- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
wywiad: Einherjer
| Wykonawca: | Frode Glesnes - Einherjer (gitara) |
strona: 3 z 3

Einherjer, Borre 18.08.2023, fot. Monika Wawrzyniak
Rodzina wspierała twoją pasję?
Głównie matka. Ojciec tego nie rozumiał i w sumie nadal nie rozumie (śmiech). Co przypomina mi, jak Gerhard ćwiczył grę na perkusji w swoim pokoju (śmiech). Jego ojciec każdego dnia wracał z pracy, jadł obiad, po czym ucinał sobie drzemkę. Był tak przyzwyczajony do łomotu bębnów, że nic nie mąciło jego snu (śmiech).
W 1992 roku Norwegią wstrząsnęła seria podpaleń kościołów, o co oskarżono kilku muzyków blackmetalowych. Czy zdarzenia te jakkolwiek wpłynęły na wasze podejście do metalu?
Jakoś na pewno, ale nie powiedziałbym, że w dużym stopniu. Za to spore wrażenie wywarł na nas album "De Mysteriis Dom Sathanas", który już w 1992 roku krążył w podziemnym obiegu, wówczas jeszcze bez ścieżek wokalnych. Tą płytą Mayhem udowodnił, że da się wnieść zupełnie nową jakość do muzyki ekstremalnej.
W 1994 roku zadebiutowaliście demówką, "Aurora Borealis". To od niej nazwałeś swoje studio?
Zgadza się. "Aurora Borealis" powstała w "Lydloftet Studio", jednej z niewielu naprawdę profesjonalnych miejscówek tego typu w okolicy Haugesund. Przedtem nagrywaliśmy swoje próby na magnetofonie, toteż wizyta w Olen była dla nas niezwykle ważnym doświadczeniem. W trakcie sesji korzystałem z gitary Auduna. Niestety pod koniec lat 90. studio spłonęło, a wraz z nim wszystkie przechowywane tam taśmy.

