali dość energicznie i choć słońce prażyło, wytworzył się świetny nastrój! Żywe skrzypce zrobiły swoje :)

Następna godna zainteresowania kapela to God's Bow - dwóch klawiszowców i dziewczyna ze wspaniałym głosem. Choć kapela grała naprawdę ciekawie, wnet udałem się za drugą bramę by troszkę odpocząć - koncerty miały przecież trwać jeszcze 7 godzin (w rzeczywistości trwały niemal 9).

Wróciłem dopiero, gdy instalował się czeski zespół XIII.Stoleti. Nie ukrywam, że właśnie na ich występ nastawiłem się najbardziej. Początkowo planowałem nawet przyjechać do Bolkowa tylko po to, żeby ich usłyszeć na żywo, ale na szczęście się opamiętałem :) Niemniej jednak dla wielu obecnych na zamku koncert XIII.Stoleti był prawdziwym świętem, przede wszystkim dlatego, że był to ich pierwszy występ w naszym kraju! Byli nawet tacy, którzy twierdzili, że dla tego koncertu "warto było przeczekać te wszystkie kiepskie kapele"! ;) Zespół instalował się dość długo, perkusista w koszulce "Dracula" po prawej, przed nim ustawił się basista w cylindrze, całkiem z przodu klawisz Stepana, po lewej urocza organistka, a pośrodku, przed półtorametrową figurą egipskiego boga zmarłych Anubisa, niemłody już Petr Stepan w kapeluszu. Właściwie poznałem go tylko po wilkołaku wytatuowanym na ramieniu, z początku myślałem że to drugi gitarzysta (a przydałby się, bo w wielu utworach brakowało mi "dołu"!). Wyglądał na trochę zdenerwowanego, wyraźnie przeszkadzało mu głośne skandowanie podekscytowanej publiki, które skwitował krótkim "Pssst!". Wreszcie ruszyli. Pierwszy utwór, pewnie kultowy wśród znających starsze płyty zespołu ("Amulet" i "Gotika"), typowy dla XIII.Stoleti, zagrali bardzo energicznie. Publika od razu zrozumiała, o co chodzi :) Stepan krótko przedstawił kapelę i zapowiedział utwór "Vampires" z ich ostatniej "deski" - "Ztraceni v Karpatech". Ależ to zabrzmiało! Co prawda z początku troszkę brakowało mi tej drugiej gitary, ale obłąkany śpiew Stepana i dobra praca klawiszy zrobiły swoje. Bardzo podobały mi się solówki gitarowe Stepana, dość konkretne i bez zbędnego efekciarstwa. Jako trzeci "na tapetę" poszedł kolejny typowo koncertowy starszy utwór (chyba o tytule "Amulet"), przyjęty przez publikę równie dobrze jak dwa poprzednie. Właściwie po takim składzie kapeli nie spodziewałem się cudów, troszkę jednak zacząłem tęsknić za tymi nostalgiczno-wampirycznymi utworami jak "Upir s houslemi" czy "Vitr z Karpat". Ale nawet na myśl mi nie przyszło, że XIII.Stoleti może mnie właśnie w tej chwili uraczyć taką perełką jak ... "Elizabeth"! Odkąd w audycji Tomasza Beksińskiego usłyszałem ten utwór, długo nie mogłem się od niego opędzić i przez dłuuuugi czas, jakiegokolwiek instrumentu się nie tknąłem, zawsze spod palców wychodził mi TEN riff. Teraz, na dziedzińcu średniowiecznego zamczyska, przy zachodzącym słońcu, miałem okazję wysłuchać "Elizabeth" na żywo. Monumentalne dźwięki organów rozpoczęły ten najpiękniejszy chyba utwór w dorobku XIII.Stoleti, a kiedy Stepan zaczął śpiewać "Jako cerna orchidej vzdy k ranu uvadas ...", nie mogłem powstrzymać łez. Zacząłem więc (co rzadko mi się zdarza) śpiewać, a podczas refrenu już setki gardeł ryczały "Elizabeth, tva krvava cesta Bohu hrichem