zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 11 grudnia 2018

recenzja: Kazik Na Żywo "Na żywo, ale w studio"

17.02.2005  autor: Mateusz Zimmerman
okładka płyty
Nazwa zespołu: Kazik Na Żywo
Tytuł płyty: "Na żywo, ale w studio"
Rok wydania: 1994
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6

Piosenki z tej płyty można podzielić na trzy grupy: pierwsza to nowe aranżacje utworów znajdujących się na dwóch solowych albumach Kazika (tj. "Spalam się" i "Spalaj się") - chodzi tu o "Spalam się", "Piosenkę trepa", "100000000", "Spalaj się!", "Świadomość"; druga grupa to różnej maści covery: "Celina", "Kalifornia ponad wszystko", "Odpad atomowy"; do trzeciej wreszcie zaliczają się utwory, które są już owocem współpracy Burzy i Kwiatka z Kazikiem, m.in.: "Artyści" (uwaga: riff zapożyczono!), "Nie ma litości", "Mama prosiła".

W chwili premiery "Na żywo, ale w studio" mogło robić wrażenie spore, po 10 latach czyni nieco mniejsze. Nie skłaniałbym się jednak ku wnioskowi, że utwory same w sobie nieco zwietrzały - po prostu trudno uniknąć porównania brzmienia tej płyty z późniejszymi albumami grupy, o wiele przecież lepszymi, w dużej mierze dzięki obecności Litzy i Goehsa. Tutaj - w przeciwieństwie do "Porozumienia..." i "Machin śmierci" - pogrywa jedna gitara, a uderzenia Kuby Jabłońskiego w bębny w porównaniu z potężnym przyłożeniem Goehsa brzmią... no, mizernie po prostu (niczego Kuli nie ujmując - to chyba nie jego działka i tyle). Tę różnicę można sobie łatwo zwizualizować - wystarczy sobie wyobrazić, jak inne byłyby np. utwory "Artyści", "Nie ma litości" czy "Świadomość", gdyby grał tu Burza z Litzą i gdyby tłukł się w pokrywki Goehs właśnie...

Tak czy inaczej, umieszczenie melorecytowanych pieśni solowych Kazika w mocnej, gitarowej stylistyce należy uznać za pomysł trafiony. W Kulcie Kazik śpiewał, w nagraniach samodzielnych - głównie do rymu - gadał, a tu po raz pierwszy - co zasługuje na podkreślenie - się drze. To darcie jeszcze jest, zdaje mi się, pionierskie, niedoskonałe, w większości kawałków nie sprowadza słuchacza do pozycji klęczącej; ale niemal na końcu mamy "Świadomość" - i tu po czterech minutach wiemy, że przy następnej płycie słuchacz już klęknie. Mówienie o Kazikowych tekstach, że mądre, że ironiczne, że zabawne, jest już nudne i właściwie banalne - proszę sobie posłuchać samemu.

Najlepsze utwory tutaj to rzeczone "Świadomość" i "Nie ma litości" - mocne i konkretne. Wcale nie słabiej uderza jakże aktualne "Spalaj się!". "Mama prosiła" i "Biały Gibson" narzucają odbiór nie do końca poważny - pierwszy przypadek bawi, drugi miał być kpiną z rocka rolniczego, ale ta kpina jawi mi się raczej drętwą. Specyficzny urok ma niemiłosiernie długa "Pieśń solidarności bluesmanów" (zamyka płytę, w wersji kasetowej nie ma jej w ogóle), w której na niezobowiązujące brzdąkanie nakłada się a to pseudo-bluesujące pojękiwanie wokalisty, a to jakiś jego bełkot w wielu narzeczach, a to nagrania na Kazikowej automatycznej sekretarce - w tej kategorii moim prywatnym hitem jest głos damski, pozostawiający wyznanie miłosne i namiary adresowo-telefoniczne.

Słyszymy i echa fascynacji muzycznych wykonawców. Gdzieś tu pobrzmiewa riff z "Enter Sandman", gdzieś indziej ("Nie ma litości") motyw basu odsyła do Rage Against the Machine, jeszcze gdzie indziej utwór jest wręcz oparty na klasycznej, sabbathowej zagrywce. Słychać przede wszystkim to, że Burza i Kwiatek instrumentów nie wzięli do ręki po usłyszeniu "Nevermind", że to zawodnicy wychowani na rock'n'rollowej tradycji: Hendrixie, Zeppelinach, Stonesach... Dziś "Na żywo, ale w studio" słucha się ze świadomością, że moment KNŻ miał dopiero nadejść wraz z potężnymi dźwiękami generowanymi przez Friedricha i Goehsa. A tę płytę warto polecić głównie celem uświadomienia, jaką drogę przeszedł zespół w bardzo krótkim czasie, by wreszcie zwalcować widowni słuch "Porozumieniem ponad podziałami".

Komentarze
Dodaj komentarz »