zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 12 listopada 2019

recenzja: Brides of Destruction "Runaway Brides"

10.10.2005  autor: RJF
okładka płyty
Nazwa zespołu: Brides of Destruction
Tytuł płyty: "Runaway Brides"
Utwory: Aunt Biente; Lord of the Mind; Dead Man's Ruin; Criminal; This Time Around; White Trash; Brothers; Never Say Never; Blown Away; Porcelain Queen; White Horse; Tunnel of Love; Dimes in Heaven
Wydawcy: Mascot Records
Rok wydania: 2005
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 2

Grupy, w których skład wchodzą muzycy innych znanych zespołów, mają już swoje miejsce na scenie muzycznej i nadal cieszą się zainteresowaniem, o czym świadczą choćby ostatnie sukcesy Audioslave i Velvet Revolver. Brides of Destruction zasilili między innymi Nikki Sixx z Motley Crue oraz Tracii Guns z L.A. Guns. Zespół wydał w 2004 roku całkiem przyjemny album "Here Come the Brides" przywołujący ducha hałaśliwego hard rocka z lat 80-tych. Potem z grupy odszedł Nikki, którego wzywały obowiązki w macierzystym zespole, a Brides of Destruction ze Scottem Sorry (Amen) na basie wydali płytę "Runaway Brides", będącą tylko bladym cieniem ich debiutu.

To mógł być materiał na całkiem niezłą płytę. Niestety, tylko mógł a nie jest, bo niemal każdemu utworowi brakuje jakiegoś elementarnego pierwiastka, który mógłby nadać mu szczególny wyraz. A to zawodzą riffy, które rażą sztampą ("Lord of the Mind"), a to brakuje ogólnego pomysłu na piosenkę ("Brothers", czy oparty na riffie przypominającym "Back in Black" AC/DC, lecz nie prowadzący donikąd "Dimes in Heaven"), albo zawodzi samo wykonanie (nijaki śpiew w "Dead Man's Ruin", czy w "This Time Around"). W ten sposób nawet te utwory, które z początku zapowiadają się całkiem nieźle, okazują się być niewypałem. Tak jest z "Criminal", który mógł być całkiem przyjemną balladą, lecz zepsuł ją banalny refren i zupełnie pozbawiony ekspresji wokal. Trochę lepiej jest już w przypadku "Never Say Never", gdzie i gitary i wokal brzmią całkiem znośnie, tworząc razem klasyczną hardrockową balladę z mocnym refrenem. Jaśniejszymi punktami płyty są też "White Trash" i "Tunnel of Love", będące energicznymi, rockowymi utworami, które mogłyby się znaleźć na którymś z krążków Motley Crue, W.A.S.P., czy nawet wczesnych Guns n' Roses i nie odstawać zbytnio poziomem od innych utworów. To jednak tylko wyjątki, które nie zmieniają faktu, że "Runaway Brides" jest jedną z najsłabszych płyt, jakie ostatnio ukazały się w swoim gatunku.

Komentarze
Dodaj komentarz »