Einherjer (od lewej do prawej: Stein Sund, Audun Wold, Frode Glesnes, Rune Bjelland i Gerhard Storesund), materiały prasowe
Gdzieś w 1995 roku skład Einherjer rozrósł się do pięcioosobowego, dołączył wtedy Stein Sund jako basista. Dlaczego, skoro stanowisko to piastował Audun?
Chcieliśmy rozbudować swoje brzmienie o drugą gitarę. Jak wcześniej wspomniałem, Audun był całkiem niezłym gitarzystą. W którejś rozmowie oznajmił, że ma już dość obsługiwania basu, więc zamiast szukać dodatkowego gitarzysty, zaczęliśmy rozglądać się za basistą. Stein Sund pochodził z Karmoy, wyspy nieopodal Haugesund. Polecili go nam goście, którzy w kolejnej dekadzie zasłynęli jako organizatorzy festiwalu "Karmoygeddon".
W maju 1996 roku weszliście do "Grieghallen Studio", gdzie zarejestrowaliście swój pierwszy longplay, pt. "Dragons of the North". Ukazał się on ponad pół roku później - 2 grudnia - pod egidą Napalm Records, wtedy jeszcze relatywnie małej wytwórni. Jak wyglądały kulisy powstania tego albumu?
Było trudniej niż mogłoby się wydawać. Gdy komponowaliśmy materiał na "Dragons of the North", Rune opuścił zespół i przez kilka miesięcy byliśmy bez wokalisty. Postanowiliśmy więc przygotować taśmę, która ułatwiłaby nam znalezienie jego następcy. Weszliśmy do studia i nagraliśmy pięć instrumentalnych numerów. Wkrótce zjawiło się paru śmiałków, lecz żaden nie nadawał się do roli frontmana (śmiech). A potem, nie pamiętam już dlaczego, wysłaliśmy tę taśmę do Napalm Records. O dziwo zaproponowali nam kontrakt (śmiech). Tuż przed wejściem do "Grieghallen", Rune wrócił do Einherjer. Te utwory z taśmy ostatecznie trafiły na "Dragons of the North" w nieco zmienionej aranżacji.
Na początku 1997 roku nagraliście EP-kę "Far Far North", po czym Rune, Audun i Stein rozstali się z formacją. Co się stało?
Przeszliśmy do Century Media Records, która miała w swej stajni dużo większe nazwy. Wraz z tym pojawiły się oferty poważnych tras koncertowych, na co ani Rune, ani Audun, ani Stein zwyczajnie nie byli gotowi. Odpowiadało im granie dla zabawy, ale niekoniecznie chcieli wiązać swoją karierę z muzyką. Próbowaliśmy nakłonić ich do zmiany zdania, lecz wszyscy uznali, że tylko hamowaliby rozwój zespołu.
5 maja 1998 roku światło dzienne ujrzał wasz drugi album, zatytułowany "Odin Owns Ye All". Zaśpiewał na nim Ragnar Vikse. Dwa dni później wyruszyliście w trasę "Gods of Darkness Part II" u boku Cradle of Filth, Gorgoroth i Old Man's Child. Jak wspominasz tę wyprawę?
To była najbardziej zwariowana trasa w moim życiu. Trwała pięć tygodni i przypominała niekończącą się imprezę.
Podobno w jej trakcie doszło do rękoczynów.
I to nie raz (śmiech). Konflikty wybuchały w szczególności pomiędzy ekipą Cradle of Filth a Gorgoroth i muzykami sesyjnymi Old Man's Child. Po koncercie w Madrycie (18 maja - przyp. red.) dotarła do nas informacja, że występ w Lizbonie został odwołany, nie pamiętam już z jakiej przyczyny. Ponieważ znajdowaliśmy się niedaleko Hiszpańskiej Riwiery, menedżerowie trasy uznali, że wszystkim przydałaby się chwila odpoczynku. Wybrali jakieś senne, nadmorskie miasteczko i rozlokowali zespoły w osobnych hotelach. Wydawało się, że sytuacja jest pod kontrolą, dopóki nie zachciało nam się wyskoczyć na drinka. Dowiedzieliśmy się, że działa tu tylko jedna knajpa z muzyką rockową. Cóż, pozostali ewidentnie zrobili to samo, bo spotkaliśmy się przy barze (śmiech). Emocje wzięły górę i wywiązała się bójka rodem z westernu (śmiech). Ku mojemu zaskoczeniu następnego dnia wszyscy zachowywali się jak gdyby nigdy nic. Powiedziałbym wręcz, że atmosfera uległa oczyszczeniu (śmiech).
11 września 2000 roku opublikowaliście swój trzeci longplay studyjny, pt. "Norwegian Native Art". Trasa promocyjna odbyła się w marcu 2001 roku i oferowała dość niecodziennie połączenie, otwieraliście bowiem koncerty King Diamond.
Bezgranicznie wielbię Kinga Diamonda i nie jestem w stanie spojrzeć na to obiektywnie. Ta trasa była dla mnie spełnieniem marzeń. Niewątpliwie pomogła nam znajomość z Andym La Rocquem - to w jego studiu zrealizowaliśmy "Odin Owns Ye All" i "Norwegian Native Art". Ten drugi album tak mu się spodobał, że nagrał solówkę w utworze "Doomfaring".

Einherjer & King Diamond (od lewej do prawej: Aksel Herloe, Frode Glesnes, (?), King Diamond, (?), Gerhard Storesund i Ragnar Vikse), fot. z archiwum Frodego Glesnesa
Udało wam się spędzić trochę czasu z samym Kingiem?
Tak, choć niezmiernie ceni sobie swoją prywatność. Zasadniczo nie wychodzi z hotelu, dopóki nie zbliża się pora jego występu. Nie bierze udziału w żadnej próbie dźwięku i nie nakłada makijażu w klubie. Przyjeżdża gotowy, gra koncert i natychmiast wraca do hotelu. Ale nie dziwię mu się, w końcu jest wokalistą i musi dbać o głos. Niestety pomimo zachowanej ostrożności i tak się przeziębił. Nasz ostatni przystanek na trasie miał miejsce 30 marca w klubie "38" w Krakowie (obecnie klub "Studio" - przyp. red.).
Jakim cudem to pamiętasz?
To bardzo proste. Na mojej ścianie wisi plakat z tego koncertu podpisany przez Kinga i jego zespół (śmiech).
Bardzo ci dziękuję za świetną rozmowę.


