zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 18 listopada 2019

recenzja: My Dying Bride "The Barghest O' Whitby"

3.12.2011  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: My Dying Bride
Tytuł płyty: "The Barghest O' Whitby"
Utwory: The Barghest O' Whitby
Wykonawcy: Aaron "Aaron" Stainthorpe - wokal; Andrew Craighan - gitara; Hamish Glencross - gitara; Lena Abe - gitara basowa; Shaun Steels - instrumenty perkusyjne; Shaun Macgowan - skrzypce, instrumenty klawiszowe
Wydawcy: Peaceville Records
Rok wydania: 2011
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Trudno nazwać mnie jakimś szczególnym true fanem "starego" My Dying Bride. Nigdy nie oczekiwałem od nich nagrywania kolejnych "Turn Loose The Swansów", "As The Flowers Withersów" lub innych "Aniołów i Mrocznych Rzek". Piękny etap. Było i być może się skończyło... ale tylko i wyłącznie dla fanów, którzy przygodę z muzyką Angoli rozpoczynali w zamierzchłych już latach 90. Z pewnością zaś nic nie zmieniło się dla samych muzyków My Dying Bride, którzy wbrew kolegom po fachu z grup Anathema i Paradise Lost nigdy, nawet na "34.788%...complete" nie zaprzeczyli samym sobie, stwierdzając, że poprzednie płyty to tylko rozgrzewka przed ich właściwym "ja". Utwierdziła mnie w tym przekonaniu także rozmowa, którą miałem przyjemność jakiś czas temu przeprowadzić z Aaronem Stainthorpem, który za nic zdaje się mieć sobie mody, przemiany itp. rzeczy. Ma koleś klarowną, niezłomną wizję konceptu MDB, który nie jest li dla niego jedynie zespołem, formą uzewnętrznienia własnej kreatywności, ale także terapią i bardzo ważną częścią życia.

Nie raz spotkałem się z komentarzami, szczególnie młodszej części braci metalowej, szydzącymi z jego zachowania na scenie, tarzania się na deskach, pomalowanych dłoni, targania się za włosy, tymczasem on tak właśnie wchodzi w te teksty i dźwięki. Siedzi w tym, czym jest My Dying Bride. Zacząłem to zauważać i doceniać dopiero po wydaniu "The Light At The End Of The World", gdzie miast wygładzać swój przekaz, na przekór trendowi "Umierająca Panna Młoda" pognała swą muzykę w jeszcze bardziej depresyjne, uczuciowo brutalne rejony, kontynuując obrany kierunek aż do dziś. Zdaniem wielu ani rzeczony krążek, ani następujące po nim "The Dreadful Hours", "Songs Of Darkness Words Of Light", "The Line Of Deathless Kings" czy "The Lies I Sire" nie osiągnęły już statusu kultowości pierwszych czterech tytułów z dyskografii formacji, dla mnie jednak rzecz ta wygląda zgoła odmiennie. Na nich to, mimo spadku popularności, muzycy pokazali, że nie kroczą już w żadnym wspólnym nurcie, lecz wciąż płyną czarnym korytem depresji, które wykopali własnymi zakrwawionymi wizjami i jest im z tym dobrze.

Mamy rok 2011 i w tej już zupełnie zepsutej, zdigitalizowanej i przeżartej do zarzygania rzeczywistości My Dying Bride sięgają do pełnych dramatyzmu, zwątpienia i tragedii legend wprost z brytyjskich wzgórz, gdzie wiatr, mgła i deszcze nigdy nie ustają, a dupa i jaja nie przestają boleć od wilgoci. Pojęcia nie mam, czy jeszcze ostali się jacyś odbiorcy tego typu opowieści, tym bardziej, że "The Barghest O' Whitby" to jedynie pół godzinna EP-ka, ale...