se zda". Nawet mój kumpel death-metalowiec, który uważa, że występ XIII.Stoleti był najlepszym punktem tegorocznego Castle Party, dał się ponieść emocjom. Utwór wybrzmiał do końca, rozgrzana publika nagrodziła zespół burzą oklasków, a niektórzy żądni czadu zaczęli skandować: "Tor-que-ma-do!". Petr Stepan nie dał jednak za wygraną i zapewne zgodnie z bogatym "rozkładem jazdy" przymocowanym do statywu zafundował nam widowiskowe wykonanie "Bela Lugosi is dead" z repertuaru Bauhausu. Otóż organistka zaczęła wydobywać z klawiszy dźwięki wywołujące dreszcze, a Stepan pojawił się na scenie w czerwonej pelerynie i na powitanie delikatnie wykazał wampirze zamiary wobec pełnej wdzięku organistki, po czym zajął się śpiewem. O ile dobrze pamiętam, właśnie wtedy na scenę wtargnęła Ania Zachar z Batalion d'Amour i zrobiła zespołowi kilka fotek! :) Jako następny został odegrany "Nosferatu is dead" z kultowej, trzeciej płyty zespołu z Maxem Schreckiem na okładce. Oczywiście pod sceną nie obyło się bez pogo. Utwór skończył się, tym samym minęło przepisowe 40 minut grania, Stepan pożegnał wszystkich ("Hrala pro vas skupina Trinacte Stoleti, po vazmu Trzynasty Wiek") i zespół zniknął ze sceny. Przy mikrofonie pojawił się pechowiec, któremu tego wieczoru przypadła niewdzięczna rola konferansjera, i powiadomił nas, że grupa XIII.Stoleti już się na scenie NIE pojawi, ale zostawiła nam wiadomość: "Nosferatu is dead". Odpowiedzią publiki była solidna porcja gwizdów (gwizdali nawet ci, co nie potrafili ;) oraz skandowanie "Trzinacte - Trzinacte" (lewa strona dziedzińca) i "Stoleti - Stoleti" (to krzyczała prawa strona). Oprócz tych okrzyków słychać też było modne ostatnio "Zo-stań z nami! Zo-stań z nami!" :) Kapela w końcu zjawiła się na scenie, Stepan zakrzyknął "Candyman! Candyman??? Candy-maaaaan!" i momentalnie ten krótki acz treściwy utworek przyczynił się do znacznego ruchu pod sceną. Po nim kapela jak gdyby nigdy nic zeszła ze sceny, ale publiczność nadal czuła się niezaspokojona. W sytuacji, gdy niektóre mniej znane kapele grały ponad godzinę, było to w pełni uzasadnione. Nie było rady i trzeba było znowu przywołać XIII.Stoleti na scenę. Czesi odwdzięczyli się nam najpiękniej jak tylko mogli, grając wydłużoną wersję "Elizabeth". I znowu było wspólne śpiewanie, znowu nawzruszałem się co niemiara :') Petr Stepan, wyraźnie zadowolony, mocno się rozkręcił przy graniu solówki i parę razy musiał dawać znak reszcie kapeli, żeby jeszcze nie kończyli. No ale dobra solówka szybko się kończy i niestety nie wypadało już prosić Czechów o trzeci bis (tego wieczoru częściej bisował tylko Clan Of Xymox). Występ zakończył się, a mimo to jeszcze długo echo nosiło po zamku refren "Elizabeth"... Ech, szkoda wielka, że XIII.Stoleti nie wystąpił tuż przed gwiazdą tego wieczoru (czyli Clan Of Xymox), miałby wtedy chociaż te 5 minut więcej na granie, może zagraliby nawet "Julie umira kazdou noc" czy "Ten stary dum se rozpada". Ale najważniejsze jest to, że zespół miał wreszcie okazję wystąpić w Polsce i bardzo dobrze ją wykorzystał, miejmy nadzieję, że zwrócił na siebie uwagę wielu ludzi "z branży" i może już w niedalekiej przyszłości pojawi się znowu na koncertach w naszym kraju.

