zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 19 listopada 2019

recenzja: Funeral Mist "Salvation"

28.09.2012  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Funeral Mist
Tytuł płyty: "Salvation"
Utwory: Agnus Dei; Breathing Wounds; Holy Poison; Sun Of Hope; Perdition's Light; Across The Qliphoth; Realm Of Plagues; Circle Of Eyes; Bread To Stone; In Manus Tuas
Wykonawcy: Arioch - gitara, gitara basowa, wokal; Necromorbus - instrumenty perkusyjne; Nachash - gitara
Rok wydania: 2003
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Nie będę ukrywał, że w podziemiu orientuję się "tak se". Sam nie wiem. Jak to w podziemiu. Ciemno, zimno, śmierdzi wilgotnym kałem, mało widać, słychać też nie lepiej, więc w tym zakresie nic do siebie nie mam. Jak ktoś mi coś poleci, to czasem zawieszę ucho. Ale żeby tak samemu? Rzadko mi się zdarza. Nie daję się nabierać na pierdy w stylu, że tylko underground ma jeszcze coś do zaoferowania, bo takie slogany może wymyślać tylko lobby czyniące za dość własnym frustracjom, wynikającym z braku zainteresowania szerszej publiki, przekładającego się na talony do barów mlecznych co większych aglomeracji miejskich. Z drugiej strony może w kontekście tak rozpoczętej recenzji przeginam z podobnymi rozważaniami, bo choć opisywany za chwilę Funeral Mist pławi się w "szambim" plugastwie spod znaku lucyferycznej kloaki i żadne Nuclear Blast go nigdy nie promowało, to jednak chyba więcej niż pięć osób o nim słyszało, a więc kvlt upada, tym bardziej, że mózg tego projektu D. Rosten - aka Arioch, aka Mortuus, aka Hans Inverted Krucyfiks - od 8 lat piastuje funkcję frontmana mainstreamowego Marduk. No ale "ce-ha", nieważne. W zasadzie zacząłem tak, a nie inaczej, by się nieco usprawiedliwić, gdyż moją uwagę na Funerala zwrócił dopiero fakt wymiany gardłowego w Komandzie Hakanssona, i wiem, że nie tylko moją. Nikt po pierwsze nie wyobrażał sobie zastępstwa sadomaso Legiona na wieżyczce Pancernej Dywizji, po drugie, jak z linii bocznej Morgan już odgwizdał spalonego i wymianę zawodnika w ataku, większość (choć do dziś się zarzeka) rzuciła chóralne: "a kto to kufa jest"?

Nie pamiętam też, co działo się w 95, więc oczywiście demówki i mini albumy Funeral Mist są dla mnie wiedzą tajemną. Życie jest jednak krótkie, więc skupmy się na pełnych wydawnictwach, z których pierwsze przypada dopiero na rok 2003. Warto sobie zafundować taką reminiscencję, bo nie wiedzieć czemu, jakoś brać ufna w Lordzie zdaje się mieć "wyebane" na coś, co stało się integralną częścią stylu Marduk po 2004 r. Tak więc "Salvation", w wolnym tłumaczeniu "Zbawienie" nomen omen, pretenduje do miana naczelnego "zbawiacza" naszej kochanej planety małp od... Boga itp. Konsumpcję tego przepięknie spleśniałego dania rozpoczynamy oczywiście od opakowania, na którym znów Jeszua Ben Josef (zrobiony mam wrażenie z samego Rostena) z corpsepaintem, a w roli duetu łotrów po prawicy i lewicy "jegoż", wypatroszone dzieci. Hmmm... w tej chwili już wszyscy wiedzą, czy chcą tego słuchać i o tym czytać.