Warto zwrócić uwagę choćby na wyjątkowość tego wydawnictwa, gdyż zawiera tylko jedną nową kompozycję, trwającą przeszło 27 minut. Iście "doomowe" zacięcie chciałoby się rzec, bo niejeden dajmy na to thrash - deathowy zespół w tym czasie zamyka 10 kawałków. My Dying Bride wykorzystują tę monstrualną formę w bardzo umiejętny sposób, zaprzęgając ją do umiejętnego dawkowania i suspensowego wręcz rozbudowywania unikalnej atmosfery jesienno - nocnego doła, miast zatłuczenia słuchacza na amen monotonnym biadoleniem. Rzecz rozpoczyna się wejściem grzmotów i z pozoru jednostajnym wypruwaniem i ciągnięciem za sobą flaków, po kolei należących do gitar Andrew Craighana, a następnie gardła Aarona Stainthorpa. Wszystko to przy rozpaczliwym akompaniamencie dysonansowych dźwięków skrzypiec, stosunkowo nowego w składzie Janka Muzykanta, a więc Shauna Macgovana. Taki mniej więcej boleśnie cierpiętniczy obraz muzyki prowadzi nas przez pierwsze 8 minut EP, aż do momentu, gdy na zwłoki zamordowanego słuchacza zaczynają spływać charakterystyczne dla ekipy z Bradford kaskady przepięknych acz oszczędnych i pełnych zadumy melodii, wspartych cedzonymi ściśniętym gardłem słowami "a great show of fear, fear that i'm near" - które w kontekście namacalnego wręcz w każdej sekundzie zaangażowania wykonawców stawiają włosy na plecach czy gdzie tam jeszcze je hodujecie. Po tym pokazie emocji następuje prawie całkowite wyciszenie utworu, który na nowo odżywa wstrząsająco melancholijnymi gitarami, spływającymi podmuchami wyjącego wiatru i złowrogiej nawałnicy. Przed nami jeszcze trzecia część, którą udało mi się wyodrębnić z całości, w postaci powrotu do początkowego brudu i zawodzeń, przeistaczających się w specyficzny, bezlitosny bridowy, kroczący death - black metal. Mamy co za tym idzie tąpnięcia potężnej perkusji i mielenie gitarą w najlepszej tradycji Craighana, no i ten przeszywający trzewia growl, dobijający ostatnie gwoździe do trumny, tak zmyślnie odprowadzanej na miejsce spoczynku przez procesję nazwaną "The Barghest O' Whitby".

Ktoś zapyta: czym tu się podniecać, skoro nie dość, że to EP, to w dodatku oscylujące w obszarach tematyki zasranej brytyjskiej legendy o psie - duchu czyhającym sobie gdzieś tradycyjnie w Yorkshire. Nie o to jednak w tym wszystkim chodzi, a o kompozycję, która mimo swej długości fascynuje - z jednej strony bogactwem emocji i uczuć, z drugiej turpistyczną wręcz prostotą użytego instrumentarium i zabiegów muzycznych. Czuć, że My Dying Bride nie tworzą dźwięków na siłę, nie męczą buły na próżno, lecz są formacją w pełni zespoloną z tworzywem dźwiękowym. Gdyby Aaron w ten sposób śpiewał na tej płycie dajmy na to o zaletach spożywania sushi z ciała jakiejś gołej baby, ja i tak miałbym wrażenie, że jest w tym drugie, głębsze znaczenie.

