zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 15 grudnia 2019

recenzja: Candlemass "Death Magic Doom"

19.10.2009  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Candlemass
Tytuł płyty: "Death Magic Doom"
Utwory: If I Ever Die; Hammer Of Doom; The Bleeding Baroness; Demon Of The Deep; House Of 1,000 Voices; Dead Angel; Clouds Of Dementia; My Funeral Dreams
Wykonawcy: Robert Lowe - wokal; Mats "Mappe" Bjorkman - gitara rytmiczna; Lars Johansson - gitara; Leif Edling - gitara basowa; Jan Lindh - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Nuclear Blast Records
Rok wydania: 2009
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

No i proszę - kolejna legenda po poważnych przetasowaniach personalnych wpada pod moje kopyta i o dziwo, pisząc swoją historię jakoby od nowa, spokojnie wychodzi z całej tej niby-opresji obronną ręką. Ok, ok, już widzę te bystre komentarze. Co za nową historię? Ot, wokalistę sobie wymienili, a reszta jak grała, tak gra. Co więcej, może to nawet lepszy gardłowy, który z palcem w dupie załapał temat już na poprzednim krążku, więc nad czym tu się rozwodzić? Być może dla niektórych tak jest. Ja do dzisiaj nie wychodzę jednak z podziwu, jak Szwedzi z Candlemass gładko przeszli od ery legendarnego rubasznego zakonnika Marcolina do rozdziału pt. śpiewa u nas Rob Lowe i nic się nie stało.

Może to efekt przyzwyczajenia, młodzieńczego ideału czy Jezusie Maryjo Wszyscy Święci - konserwatyzmu i niechęci do jakichkolwiek zmian, szczególnie w materii czegoś, co spierdolone nigdy nie było. Kij wie, wszak Rob Lowe w szeregach tego bandu, mając jeszcze w mianowniku Solitude Aeternus, udowadnia, że bydlęciu żadnemu spod ogona nie wypadł. Wybór, kogo tam sobie wolą stojącego za megafonem, pozostawiam fanom. Co do muzyki, Candlemass nadal pozostają sobą, mimo wspomnianych, elementarnych zmian. Już "King Of The Grey Islands" udowodnił, że wszyscy mogą po odejściu "Mesaja" spać spokojnie, a raczej doomownie. To nadal ciężkie, tym razem może jeszcze nawet bardziej niż kiedyś, sabbathowe walce (nie mylić z odmianą tańca) o ponurym wydźwięku. Niby doom, ale - jak zawsze w ich przypadku - trochę inny. Weźmy przejmujący "If I Ever Die", który momentami dzięki solówce można skojarzyć nawet z Iron Maiden, czy kroczący w pogrzebowym marszu "The Bleeding Baroness", którego refren jest tyle rozpaczliwy w wymowie, co po prostu ultra przebojowy. Tak właśnie, to nie są dźwięki, które zachwycą sympatyków, no nie wiem, zboczeńców z Reverent Bizzare, gdzie płyta składa się z sześciu numerów po dwie godziny każdy, a tempo oscyluje w granicach szybkości drążenia skały przez ziarenko piasku, czyli jakieś 30 centymetrów na dwa tysiące lat. Więcej tutaj tlenu i melodyki, która jak na doom nie przystało, nie przypomina jedynie rzępolenia na pile gdzieś pod miejską kostnicą. Całość okraszona wspaniałym przestrzennym brzmieniem tylko potęguje moc tej muzyki (znów "Polar Studio"). Owszem kłócić się można, że mimo swojej legendy tacy genialni to Szwedzi nie są, bo skopiowanie po chamsku sztandarowego hymnu Black Sabbath w "Hammer Of Doom" czy aż nader budzący skojarzenia z w/w, otwierający riff "House Of 1000 Voices", mimo iż smakowite, to jednak chęć pogrożenia paluszkiem budzi. Heh, nawet fan power metalu znajdzie tu jakiś element do swojej zbroi - refrenik takiego "Dead Angel" to miód na uszy fanów Hammerfall czy innego "idziem w bój" metalu.

W tym przypadku nie ma się jednak na co obrażać. Czy w doom heavy metalu kiedykolwiek chodziło o oryginalność? Pewnie, że nie. Być może pewnym novum będzie dla słuchaczy fakt, iż dzięki wspomnianej przebojowości bez problemów gładko przebrną do końca tej płyty i nawet się nie zmęczą, a wiem że niektórzy z muzyką Candlemass takowe problemy mieli. Może ktoś ponarzeka, że co to kurna za doom, który w sferze riffu i melodii nie sprawia fizycznego cierpienia długaśnym, tępym laniem po dupie? Ano taki - candlemassowy - czyli już nie tylko dla wybrańców, a dla szerszej gawiedzi. Ten doom nie zabija, on... raczej buja funeralnymi rytmami.

PeEs: Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tak sugestywny, acz prosty przy tym obrazek, jak ten zdobiący frontcover "Death Magic Doom". Solidna rzecz - po wynalazki zapraszamy do Tajwanu.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Messiah
ondskapt (gość, IP: 79.191.27.*), 2010-04-09 01:18:08 | odpowiedz | zgłoś
Plyta bardzo dobra, ale moim zdaniem Messiah jest niezastapiony. Lowe nie daje rady.
piękna płyta
skorumPOwany (gość, IP: 79.191.116.*), 2009-10-21 12:54:03 | odpowiedz | zgłoś
To po prostu classic doom metal w swojej najczystszej postaci, bez naleciałości z death, gothic, czy stoner metalu. Poza tym, grają w swoim rozpoznawalnym stylu i chwała im za to.
Płyta zdecydowanie na długie zimowe wieczory.
Hammer of doom
Nmtr (gość, IP: 85.221.179.*), 2009-10-21 11:50:03 | odpowiedz | zgłoś
Ja odbieram "Hammer of Doom" nie jako chamską zżynkę, ale genialny hołd złożony Sabbath, na który kapela z takim stażem jak Candlemass może sobie pozwolić bez hańby. Ot, co;)
2
Starsze »

Oceń płytę:

Aktualna ocena (219 głosów):

 
 
81%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Unleashed "As Yggdrasil Trembles"
- autor: Kępol

Nightwish "Made In Hong Kong (And In Various Other Places)"
- autor: Megakruk

W.A.S.P. "Babylon"
- autor: Robert "Wisien" Wiśniewski

Anathema "We're Here Because We're Here"
- autor: Paweł Kuncewicz

Chickenfoot "Chickenfoot"
- autor: Voodoo_child

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Muzyki ilu pochodzących z Azji zespołów rockowych lub metalowych często słuchasz?