Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
88% |
| liczba ocen: |
114 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Neurosis "Sovereign"
|
Nazwa zespołu: Neurosis
Tytuł płyty: "Sovereign"
| Utwory: |
Prayer; An Offering; Flood; Sovereign |
| Wykonawcy: |
Noah Landis - instrumenty klawiszowe; Dave Edwardson - gitara basowa, wokal; Scott Kelly - wokal, gitara; Jason Roeder - instrumenty perkusyjne; Steve Von Till - gitara, wokal |
Wydawcy: Metal Mind Productions
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9
Panowie wywodzą się ze szkoły znanej jako Bay Area. Od 15 lat pokazują,
jak można zrobić baterię, muzykę kopiącą i zmuszającą głowę do zataczania
powolnych kręgów bez garów zasuwających w tempie karabinu maszynowego
i treningu onanisty na wiosłach. Do tego w tym graniu jest obecne coś,
co, wbrew nazwie kapeli, nie jest neurozą, a raczej psychozą.
Mentalna strona twórczości Neurosis została na płycie uzewnętrzniona
przez klipy zachowujące i podbijające klimat muzyki oraz inne graficzne
halucynacje, jakie zawarł na ścieżce komputerowej pan Pete Inc. To
doskonałe dopełnienie całości (niestety, nie mogłem dokładniej przyjrzeć
się tym arcydziełom, ponieważ mój komputer jest trochę za stary i po
jakich dziesięciu minutach zabawy odmówił współpracy zawieszając się na
amen... ale to, co udało mi się zobaczyć, zwaliło mnie z nóg...)
Wróćmy jednak do dźwięków. Za brzmienie odpowiada Steve
Albini, człowiek, który produkował "Times of Grace", poprzedni album
Neurosis. Potrafi on zadbać, by muzyka nie straciła ani trochę siły
i energii przy przenoszeniu jej na nośnik. Po prostu nie mogę się
przyczepić do jakości tego nagrania. Gitary są selektywne, perkusja
potężna, bas czysty, klawisze przestrzenne, a wszystko bardzo dobrze
złożone w przejrzysty konglomerat dźwięków.
Samej muzyki nie da się opisać w jakiś ogólny sposób. Choć "Sovereign" to
całość, jeżeli chodzi o klimat, nastrój, każdy z czterech utworów ma swój
własny charakter. Jest tylko jedno zbiorcze określenie na charakter tego
materiału: muzyka kultowa jakiegoś miejskiego, dwudziestopierwszowiecznego
plemienia.
Już pierwszy kawałek, "Prayer", wprowadza mózg w trans, zamyka słuchacza
na świat i wciąga do odtwarzacza. Płyta zaczyna się spokojną, cichą,
prawie czystą gitarą, wspierającą wokal powtarzający jakąś współczesną
mantrę. Dopiero po trzech minutach pojawia się reszta zespołu, z
bębnami ni to marszowymi, ni to tanecznymi (w sensie tańca derwisza,
magicznego tańca plemienia, a nie dyskoteki), z dwoma innymi wokalami
dopełniającymi ten, który towarzyszy nam od początku. Niedługo potem
muzyka znów łagodnieje, by po następnej minucie dobić nagłą erupcją
energii, po której trudno się pozbierać.
"An Offering", drugi numer, można porównać do industrialno-plemiennego
czołgu. Cały czas jesteśmy w transie, w który wprowadziła nas pierwsza
modlitwa. Kawałek powoli posuwa się do przodu, trochę pachnąc starym,
dobrym h/c, choć melodykę tworzą nieprzesterowane gitary. Mniej
więcej w połowie zespół kopie nagle, nie zmieniając nic w transowym
klimacie. Pojawia się przester, harmonie kojarzące się ze starym
angielskim doomem i Black Sabbath. Z głośników sączy się gęsty miód
z kwiatu czarnej rzepy. Wtem, po jakichś sześciu minutach, muzyka się
zmienia, jakby był to zupełnie inny utwór, tym razem w klimatach grunge'u
z początku lat dziewięćdziesiątych... To jest dobre. Ale nie najlepsze.
"Prayer" i "An Offering" to tylko wstęp do najlepszego kawałka na płycie -
"Flood". Tu też trans kręci człowiekiem od początku do końca, przede
wszystkim dzięki niesamowitej sekcji rytmicznej. Bębny jak w takim
jednym zespole perkusyjnym, co to stosunkowo niedawno produkował się w
Teatrze Wielkim na beczkach i koszach na śmieci - właśnie stąd wzięło mi
się porównanie całości do plemienia z jakiejś miejskiej dżungli... Ten
kawałek po prostu wkręca w glebę. Aż żal, że jest najkrótszy na płycie -
mógłbym go słuchać na okrągło. Gary rozkręcają się z minuty na minutę,
czasem przygasają, czasem gęstnieją, powodują, że słuchacz siedzi i
powoli buja się owładnięty wszechmocnym rytmem. Pojawiają się jakieś
sprzęgnięcia, coś (generowanego przez klawisze) lata w tle... Nagle
bębny stają. W tle słychać bzyczący bas, to, co przedtem przelatywało
gdzieś daleko, teraz przemyka przed samym nosem, nastrój ciemnieje,
i wtem znów dostajesz od perkusisty kopa prosto w brzuch... A wszystko
mieści się w marnych czterech minutach... Arcydzieło!
