zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 15 listopada 2019

recenzja: Benea Reach "Monument Bineothan"

11.08.2006  autor: RJF
okładka płyty
Nazwa zespołu: Benea Reach
Tytuł płyty: "Monument Bineothan"
Utwory: Ground Slayer; Inheritor; Transmitter; Purge; Pandemonium; River; Torch; Conflux; Emperor; Immaculate; Venerate; Drapery
Wykonawcy: Hakon - gitara; Ilkka - wokal; Marco - instrumenty perkusyjne; Christer - gitara; Martin - gitara; Hakon - gitara basowa
Wydawcy: Tabu Recordings, Mystic Production
Rok wydania: 2006
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Benea Reach niechętnie mówią o sobie. Wiadomo, że zespół pochodzi z Norwegii i gra w nim gitarzysta Extol, Christer Espevoll, ale trudno dotrzeć do bardziej szczegółowych informacji na temat grupy. Z oficjalnych notek prasowych niewiele wynika, a dostęp do biografii na oficjalnej stronie internetowej grupy chroniony jest hasłem. Ale to dobrze, bo można skupić się na muzyce.

Grupie nie obce są ekstremalne, metalowe dźwięki rodem ze Skandynawii, ale muzycy lubują się w kombinowaniu i łamańcach brzmieniowych a la Meshuggah czy Death. Szybkie, karkołomne wygibasy są ozdobą wielu utworów, choćby takich jak "Purge" czy "Torch". Na szczęście muzycy Benea Reach nie zabrnęli w ślepą uliczkę popisywania się swoimi technicznymi umiejętnościami (które nawiasem mówiąc są bardzo duże) i nie zapomnieli o rzeczy najważniejszej: o ciekawych kompozycjach.

To właśnie starannie przemyślane i pieczołowicie przygotowane kompozycje sprawiają, że tej płyty słucha się z przyjemnością. Weźmy taki "Ground Slayer": są tam i mroczne, zimne gitarowe riffy, każące szukać inspiracji w ekstremalnym metalu, ale pojawia się też i pseudo chór nadający utworowi gotyckiego posmaku, a wszystko to w oparciu o połamane, synkopowe brzmienia. I nic ze sobą się nie gryzie. Wszystko stanowi spójną całość. W "Pandemonium" mistrzowsko stopniują napięcie aż do efektywnego rozwiązania w całkiem chwytliwym refrenie. Przytłaczająco ciężki "River" poprzedza klimatyczna partia fortepianu. Prościutki "Conflux" jest chwilą wytchnienia przed kolejną dawką czadu. Swój kunszt muzycy pokazują w "Emperor", gdzie ostre, karkołomne łamańce mieszają się ze spokojnym interludium i majestatycznym refrenem, a w finale pojawiają się nawet progresywnie brzmiące pasaże klawiszowe. Progresywne brzmienia powracają jeszcze w "Immaculate", ale to "Venerate" jest gwoździem programu. Pierwsza część tej dwunastominutowej kompozycji zbudowana jest na natrętnie powtarzanych, nerwowych, porwanych riffach. Część druga to anielskie wręcz, ambientowe dźwięki, łagodnie przechodzące w kojący "Drapery", który zamyka płytę.

"Monument Bineothan" to solidna porcja ciekawej muzyki. Czas pokaże, czy jest to tylko jednorazowy wyskok, czy też może początek interesującej kariery.

Komentarze
Dodaj komentarz »