Tak więc, nie jest to płyta o kosmosie, my little pony kitchen, nemo i takich tam. To przewodnik po piekle z ilustracjami muzycznymi. Oprowadzenie rozpoczyna intro i pierwszy na płycie "Angus Dei" - a to powiewem wrzawy płonących w infernie duszyczek, by było nastrojowo, a to beknięciem Ariocha, bynajmniej nie o liderze AC/DC. A dalej? Cóż, kto zgadnie? Rozwałka, masakra, eksterminacja, ekshumacja, sekcja i masarnia - co ciekawe poczynione nie tyle przez pracę całego klasycznego instrumentarium, ale przez iście diaboliczny wokal Rostena. Rany boskie, cóż ten człowiek czyni ze swoim gardłem. Facet wręcz zionie mi w twarz czarcią siarą, opalając rzęsy i brwi, a rzadkiego wąsa goli blackmetalowymi kosiarkami gitar, obija klasycznie niewyraźną, przytłumioną perkusją i trawi nieludzkim, sonicznym zniszczeniem wydobywającym się wprost z pękniętego kotła wrzącej smoły. Od pisków, przez odgłosy schorzeń krtani, po dobrze znany skandynawski skrzek, kazalnicze przemowy, grobowe oddechy i ekstatyczne westchnięcia. Prawdziwie godny repertuar psa wojny Złego Pana. Co do psa, po tej pożodze ciary dalej wzbudza przestój przed "Breathing Wounds", materializujący się ujadającą nienawiścią sforą, która zaraz przewodzi atakowi speed blacku spod znaku Marduk po okresie "Nightwing", wyprowadzonemu aż do chwilowych, procesyjnych przestojów i monumentalnych, rytmicznych, idealnie przerastających zrywy blastbeatu, tąpnięć. Chropowaty, owrzodzony, ale 100 procentowy hit! W konsternację i opad szczęki wprowadza następnie prosty i stary jak świat patent z wprowadzeniem do pieśni elementów soundtracku. W przypadku "Sun Of Hope" czy "Realm Of Plagues" przybierającego postać chorego kontrastu - modlitewnego, chóralnego zawodzenia przy batożeniu niewiernych, zestawionego znów z czyrakowatym blackiem, a ostatecznie epatującego atmosferą chorego nawiedzenia. Efekt poraża. Najjaśniejszym, choć powinienem napisać najciemniejszym, punktem "Salvation" okazuje się jednak mniej napięty, acz atrakcyjny atmosferycznie "Circle Of Eyes", którego największym atutem jest dźganie spoza kurtyny dźwiękowego dymu i ognia. Brak tutaj pierwszego planu. Zarówno instrumenty, jak i Arioch wygrażają widłami z dystansu, z oddali, materializując się niemal jak cienie ukryte we mgle, przypominając nienamacalne, acz wciąż realne zagrożenie. O kończącym rzecz "In Manus Tuas" nawet nie wspomnę, bo po jego wybrzmieniu niejeden gotów stwierdzić, że coś stało mu się z mózgiem. Zresztą, jak się nie boicie, to sprawdźcie sami.

"Salvation" to bez dwóch zdań płyta stworzona przez wariata, szaleńca, "blasfemicznego Jokera" black metalu. Z jednej strony morduje bez litości, z drugiej drwi ze świętości i ironicznie, wręcz bezczelnie pyta "Why So Serious?!". To miejscami jest tak chore, że wręcz groteskowe, aczkolwiek niezaprzeczalnie szczere i prawdziwe. W tej płycie tkwi maksimum zaangażowania i już samym tym faktem budzi szacunek. Być może trudno niektórym nazwać talentem posiadanie głosu wieprza - demona i zamienianie świętych ceremonii w rytualny rozbiór półtusz baranich, ale takimi mocami rzuca z rękawa Daniel Rosten. Black metal jedynie mu przytupuje, a on jest mistrzem ceremonii, odprawia całym "Salvation" mroczne nabożeństwo i wymachuje pięściami w stronę nieboskłonu, czy to komuś pasi czy nie. Można takiej postawy nie akceptować - nie sposób jednak nie docenić rozmachu, pomysłowości i wejścia w temat. W swojej klasie gatunkowej wręcz maestria i koronkowa robota kata z dyplomem cechowym. A, no i wrażliwi, emocjonalnie zaburzeni itp. niech lepiej tego nie dotykają, parzy... w duszę ma się rozumieć.

I jeszcze wywód natury filozoficznej na koniec. Dlaczego organizacje religijne wszelakiej maści winny Funeral Mist dziękować? Otóż, niczym Deicide na "Legion", Arioch prezentuje tutaj Szatana w prawdziwej odsłonie. Podczas, gdy obecnie - i u nas, i "abrołd" - przedstawia się go jako cool przystojnego, atrakcyjnego, rozmarzonego i romantycznego do bólu facia o IQ Dody Elektrody z żaglem na głowie, łańcuchem w kieszeni i w kozakach od Prady na nogach, tutaj na tacy podany mamy spleśniały łeb świniaka, przewrotnego kłamcy i obleśnego cynika. Wątpię, czy wielu przylgnie do takie obrazka niczym ćma do lampy, a i może ktoś przestraszy się piekła? No tak, tylko, już zdradzę, że ono jest puste. "All Devils Are Here..." razem z "Salvation".

Komentarze
Dodaj komentarz »
Słowo ma moc!
Mikele (gość, IP: 81.18.212.*), 2012-10-10 11:44:51 | odpowiedz | zgłoś
Ja pierdolę! No tak się powinno recenzować kapele tego pokroju. Aż strach pomyśleć, jak wyglądała by relacja z koncertu...
ba ba ba
wojczech (gość, IP: 91.145.139.*), 2012-09-29 02:48:37 | odpowiedz | zgłoś
Marynata zakrywa te całe Salvation. :)
re: ba ba ba
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-09-29 08:14:47 | odpowiedz | zgłoś
o tym kilka słów wkrótce.....uprzedzając jednak - pełna niezgoda.