zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 20 stycznia 2020

recenzja: Bulletproof "Frontline"

30.07.2012  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Bulletproof
Tytuł płyty: "Frontline"
Utwory: Agnostic Mass; Scream It!; Drive; We All Are; Lifeless Whore; I Laugh; Insanity; What Will I Know?; Desperate Cry; Bulletproof
Wykonawcy: Adam Grejnia - wokal; Szymon "Simon" Olesiński - gitara; Marcin "Martin" Nawrocki - gitara; Maciej "Lisu" Lis - gitara basowa; Krzysztof "Boogdan" Bohdanowicz - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2012
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Nie wiem, czy to dobrze dla zespołu Bulletproof, czy może źle, ale pierwsze, co zwróciło moją uwagę po wstępnej lustracji pudełka z płytą "Frontline", to nie fajna grafika, miękkość papieru, sexy zdjęcia we wkładce, ale adnotacja o treści: "Płyta dofinansowana przez Prezydenta Miasta Stargard Szczeciński". Wiem, że w Skandynawii takie wspieranie ciężkiej muzy to chleb powszedni tamtejszej sceny, bo lokalnym włodarzom zależy, żeby młodzież się czymś zajęła, ale u nas to chyba nie jest to jakieś obligatoryjne ustosunkowanie się rządzących do metalu. Tak więc dla mnie jaja. Tyle tytułem wstępu.

Przechodząc do meritum, jako fan mainstreamu zespołu Bulletproof oczywiście nie kojarzę, za co zaraz się pokajam. Gdzieś tam mignęła mi ich nazwa na jakimś afiszu firmującym koncert Sainc niejakiego Svierszcza (eks Yattering i parę innych), ale to tyle w temacie. Tymczasem na debiutanckim krążku ekipy ze Stragardu Szczecińskiego naprawdę jest czego posłuchać. Choć nie do końca jestem targetem takich dźwięków, to docenić potrafię. Czym więc oni się zajmują? Rwane riffy, ciężar, głęboki growl, melodia schuldinerowego deathu plus odrobina sepulturowato - fearfactorowatych brzmień, oto czym stoi "Frontline". Oczywiście nic w tym nowego, ale przecież nie dla samych nowinek słucha się płyty prawda? Pierwsze, co tym razem rzuciło mi się w ucho, jest rewelacyjny wokal Adama Grejni, kręcący takie betoniary, że tynk ze ściany leci. Mimo iż darcie japy wydawać się może nieco jednostajne i aranże wypadałoby nieco urozmaicić, nie sposób jednak nie stwierdzić, że jak Adaś otwiera buzię, mleko kiśnie, a kury przestają się nieść, niczym po przelocie Boeinga 737.

Początek płyty może mylić, gdyż otwierający "Frontline" "Agnostic Mass" wchodzi szarpanym riffem bliźniaczo podobnym do zapomnianego "The Calling" Vadera z płyty "Litany", potem jednak robi się raz skoczniej i wygodniej dla ludzi w za dużych spodniach, zaraz znów melodyjnie i kaskadowo, niczym w mocniejszych fragmentach twórczości In Flames. Dobry początek, jednak znacznie ciekawiej prezentuje się kolejny w zestawieniu "Scream It!", gdzie niepokojące akustyczne intro w stylu "sepiej egzotyki" wskakuje już prawie zupełnie w czysty thrash death z podwójnymi biciami i blastem. Bulletproof potrafią także wznieść się ponad szybkie lanie po ryju, co pokazują w pełnej krasie w najdłuższym na krążku "We All Are", rozpoczynającym się podniosłym, niemal plemiennym biciem, które mi osobiście znów najbardziej przypomina "Sword Of The Witcher" Vadera, potem zaś razi niczym piorunem centralami, kanonadami riffów w najlepszej tradycji Death (z okolic "Spiritual Healing") i ciekawym zastosowaniem natchnionego, czystego wokalu, co w połączeniu z ciężarem przywodzi na myśl pierwsze płyty Opeth, a w następnej kolejności czyste wokalizy Bartona C. Bella z "Mechanize" Fear Factory. Ale to nie koniec. "I Laugh", mimo wyraźnie odstającego tempem środka, ciągnie Katatonią z okolic mocniejszych i bardziej dysonansowych momentów "Viva Emptiness" i, nie powiem, mimo takiego rozjazdu ma to ręce i nogi. Iście mistrzowsko dla niektórych objawi się także finał "Frontline" "What Will I Know", gdzie postawiono wejście na fundamencie szlagieru "Chemical Warfare" Slayera i zapewne kilku innych czerpiących na przestrzeni wieków z tej kompozycji. Jest jeszcze cover Sepki "Desperate Cry" i niestety najsłabszy punkt programu - ballada niestety zatytułowana "Bulletproof", która być może po odjęciu wokali (w założeniu natchnionych, a ostatecznie przypominających stękanie pijoka w rytm zacinających skrzypeczków Janka Muzykanta, zaraz po wyjęciu siostry z pieca) by się broniła, a tak, cóż, brzydka kupa w świecącym papierku Panowie.

Znów nieznana mi kapela zaskakuje mnie in duży plus. Nie ma mowy o amatorce, tym bardziej o oryginalności, jest jednak metal, którego słucha się z przyjemnością, a momentami z prawdziwie uniesioną dupą do ataku. To. czego jednak nie strawię, to jakieś dziwne ambicje do wpychania lżejszych numerów na koniec zajebistego rozdania czy zbytnie czerpanie ze "szwedzkich" zabiegów melodycznych. Gdyby Bulletproof skupili się jedynie na napierdalaniu, to bym się naprawdę nie pogniewał, bo są w tym po prostu bardzo dobrzy. Dodaliby jeszcze jakiegoś solówkarza w typie klona Kerry Kinga i byłoby jak ta lala. Nie trzeba by było ballady, coveru Sepultury, tylko trasa koncertowa z prawdziwego zdarzenia i ludzie byliby kupieni. Mam więc nadzieję, że następnym razem zabiją mnie do końca i nie posadzą na grobie bławatków czy innych bratków.

Komentarze
Dodaj komentarz »
.
dragonplag (wyślij pw), 2012-08-02 01:50:48 | odpowiedz | zgłoś
Szkoda że pan prezydent nie dofinansował również okładki, bo mocno pachnie amatorszczyzną.
Bulletproof
_Simon_ (wyślij pw), 2012-07-31 07:07:18 | odpowiedz | zgłoś
Zapraszam do odwiedzenia profilu zespołu: facebook - bulletproofpl.