Jako następny wystąpił na zamku zespół Agressiva 69. Ponieważ uważam się za człowieka tolerancyjnego i nie chciałbym się narazić industrialnej społeczności, powiem tylko, że robiłem wszystko, żeby tego koncertu nie zauważyć. Starałem się, aby ta muzyka, czymkolwiek jest, nie zepsuła mi dobrego wrażenia po poprzednich koncertach i jakoś mi się udało.

Zrobiłem sobie krótką przechadzkę naokoło zamku, a później udałem się za wspomnianą już drugą bramę, gdzie uciąłem sobie pogawędkę z chłopakami z Nihilum. Już po ich koncercie w leszczyńskiej "Pyrze" w maju tego roku odniosłem wrażenie, że poza komponowaniem i graniem muzyki tak naprawdę niewiele ich interesuje ;) Po sobotniej rozmowie z nimi zauważyłem też, że wyjątkowo krytycznie podchodzą do tego, co grają, nie są zadowoleni z żadnego koncertu w "Pyrze", który zagrali. A do tego stopnia są przewrażliwieni na punkcie robienia z nich idoli, że kiedy jeden chce zdenerwować drugiego, po prostu prosi go o autograf ;) Muzyki, jaką grają, nie podejmę się zaszufladkować, mogę Wam tylko powiedzieć, że kultową formacją dla nich jest m.in. Cynic, który gra, jak to mój znajomy określił.....jazz-metal! To chyba wystarczy za rekomendację :) A album Cynica "Focus", który można dostać w różnych EMPIKach i M1 za naprawdę śmieszne pieniądze, polecam wszystkim, którzy jakoś nie mogą się przekonać do death-metalu. Naprawdę warto! :)

Tak sobie przegadaliśmy tę godzinkę, a na scenie tymczasem zainstalował się i zaczął swój występ zespół, którego muzyk - Krzysztof Rakowski - to główny organizator Castle Party. Ale nie na niego zwracało się uwagę tej nocy. To ledwo widoczna wokalistka Fading Colours hipnotyzowała swoim głosem. Według mnie był to zdecydowanie najlepszy żeński głos na tegorocznym Castle Party. Cała muzyka zespołu (dwa syntezatory) była podporządkowana jej, jej czarującemu głosowi, i może dlatego w ogóle nie przeszkadzały mi te elektroniczne brzmienia. Koncert, świetnie uzupełniany przez projekcje fragmentów różnych wampirycznych (i nie tylko) filmów, był dla mnie wstrząsającym przeżyciem, szkoda tylko, że część braci metalowej go nie doceniła. A dla mnie było to objawienie numer dwa tej edycji Castle Party!

Później wystapił Moonlight i dał po prostu dobry koncert. Specjalnie mnie jednak nie zachwycił, bo czegoś mi w tej muzyce brakowało. Ale mając w pamięci testament Anji nie będę już więcej zrzędził :) Najważniejsze, że naprawdę wielu ludzi wyszło z niego zachwyconych, i trzeba się z tego cieszyć.

Nastapiła dość długa, chyba nawet godzinna przerwa, podczas której zainstalował się Clan Of Xymox wraz z całym osprzętem, m.in. firmową flagą i obowiązkowym oświetleniem w kolorze modrym. Wielka szkoda, że zaczęli tak późno (było już chyba po pierwszej), bo duża część publiki ledwo trzymała się na nogach. No ale przynajmniej dzięki temu obyło się bez okrzyków "Więcej czadu!" itp., bo ci, którzy przede wszystkim chcieli sobie poskakać, po prostu zniknęli spod sceny, a na ich miejsce przybyło wielu fanów Clanu w tzw. sile wieku. Zespół naprawdę z klasą zagrał muzykę, w której słychać było wpływy The Cure, trochę Sisters of Mercy, z domieszką elektroniki. Ale przede wszystkim, dzięki charakterystycznemu wokalowi i świetnie słyszalnej gitarze basowej momentalnie wprowadzał w trans, po prostu działała magia Clan Of Xymox! Czuło się wielkość i dojrzałość zespołu, wszystko było perfekcyjnie zgrane. Wszystkie utwory były w podobnym stylu, ale mimo to trudno się było nimi znudzić (choć późna pora naprawdę dawała się we znaki). Mi szczególnie przypadł do gustu pewien utwór z najnowszej płyty z charakterystycznym gitarowym motywem - na żywo naprawdę wypadł fantastycznie. Bardzo żałowałem, że przed koncertem nie zapoznałem się ze starszymi dokonaniami zespołu (BTW juz około 22:00 zespół przywiózł swoje własne stoisko, na którym błyskawicznie sprzedano kilkadziesiąt egzemplarzy ich ostatniej płyty). Niestety, ponieważ planowaliśmy możliwie wcześnie wydostać się z miasta, już o 3:30 zwinęliśmy się spod sceny (zespół, zdaje się, bisował wtedy po raz drugi). Pół godziny później, gdy po raz ostatni przed zaśnięciem spojrzałem na górujące nad okolicą zamczysko, wybrzmiały dźwięki ostatniego utworu i usłyszałem "Thank you, good night!". Festiwal skończył się więc ponad dwie godziny później niż przewidywano.

