Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
86% |
| liczba ocen: |
61 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: MORDY "Normal Forma"
|
Nazwa zespołu: MORDY
Tytuł płyty: "Normal Forma"
| Utwory: |
"Szpiedzy jedzą cukierki"; "Poławiacze złota"; "Canto de Cao"; "Mordy jest krasne"; "Urywki z morza"; "W sercu Słońca"; "Rege Mordy"; "Psi"; "Cowboyski"; "Coffee et Ti"; "Papierowa świnka"; "Sztuka 45 albo Gwiazda nie ma szczęścia" |
Wydawcy: jeszcze nieznany
Rok wydania: 1999
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6
"Mordy" to zespół już niemłody. W składzie właściwie niezmienionym gra
od roku 1993. Muzycy z niezłym stażem, obyci w świecie polskiej estrady
rockowej, od lat aktywni, uczestniczący w innych projektach. Koncerty, trasy,
wywiady, programy w tiwaju, wydane płyty, te sprawy. Jeżeli jednak wiek
zespołu liczyć ilością wystąpień publicznych, to mamy do czynienia z formacją
hmm... może już nie raczkującą, ale na pewno nie bardziej niż ząbkującą.
Granie przez tyle lat niechybnie wyzwoli w końcu przymus uwiecznienia
poniesionego wysiłku, nawet u takich leniwców. Podziwiać należy zespół, który
organizuje próby raz na miesiąc, a w ciągu roku płodzi dwa utwory - ale w końcu
i "Mordy" poczuły ciśnienie. Nastąpiły poruszenia płynnej magmy, wyzwoliła się
energia kinetyczna, zawirowało w czasoprzestrzeni - muzyka została
zarejestrowana. Chłopaki poszli z materiałem tu i ówdzie, aż w końcu... Nie,
nie wymienię nazwy wytwórni - najważniejsze, że data wydania płyty jest bardzo
bliska.
Strych przychodni lekarskiej jako miejsce prób nie pozostaje bez wpływu na
powstającą muzykę. Pewna sterylność dźwięku to niekoniecznie wada. Tak jest i
tutaj. Wszyscy słuchaliśmy różnych Joy Division, The Doors, Nirvany. Niektórzy
z nas jeszcze jakichś Jesus Lizard, Savage Republic, P.J. Harvey lub Big
Youth. Później wszystko nam się pomieszało w głowach. Kto by spamiętał te setki
nazw, tytułów, komu by się chciało wiecznie ubierać się na czarno i nosić
długie włosy. Nie ma co porównywać. Nawet nie chce mi się wysilać. Ze
stwierdzeń typu syntetyzującego nasuwa mi się jedno - pomimo pewnej
robotniczej motoryczności, jest w muzyce zespołu dużo takiego "bezmyślnego
zamyślenia". Tak jak wtedy, gdy ktoś nas zapyta: "o czym myślisz" - a my,
powoli odczuwając zdumienie ze swojego stanu odpowiemy: "o niczym".
Weźmy taki na przykład "Sztuka 45 albo Gwiazda nie ma szczęścia" - pod tym
tytułem, na pewno wiele mówiącym muzykom (mi niestety niewiele), a przydługim,
kryje się przestrzenny trans z ciekawą miksturą wokalizy i gitarodelayowego
klimacenia. Na koncertach na pewno sprzyja osiągnięciu rytmicznej ekstazy.
Polecam. W miły nastrój wprawia również utwór "Canto de Cao". Melorecytacja w
dość egzotycznym dla muzyki rockowej języku - hiszpańskim - jest tu
"smaczkiem". Porównania są mordercą sztuki, ale tutaj z rozkoszą palnę to
jedno: "The Gift" z niezapomnianej płyty "White Light / White Heat" zespołu
The Velvet Underground, o cześć mu i chwała. Nie mam nic przeciwko takim
podobieństwom, zwłaszcza że nie jest ono zbyt nachalne - chodzi o podobny
zabieg stylistyczny, a nie podobieństwo nastrojów.
Mroczniej robi się przy "Mordy jest krasne". Tytuł kojarzy się z "Pust wsjegda
budzjet sonce" (kto pamięta słynny hymn radzieckich hipisów?). Sielankowo?
Bynajmniej - oto złowróżbna zapowiedź końca świata. Wbrew pozorom zadumania,
dźwięki mówią: "memento mori". Nie muszą krzyczeć. Kto chce, ten usłyszy.
Jeszcze inaczej jest podczas "Urywków z morza" i "W sercu Słońca". Kształty
dźwiękowej masy ulegają zaostrzeniu, poziom energii wzrasta. Jest zgrzyt, jest
w miarę nowocześnie rockowo, ale bez przesady. Po prostu jest dobrze - tak
powinien wyglądać utwór rockowy.
