- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
recenzja: Asteriae "Miejsce, które nazywam sobą"
Podchodziłem do zapoznawania się z zawartością "Miejsca, które nazywam sobą" z przekonaniem, że Asteriae dopracowuje łączenie dusznej, agresywnej muzyki gitarowej z emocjonalnym ładunkiem. Na debiutanckim "Gasnąc" poznański zespół zaprezentował przede wszystkim post-hardcore, z domieszkami black metalu i post-metalu, ciążący w stronę screamo. Po drugim albumie spodziewałem się podobnej mieszanki, ale ujętej w bardziej rozbudowane kompozycje.
"Miejsce, które nazywam sobą" w większości rzeczywiście stylem ani brzmieniem mnie nie zaskoczyło. Wyjątkiem jest "Uwolniłem się", którego pierwszej zwrotce blisko do standardowego hardcore punka - w całej kompozycji czystość gatunkowa nie została jednak zachowana i słychać w niej nawet wpływy emo. Wokal na albumie to, jak i na "Gasnąc", głównie krzyki, wściekłe i rozpaczliwe, uzupełniane melodeklamacjami, czasami wspierane growlingiem lub kojarzące się z próbą wyplucia wnętrzności. Różnicą jest język - tym razem po polsku są wszystkie teksty, a nie tylko około połowy. Zresztą, gdy zespół nadaje zbiorowi utworów tytuł "Miejsce, które nazywam sobą", łatwo jest założyć, że wokalista po angielsku nie śpiewa. Oczywiście podobnie można było pomyśleć o "Gasnąc". Ani słowa w odrzuconym języku obcym nie ma też w książeczce, którą wypełniły teksty, podziękowania, skład i zdjęcie kwintetu.
Singlowy "1 - 4 - 8", pierwszy z pięciu utworów na półgodzinnym albumie, wchodzi ostro blackmetalowymi partiami, potem przesuwa się jednak bardziej w rejony screamo, a już po minucie z hakiem przychodzi chwila uspokojenia. Żeby nie było zbyt schematycznie, drugi taki łagodniejszy fragment nie jest burzony nagle, lecz stopniowo, seriami głośniejszych, zespołowych uderzeń. W końcówce podobać się może nastrojowa praca perkusisty - zupełnie inna niż na początku. "Ruiny", też ostre, uznaję za najsłabszy utwór w zestawie. Pomimo trzymania pewnego poziomu, dwa pierwsze nagrania są w stanie zmęczyć słuchacza intensywnością. Ze znużenia może go za to wyrwać singlowe "Tchnienie". Gitara basowa prezentuje się tu wreszcie jako niezależny, pierwszoplanowy instrument, a nie tylko wzmacniający lub uzupełniający pozostałe. Minutę przed końcem ekscytuje też najgroźniej na całym albumie brzmiący wokal. Moim ulubionym kawałkiem jest jednak 8-minutowa "Toń", znana już z "Black Vine Sessions". Tu również podoba mi się praca basisty, a do zalet zaliczam ponadto spokojną, smutkiem naznaczoną część środkową i podniosły, post-metalowy finisz.
Drugi album Asteriae nie każdemu przypadnie do gustu. Do przesłuchania mogą być też potrzebne odpowiedni nastrój i duże skupienie. Niektórzy odbiorcy nie przebrną przez post-blackmetalowy początek, innych zniechęci wokal zbliżający się do płaczu. Mimo to post-hardcore'owy zespół z Poznania i jego "Miejsce, które nazywam sobą" warte uwagi są. W przyszłości wolałbym jednak lepszą równowagę między agresją a liryzmem.