O 8:00 rano wielu naszych sąsiadów było już spakowanych i gotowych do drogi, więc i my zwinęliśmy interes i pognaliśmy na przystanek PKS. Tam czekały już całe stada "innej" młodzieży, na oko chyba niecałe dwie setki. Atmosfera była przyjemna, z jednego magnetofoniku sączyła się muzyka Iron Maiden, a gdy podjechał autobus, nikt się nie przepychał, nikomu specjalnie się nie śpieszyło - okazało się, że niewielu wpadło na ten pomysł co my. Była to trochę ryzykowna sprawa - autobus dojeżdżał do Marciszowa około 10:40, a pociąg odjeżdżał stamtąd już o 11:05. Do dworca było ok.3 km, a teren był troszkę górzysty. Z wesołej grupki podróżującej autobusem (hehe, pamiętam, jak jeden koleś oferował krem pod oczy na noc, sprzedawany w półlitrowych butelkach, którego efekty widać ponoć dopiero rano ;) liczącej około 30 osób do pociągu dotarło niestety jedynie siedmiu, wśród których znalazłem się ja i mój kumpel-leszczyniak. Na szczęście pociąg miał pięciominutowe spóźnienie (dziękujemy Ci, PKP!). Postanowiłem skorzystać z okazji i zaoszczędzić trochę grosiwa (w pociągu wystawienie biletu do Wrocławia kosztowałoby 5 zl), zniknąłem więc na chwilę z peronu i szybko załatwiłem sprawę w kasie, po czym pojawiwszy się ponownie na peronie z przerażeniem zauważyłem, że pociąg powoli oddala się w stronę Wrocławia. Pan Kanar (któremu z tego miejsca serdecznie dziękuję, a Pani Kanarzycy przesyłam wirtualnego buziaka) troszkę się ze mnie ponaśmiewał, roztoczył przede mną wspaniałą perspektywę jazdy następnym pociągiem parę godzin później, po czym (ufff...) zarządził zatrzymanie pociągu i umożliwił wejście na pokład mi oraz parze metalowców z Lublinka, którzy w rozmowie okazali się być całkiem OK, bo podobał im się występ God's Bow :) Przesiadka we Wrocławiu przebiegła bezboleśnie i już o 16:00 leżałem w domku, delektując się zautografizowaną reedycją fioletowej płyty Closterkellera.

W chwili, gdy piszę te słowa, Petr Stepan z głośników szepce coś o lycantropii, księżyc czaruje swoim blaskiem, a mi sierść jeży się na grzbiecie. Auuuuu!!!

z mrocznym pozdrowieniem, Skrzat "Werewolf" Skrzaciasty

P.S. Na zamku można było się spotkać i zamienić kilka słów z muzykami z prawie wszystkich zespołów, które występowały, oraz z odzianym w firmową koszulkę Ryśkiem Raszplewiczem z rockmetal.art.pl (swój człowiek, oby jak najdłużej ciągnął ten "interes"! :)

P.P.S. I pamiętajcie: "Good guys wear BLACK" ;-D

Komentarze
Dodaj komentarz »

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy masz poczucie humoru?