Są i słabsze momenty. Chodziło tu chyba o oddanie klimatu zwałki, jaką często
można obserwować na próbach zespołów rockowych, zwłaszcza w ich końcówce.
Zjawisko jest powszechne i polega krótko mówiąc na tym, że chyląca się ku
końcowi próba nagle traci swój cel, jakim jest doskonalenie materii dźwiękowej,
i z instrumentów zaczynają się wydobywać coraz to bardziej nieskładne i
fałszujące dźwięki. Zaczyna się wygłup, zwałka, zjazd. Ktoś wali uparcie w
jeden bęben, ktoś rozstraja gitarę albo gra melodię znanego utworu disco polo,
ktoś drze się do mikrofonu w zaimprowizowanym, zaangażowanym politycznie
wokalu... Chwile takie mają swój urok, głównie dzięki spontaniczności jaka im
towarzyszy, a efekt potrafi być interesujący. Niestety, problem zaczyna się,
gdy próbuje się to samo zarejestrować w studiu nagraniowym. Niby te same
rzęchy, ten sam luz blus, jaja jak berety - ale coś nie gra. Brak jakiejś
spontaniczności, słychać raczej skrępowanie, jakie rodzi powaga i sterylność
studia. Z niby wesołego jajcowania zieje nudą i żenadą. Niestety, tym właśnie
wirusem został brutalnie zaatakowany utwór "Rege Mordy". Więcej batów? Proszę
bardzo: "Psi" - mało ekscytująca jazda, okraszona niespecjalnie dojrzałym
tekstem, wyśpiewana niezbyt interesująco brzmiącym głosem, raczej nieciekawa.
"Cowboyski" może trochę lepiej - tu i ówdzie klimat Savage Republic. Jeszcze
bardziej Savage jest "Coffee et Ti", tyle że w bardziej dzikim wydaniu.
Pierwsze dwa utwory. Nuda. Ani to energetyczne (kwestia nagrania? Oby), ani
nastrojowe (szkoda), ani zaangażowane (politycy to ..., zjada cię system,
biada Babilonowi), ani wirtuozerskie (Malmsteen, te sprawy), ani... Wystarczy.
Z kilkudziesięciu minut muzyki wyszukałem sobie swoją małą perełkę. Mowa tu o
"Papierowej śwince" - instrumentalnej wstawce ni to onirycznej, ni to lekko
niespokojnej, jak muzyka towarzysząca pierwszym oznakom zbliżającej się grozy
w telewizyjnym horrorze. Tak czy siak - intrygującej. Jest w tym klimat. Jest
nastrój. Jest wyobraźnia. Jest dobra jakość. Nie wiem, czy panowie muzycy
zgodziliby się ze mną, ale następnym razem zdecydowanie radziłbym pójść w tym
kierunku - tam widzę światłość, tam jest przyszłość. Ja rozumiem, że ktoś z
głębi duszy swej punkrockowej pragnie czasem zrobić dużo hałasu. Mamy jednak
już swoje lata, czas trochę ostygnąć. Na zakrzepłej lawie niegdyś grzmiącego i
plującego Wezuwiusza rosną kwiatki, można się tam położyć i popatrzyć na
łodyżki falujące na wietrze. Przyjemny widok, mówię wam. Więc proszę niczego
się nie bać.
Proszę Państwa, ja nie mówię, że mamy tu do czynienia z dziełem wiekopomnym.
Ja nie mówię, że nie ma momentów lepszych i gorszych. Ja tylko mówię, że warto
posłuchać. Zawsze warto posłuchać, co ktoś ma do powiedzenia, jeżeli jest to
jego własne zdanie. Jeżeli ktoś powtarza coś po innych, to zawsze lepiej
dotrzeć do źródła. Tak się jakoś przykro składa, że w polskim rocku dominuje
muzyka z drugiej ręki. Nasz kraj to taki rockowy komis, sklep second hand z
Koziej Wólki, gdzie nad wejściem odblaskowymi literami jest napisane dumnie:
"artykuły pochodzenia zagranicznego". W przypadku produkcji zespołu "Mordy"
możemy być spokojni. Nie poczerwienieje nikt z zażenowania, nie buchnie
kpiącym śmiechem, nie wyłapie riffu jakoś tak dziwnie znajomo brzmiącego od
czasu ostatnich kilku posiedzeń przed MTV. "Kupuj tylko towary pochodzenia
krajowego", głosił slogan pewnej partii politycznej. Nie. Bez przesady. Strzeż
się podróbek - to moja rada.
autor: Wojciech Michałowski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|