Ostatni "Sovereign" zaczyna się szybciej, trochę jak black/doom
przesiąknięty Sabbathami, których klimat czuć i dalej, gdy muzyka
przypomina Fudge Tunnel, czy Electric Wizard (powszechnie nazywa się
to stoner rockiem, ale nie lubię tej nazwy). Chore harmonie wioseł,
z bębnów tylko kotły pojawiające się raz na jakieś trzydzieści sekund,
dzwony, mrok... I znowu kapela robi coś, za co kocham tę płytę: wjeżdża
w człowieka rozpędzonym czołgiem, rozsmarowując go na ścianie naprzeciw
głośników. Czołg zawraca, odjeżdża i powraca siła spokoju z początku
utworu. Potem znów czołg przejeżdża... i tak w kółko przez trzynaście
minut. A na koniec szok: fortepian, ciemność jakby w jakiejś kapeli
z północno-zachodniej Europy, rozrywana amerykańskimi grzechotkami,
powrót psychodeli, wyciągnięte z klawisza dęciaki... Klimatem bije to
wszystkich obecnych doomowców i blackowe intra...
Może jestem już za stary, ale to, co usłyszałem na "Sovereign",
jest jedną z lepszych płyt ostatniego roku, kasującą wszystkie kapele
grające tzw. new metal, symfonicznego blacka, to, co jest uważane za
świeże. Neurosis robi swoje od 15 lat. Trudno ich zagiąć, jeżeli chodzi
o nastrój, chorobę w pozornie zwykłym graniu. Tworzą niesamowite pętle,
mroczny taniec... Na pewno odradzam ten materiał tym, którzy, by poczuć
siłę, potrzebują sieki, do poczucia mroku muszą posłuchać MDB albo
wytworów Cold Meat Industry. Neurosis stosuje inną metodę budowania
nastroju, inaczej korzysta z instrumentów, a i kop, który nieraz na mnie
spadł, gdy słuchałem "Sovereign", to bardziej pojedyncze, niezbyt gęste
ciosy niż jazda i karabin maszynowy.
Można słuchać tej płyty na okrągło w całości albo zapętlić sobie w
odtwarzaczu jeden kawałek i nie wychodzić z transu przez całą noc. Tego mi
było trzeba! Nie dałem 10 tylko dlatego, że nie jest to muzyka absolutnie
genialna - jest wspaniała w swoim klimacie i tym mnie kupiła, ale czasem
brak mi powiewu geniuszu właśnie. Być może Neurosis po prostu trafili
swoim nastrojem w mój? Możliwe, ale ocena jest przecież subiektywna, nie?
autor: Qlesh
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
| |
przejscie
neurotic (gość, IP: 217.36.55.*), 2009-01-29 16:15:07
| odpowiedz | zgłoś
Dla mnie "Sovereign" to przejscie do nowego etapu dla Neurosis-minimalizmu nasyconego ciezarem i psychodelia."Times of Grace" byla plyta kompletna,miadzaca,piekna zarazem.Po "Sovereign" zespol ruszyl na poszukiwanie nieco innych dzwiekow,co mozna uslyszec na kolejnych 2 plytach - zwlaszcza na "The eye...".To,ze wrocili do mocnego grania na "Given..." nie swiadczy bynajmniej o wtornosci,bo dla mnie to 1 z ich najlepszych plyt.
Czekam na nowy Neurosis,moze jeszcze w tym roku :)
|
| |
Słów kilka...
jeżo jerzyna (gość, IP: 80.52.166.*), 2008-01-18 18:20:27
| odpowiedz | zgłoś
Płyta "Sovereign" jest dobrą płytą,ale oceniłbym ją na 6. Za najlepszy utwór uwarzam "Preyer",gdyż faktycznie jest jakby relacją z jakiegoś "gniewnego rytuału".Miejscami płyta, jak dla mnie, za bardzo gęsta dwiękowo, za mało w niej przestrzeni. Ale jak już stwierdziłem, jest to dobra płyta.Poza tym szacunek dla autora recenzji za pasję i zrozumienie dla jakże wyrafinowanej i trudnej muzyki, jaką prezentuje Neurosis.
|
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|