"The Barghest O' Whitby" to wspaniale opowiedziana słowem i muzyką historia, która niejednego schwyci za serce i pogłębi głód oczekiwania na pełnowymiarowe wydawnictwo. Spełnia więc wszystkie cechy doskonałej EP-ki. Panna Młoda Wciąż Umiera, do zgonu jednak jej daleko.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: My Dying Bride "The Barghest O' Whitby"
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2013-09-30 20:01:44 | odpowiedz | zgłoś
wciąż rozpierdala mnie ten materiał, jak dla mnie tak mogliby brzmieć zawsze. Wykurwisty brud.
re: My Dying Bride "The Barghest O' Whitby"
pik (gość, IP: 79.163.54.*), 2013-10-01 16:18:00 | odpowiedz | zgłoś
jak dla mnie też
jest dobrze!
Gościowy (gość, IP: 83.9.183.*), 2011-12-07 13:54:10 | odpowiedz | zgłoś
nowa Epka bardzo dobra!zawiera wszystko co najlepsze w stylu MDB.a patrząc na podsumowanie ich twórczości - którą śledzę prawie od początku - "The light at the end of the world" - taka płyta udaje się mam wrażenie tylko raz w życiu.. a może aż raz? ;) arcydzieło nie tylko doom, ale ogólnie muzyki rockowej.
miód na moje serce
Nekro (wyślij pw), 2011-12-05 20:26:19 | odpowiedz | zgłoś
MDB kocham od czasów "The Thrash of Naked Limbs" i nigdy nie zwątpiłem tę kapelę. Każde z wcieleń Angoli kładło mnie na łopatki. Fakt, są płyty których słucham częściej i rzadziej, ale niezmiennie patrzę na tę kapelę całościowo. To po prostu przepiękna, na maksa depresyjna i przepełniona uczuciami muza. Jeśli miałbym wymienić 5 płyt, po których moje życie nigdy już nie było takie samo, to jedną z nich bez wątpienia byłaby "Turn Loose The Swans". A recka? Cóż, ja od dawna uważam Kruka za zajebistego pismaka. Lubię jego humor, rozumiem (mam nadzieję) gust i stanowisko. Tak więc Stary, pisz jak najwięcej, we mnie masz zdeklarowanego zwolennika. A recka MDB to zajebiste uchwycenie sedna sprawy. Ot co!
hmmmmm
Jontek79
Jontek79 (wyślij pw), 2011-12-05 10:07:28 | odpowiedz | zgłoś
EP przesluchalem 2,3 razy a to za malo by sie wypowiadac.Lubie stare MDB ale najlepszy album w mojej opini to"A Line Of Deathless Kings"Plyta- kwintesencja ich stylu!
re: hmmmmm
pik (gość, IP: 95.49.179.*), 2011-12-05 14:35:22 | odpowiedz | zgłoś
kwestia gustu- zauważyłem, że wiele ludzi ceni sobie ALODK ale ja się do nich nie zaliczam.. zdecydowanie wolę choćby Evintę czy 34.788%..
ogolnie jednak, nie jest to słaby album, jak np. trzeci krążek (od końca ;p) paradise lost- przy którym w połowie zasypiam..
re: hmmmmm
kobiotch
kobiotch (wyślij pw), 2011-12-05 14:54:06 | odpowiedz | zgłoś
Dla mnie najlepsza ich płyta to Angel And The Dark River. Pamietam jak byłem szczylem i dostałem w ręce tą kasete. Dla mnie kultowy album. Do dzis slucham go z przyjemnością.
re: hmmmmm
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2011-12-05 16:53:37 | odpowiedz | zgłoś
Dla niektórych istotą MDB są skrzypki, dla mnie mieląca gitara Andrew Craighana - Line Of Deathless dla mnie jest więc super płytą. "Deeper...." i "And I Walk With Them" czy "One of..." rozwalają.
re: hmmmmm
Jontek79
Jontek79 (wyślij pw), 2011-12-06 12:10:58 | odpowiedz | zgłoś
Panie Megakruku zapomnial pan w tej wyliczance o zamykajacym album,genialnym"The blood,the wine,the roses"...tego ja panu nie wybacze ;)
mdb
pik (gość, IP: 95.49.179.*), 2011-12-03 14:44:28 | odpowiedz | zgłoś
pozycja obowiązkowa dla (starych) fanów:) szacum do mdb miałem już w 99r. kiedy to ni stąd ni zowąd wrócili do mocniejszego grania. mało kto sie wtedy tego spodziewał-na pewno nie ja. choć 34.788%..-świetny krążek też (docenilem go jednak tak naprawde w ostatnich 5 latach) w tym roku wielką niespodzianką bylo Evinta- co prawda sporo fanow to zjebalo, ale dla mnie to znakomita rzecz. i teraz nowa Ep-po prostu miodzio. uwielbiam te skrzypce. i pierwsze albumy, ktore mają niepowtarzalny wręcz klimat, ale to tak na marginesie.
« Nowsze
1